Mimo ciągle padającego deszczu postanawiamy dalej realizować nasz plan na dzisiejszy dzień i idziemy na kolejna plażę –  Petite Anse. Położona dalej na wschód od Grand Anse, Petite Anse wciśnięta jest pomiędzy przyczółki Pionte Belize a Pointe Turcy i oddzielona jest wysokimi wzgórzami porośniętymi gęstym lasem od pozostałych plaż po wschodniej stronie La Digue. Aby się tam dostać należy po lewej stronie, przy końcu Grand Anse odbić w głąb wyspy i powędrować piaszczystą ścieżką.

Na początku ścieżka biegnie po płaskim terenie porośniętym palmami i wysoką trawą aby za chwilę wspinać się w górę. Na szczęście podejście nie jest zbyt strome a kamienie tworzą jakby naturalne stopnie, wiec wchodzi się dosyć łatwo. Co prawda podczas deszczu łatwo się tutaj poślizgnąć ale można tą drogę przejść nawet w klapkach. Spotykałem takich którzy wędrowali tutaj nawet boso. Zdecydowanie lepiej jednak jest pokonywać te wzgórza w jakimś bardziej stabilnym obuwiu. Trzeba uważać aby nie stawiać nogi w miejsca gdzie leża liście bo pod nimi mogą być ukryte dziury i wówczas łatwo o kontuzje.

Gdy wchodzi się w ten dziewiczy las uderza nas zapach stęchlizny, rozkładających się liści a nawet zapach grzybów. Podczas opadów deszczu wilgotność bardzo wzrasta a przy ciągle wysokiej temperaturze powietrza czujemy się trochę jak w saunie. Jest strasznie parno no i na dodatek gdy tylko zatrzymuję się na chwilę aby spojrzeć na przepiękne widoki zaraz gryzą mnie komary. Lepiej iść jak najszybciej, choć na pewno dostaniecie wówczas zadyszki i nie będzie okazji do podziwiania widoków. Trzeba troszkę pocierpieć :).

Jednak warto wspiąć się w górę bo widoki na Grand Anse rozpościerającą się w dole są fantastyczne. Ponad zielonymi koronami palm pięknie widać łuk plaży i błękitny ocean. Wspinaczka na sam szczyt wzgórza nie zajmuje więcej niż 10 minut. Później dróżka opada łagodnie w dół i poprzez korony drzew prześwituje już lazur wody i kolejna plaża. Zbliżamy się do Petite Anse. Plaża ta jest bardzo podobna do swojej większej „siostry”. Jest jedynie nieco mniejsza przez co wydaje się bardziej kameralna. Również w tej chwili unosi się nad nią mgła co daje odczucie jakiejś niezwykłości.

Również tutaj szaleją wielkie fale i również tutaj stoi tablica informująca o zakazie pływania w oceanie. Niestety plaże z tej strony wyspy nie są dla tych, którzy chcieliby popływać. Deszcz ciągle kropi raz mocniej raz słabiej ale nie przeszkadza to 4 osobom, które siedzą i wpatrują się w ten kolejny cud natury na La Digue. Jest coś takiego w tej wyspie, że sprzyja ona takiej romantycznej samotności. Może to wynika z tego, że przepych i piękno okolicy można najpełniej odczuć gdy nie przebywa się w tłumie ludzi a jedynie w samotności? Delektować się tak zjawiskową przyrodą można tylko we własnej ciszy.

Niestety znowu rozpadało się więcej niż mogliśmy znieść. Podejmujemy decyzję, że wracamy. Trochę bez sensu iść na kolejną plażę skoro i tak nie zanosi się na to, że pogoda się poprawi. Trochę boję się o aparat fotograficzny bo do końca nie jestem pewien czy przy tak dużej wilgotności nie trafi go szlag. Poza tym wzmógł się wiatr i nad samym oceanem jest nam chłodno. Od wschodu nadciągały czarne chmury, które nie zapowiadały niczego dobrego. Na tej plaży nie było gdzie się schować a nie wiemy czy na kolejnej będzie taka możliwość. Wracamy zatem tą samą drogą. Na szczęście gdy wchodzimy w las robi nam się cieplej a po chwili już jest tak gorąco, że pot leje się z nas strumieniami. Klimat jest tutaj niesamowity. Ciągle niemal jednakowa temperatura  w dzień i w nocy ale gdy nie świeci słońce nie ma czym oddychać. Jest tak parno i duszno, że czasami pokonanie kilkudziesięciu metrów pod górę musimy robić etapami aby odsapnąć.

Szybko schodzimy do Grand Anse, mijamy ją ścieżką wśród trawy i dochodzimy do restauracji Coco Lautier gdzie zostawiliśmy rowery. Jakoś mi żal opuszczać to miejsce, bo gdy pada deszcz na La Digue nie ma co robić. Nie ma tutaj niczego poza plażami. Decydujemy, że posiedzimy trochę w tutejszej restauracji i pomyślimy jak zagospodarować ten dzisiejszy dzień. Zamawiamy zimne piwo (małe piwo kosztuje ok. 12 zł , czyli jeszcze raz tyle co w sklepie) i ciągle nie możemy wyjść z podziwu jak wielkie wrażenie zrobiły na nas plaże z tej strony wyspy. W restauracji siedzi kilkanaście osób i raczej zadowolonych min nie mają. Niestety z plażowania chyba dzisiaj nic nie będzie. Powoli większość turystów wsiada na rowery i odjeżdża w kierunku La Passe. Restauracja  Coco Lautier jest zbudowana z ciemnego drewna i pokryta strzechą z liści palmowych. Jest dosyć niska i mimo, że nie ma ścian jest tutaj dość ciemno. Choć przyjemnie to jednak nie za bardzo stąd widać co dzieje się na zewnątrz. Dostrzegamy jedynie, że przestało padać.

Wychodzę na zewnątrz i oczom nie wierzę. Wyszło słońce! Ucieszyłem się jak dziecko, bo niebo z burego i szarego stało się niebieskie a słoneczko ładnie świeciło. Już mieliśmy zamiar wracać do naszego domu i topić smutki w Takamce a tu taka niespodzianka. Rzeczywiście okazało się, że pogoda tutaj potrafi bardzo szybko się zmieniać. W ciągu jednego dnia może padać kilka razy na przemian z pięknym słońcem. Dzięki temu, że na wyspie nie ma wysokich gór to nawet jak najdą gęste chmury to wiatr dosyć szybko je „przegania” i pogoda robi się niemal wymarzona.

Oczywiście widząc słońce nawet minuty się nie wahamy i wracamy na plażę. Nie ważne czy słonce wyszło tylko na chwilę czy na dłużej. Zobaczymy. Postanawiamy realizować swój plan i dotrzeć na trzecią w kolejności plażę. Wracamy zatem na Grand Anse i zostajemy tutaj chwilkę dłużej. Idziemy w prawą stronę plaży czyli tam gdzie nie byliśmy poprzednim razem. Choć fale nadal są olbrzymie i nie ma mowy o żadnej kąpieli to skały robią na nas ogromne wrażenie. Choć każda plaża otoczona jest granitami to te na Grand Anse, które znajdują się po prawej stronie plaży są fenomenalne.

Okazuje się, że na każdej z plaż granity mają zupełnie inne kształty i przybierają różne formy. Te tutaj poddane przez wieki silnemu działaniu olbrzymich fal są przepiękne. Podłużne linie, wgłębienia a także rożne kolory pobudzają moją wyobraźnię i oczywiście budzą zachwyt. Coś jest takiego w tych skałach, że ma się ochotę ich dotykać, sprawdzać czy nie są przypadkiem jakąś fatamorganą. Nie mogę sobie darować aby nie powspinać się na te do których dostęp wydaje się łatwiejszy. Mimo, tego że czasami trzeba wdrapać się dosyć wysoko to spojrzenie na Grand Anse trochę z innej perspektywy wynagradza trud oraz małe ryzyko nie wspominając o podrapanych kolanach :). Nie wiem co jest tutaj piękniejsze te olbrzymie fale czy te niesamowite granity czy może trzy wysokie palmy wyginające się na wietrze? Plaża jak ze snu, plaża jak marzenie.

Mógłbym na tej plaży spędzić cały dzień.  Jednak nie wiemy czy dobra pogoda utrzyma się dłużej a raczej nie mamy ochoty znowu zawracać będąc w połowie drogi, bo pokonanie tych ścieżek między plażami mimo wszystko trochę wysiłku i wylanego potu kosztuje. W końcu celem na dzisiejszy dzień było obejrzenie wszystkich trzech plaż na południowo – wschodnim wybrzeżu. Czas opuścić największą z plaż i przenieść się dalej. Nie ma zresztą wielkiego „płaczu” bo przecież mamy jeszcze tyle dni pobytu na wyspie, że na pewno wrócimy także i w to miejsce. Kolejny raz uświadamiam sobie jak wiele tracą Ci, którzy na wyspę przypływają tylko na jeden czy dwa dni. Niektórzy z nich nie docierają nawet tutaj, bo to trochę daleko i brakuje im czasu. Nie wiedzą jak wiele tracą z czaru i magii La Digue.

Na Petite Anse zdążyło już dotrzeć kilka osób. Oczywiście i my zatrzymujemy się tutaj na kolejny postój. Plaża zachwyca przede wszystkim drobnym piaskiem. Całymi połaciami drobnego pisku. Oczywiście tłumów tutaj nie ma. Zapewne padający od rana deszcz zniechęcił wiele osób aby dojść tak daleko, ale jak się przekonaliśmy podczas następnych naszych wizyt na tych plażach nigdy nie ma tutaj zbyt wielu odpoczywających osób. Nawet jak się pojawiają jakieś małe grupki to zazwyczaj tylko po to aby zrobić kilka zdjęć i iść dalej. Trzeba być dłużej na wyspie aby pozwolić sobie na „luksus” spędzania na tych plażach całych dni. Jednak warto, bo mimo braku możliwości pływania w oceanie są to miejsca bajeczne, wszystkie plaże tutaj są spokojnymi dużymi połaciami białego piasku i lazurowego oceanu.

Nie zabawiamy na tej plaży zbyt długo. Zapamiętujemy jednak, że na pewno tutaj warto spędzić cały dzień i postanawiamy, że jeszcze wrócimy. Zaraz przy wyjściu z lasu na tę plażę od razu odchodzi w lewo kolejna ścieżka, która omija Petite Anse a prowadzi do ostatniej (jak się później okaże nie do końca ostatniej) w tym łańcuszku plaż – plaży Anse Cocos. Dobra pogoda się utrzymuje, więc mamy nadzieję, że na Anse Cocos wreszcie będziemy mogli poplażować i spędzić tam resztę dnia. Niebo robiło się coraz bardziej niebieskie a ja miałem nadzieję, że kolejna plaża będzie co najmniej tak ładna jak jej dwie „siostry”?

2 komentarze do “Petite Anse”

  1. Krystyna :

    Pięknie wszystko opisujesz Adamie!!! Czytamy z wielką radością i ciekawością. Niestety my nie dotarliśmy na Anse Cocos:(

    Pozdrawiam serdecznie
    Krystyna

  2. Bardzo dziękuję Krysiu za dobre słowo 🙂 Oczywiście szkoda, że nie dotarłaś do Anse Cocos ale tym bardziej ciekawe będą dla Ciebie kolejne wpisy. Uprzedzając kolejne notki na blogu, które już przygotowuję powiem Ci, że właśnie na tej plaży znalazłem „swój” kawałek raju 🙂 Zapraszam zatem do zaglądania! Pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj