Dotarliśmy na Anse Cocos wykończeni. Przeprawa przez wilgotny i parny las dała nam się w znaki. Na szczęście zostały nam w plecaku „lodówce” jakieś resztki soku i Takamaki. Poszliśmy zatem w prawą stronę plaży do skał, które otaczają tę plaże od wschodu. Instynktownie zawsze szukaliśmy miejsca gdzieś w pobliżu skał bo zawsze były to najładniejsze zakątki a przy okazji tam jest największa szansa aby znaleźć samotne miejsce na plażowanie. Jednak na Anse Cocos poza nami nie było nikogo, więc obawa przed tłumami była zupełnie nieuzasadniona.

Jak wskazuje nazwa tej plaży muszą być tutaj kokosy. Palmy kokosowe rosną zresztą przy każdej plaży ale rzeczywiście tutaj jest ich całe mnóstwo. Plamy rosną przy brzegu, w lesie nieopodal ale również całe masy palm wyrastają wprost ze skał nad samym brzegiem. Widok przepiękny. Zresztą orzechy kokosowe również leżą właściwie w każdym miejscu gdzie tylko spojrzymy. Ta plaża jest na tyle daleko, że dociera tutaj niewielu. Trzeba być zagorzałym wielbicielem plaż aby pokonać tą drogę ale widok leżących wszędzie kokosów wynagradza ten trud.

Śmialiśmy się do siebie, że w tym miejscu nigdy, nikomu nie będzie chciało się pić, bo wystarczy podnieść z piasku orzecha kokosowego, rozłupać go i już można napić się do woli. No tak, problem tylko w tym, że takiego orzecha wcale nie jest łatwo rozłupać. Na szczęście kamieni też nie brakuje trzeba jedynie trochę sprytu i już możemy się poczuć jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. Może warto wcześniej przejść szybki kurs na plantacji L’Union Estate pt. Jak poradzić sobie z kokosem?

Wszystkie trzy plaże na południowo – wschodnim wybrzeżu La Digue mają ogromna przewagę nad wszystkimi pozostałymi na wyspie. Po pierwsze są duże i tworzą niemal książkowe, pięknie wygięte łuki a po drugie jest tutaj najlepszy, najdrobniejszy piasek ze wszystkich plaż. Również w oceanie nie ma żadnych kamieni, raf czy potłuczonych muszelek. Można tu się kąpać bez obawy, że skaleczymy nogę o coś co jest w wodzie. Na plażach północnych niestety buty do kąpieli są niemal niezbędne. Jedyne co sprawia, że nie są to plaże w 100% idealne to fakt, że niestety tutaj wszędzie są duże fale i bardzo silne prądy morskie. Nie ma, więc mowy o pływaniu a jedynie można poskakać na falach przy brzegu. Niestety brak zewnętrznej rafy powoduje, że ocean pokazuje tutaj swoją siłę niemal zawsze.

Ponieważ ja nie za bardzo mogę usiedzieć na plaży w jednym miejscu, zwłaszcza gdy nie obszedłem jej wzdłuż i w szerz, po kilkunastu minutach ruszyłem w stronę skał widocznych na przeciwnym krańcu plaży. Dopiero wówczas zauważyłem, że ta plaża tworzy największy łuk piasku spośród plaż na La Digue. Jest przepięknie „wygięta” w półksiężyc, bardziej niż Grand Anse czy Petite Anse. Gdy staje się mniej więcej w połowie plaży widok jest przepiękny, jak z pocztówki. Ciągle jesteśmy tutaj sami i to uczucie, że ma się tylko dla siebie tak piękną i dużą plaże jest bezcenne. Uczucie, które jest możliwe już dzisiaj w bardzo niewielu miejscach na świecie. Tutaj można napawać się tym całymi dniami.

Doszedłem niemal do samego końca plaży i jakoś nie miałem ochoty podchodzić bliżej do skał, więc wyciągnąłem aparat i chciałem zrobić zdjęcie. Gdy zrobiłem zbliżenie dostrzegłem w wizjerze aparatu, wymalowaną na sporym kamieniu białą strzałkę. Strzałka wskazywała kierunek za skały. Trochę mnie to zdziwiło, bo zazwyczaj palże zarówno ze swojej prawej jak i lewej strony są otoczone formacjami granitowymi, których w żaden sposób z lądu nie da się pokonać. Nie można po prostu przejść dalej w stronę kolejnej zatoki. Trzeba się wrócić i przejść w głębi lądu. Tutaj jednak strzałka wyraźnie wskazywała jakąś drogę.

Z daleka absolutnie nie widać, że jest jakiekolwiek przejście za skałami po lewej stronie Anse Cocos. Poszedłem w tamtą stronę. Po przejściu kilkudziesięciu metrów wymalowana białą farbą strzałka była już wyraźnie widoczna a na dodatek między skałami mignęła mi jakaś dziewczyny w kolorowym bikini. Pomyślałem, że w takim razie plaża nie kończy się na tych skałach wrzynających się daleko w ocean ale ciągnie dalej i ktoś już tam jest. Młode małżeństwo z Włoch wyraźnie się „spłoszyło” gdy mnie zobaczyli. Najwyraźniej nie spodziewali się tutaj nikogo i dość swobodnie się opalali i nie tylko :).  No tak, nikt nie jest zadowolony gdy musi dzielić tutaj kawałek pisku z innymi. Widocznie nie tylko nas dopadło wrażenie, że więcej niż 4 osoby na jednej plaży to już tłok!

Minąłem ogromne skały i wszedłem w małą drużkę pomiędzy nimi a ścianą krzaków. Gdy wyszedłem zza skał stanąłem jak wryty. Dosłownie mnie zamurowało. Stałem tak przez kilka sekund i naprawdę nie wierzyłem własnym oczom! W tym czasie młodzi Włosi uciekli do wody ale ja już nawet nie zwracałem na nich uwagi tylko biegiem puściłem się z powrotem aby ściągnąć tutaj resztę swojego towarzystwa, które zostało po drugiej stronie plaży. Biegłem, ile sił w nogach z wrażeniem, że to co widziałem przed chwilą może w każdej chwili zniknąć i nikt mi nie uwierzy. To co zobaczyłem za skałami, było zupełną niespodzianką i zaskoczeniem ale wiedziałem, że ja swój raj na tej wyspie właśnie znalazłem!!!

6 komentarzy do “Kokosowa plaża”

  1. Krystyna :

    Cudnie!!!
    Teraz, z tak dokładnym opisem drogi, pewnie bym trafiła. Jest powód, żeby pojechać tam znowu :)))

    Pozdrawiam
    Krystyna

  2. W następnym wpisie spróbuję opisać ten zakątek, który kryje się za skałami na Anse Cocos i to już na pewno powinno Cię przekonać aby wpisać LD na swoją listę do powtórki :) :) :) Również pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za sms’a :)

  3. Krystyna :

    Nie ma za co :) Całą rodzinkę zaangażowałam…..ale uczciwie, oni też Cię czytają!

  4. Oj, to tym bardziej bardzo dziękuję :)

  5. Dzięki Twojemu blogowi odwiedziliśmy w styczniu Kenie, a teraz już wiem gdzie jedziemy w przyszłą zimę :) Cudne zdjęcia , fantastyczny blog!

  6. Jest mi niezwykle miło, że blog mógł kogoś zainspirować do podróży :) Mam nadzieję, że Kenia Wam się podobała i wróciliście zadowoleni?! bardzo dziękuję za miłe słowa i zapraszam do zaglądania na bloga od czasu do czasu :)

    Adam

Skomentuj