W momencie gdy po raz pierwszy zobaczyłem Grand Anse poczułem się jakbym trafił na inną planetę. Idąc drogą od restauracji wychodzi się niemal na sam środek plaży. Mamy przed sobą idealny łuk białego piasku, „zamknięty” po obu stronach fantastycznymi formacjami skalnymi oraz huczące fale oceanu Indyjskiego rozbijające się o brzeg. Widok tej plaży, tego dnia gdy pada deszcz i dosyć mocno wieje wiatr, jest niemal nierealny.

Grand Anse jest największą plażą na La Digue i jest niemal idealna. Niemal tylko dlatego, że niestety plaża nie ma zewnętrznej rafy i zawsze są tutaj duże fale i silne prądy, które uniemożliwiają pływanie w oceanie. Zresztą na plaży jest duża tablica zabraniająca pływania. Przez chwilę stoję na wysokim brzegu w deszczu i patrzę na to zjawisko jak zahipnotyzowany. Nad całą plaża unosi się mgła, fale z hukiem rozbijają się o piaszczysty brzeg, wiatr zgina okoliczne palmy i leje deszcz. Wszystko choć mało przyjemne stworzyło jednak jakby nierealny, tajemniczy obraz tego miejsca.

Plaża wydaje się jakby była jakimś snem, marzeniem, jakby wyłaniała się jakaś zjawa z tego szaleństwa natury. Drobinki wody z szalejących fal podrywane przez wiatr sprawiają, że powietrze jest bardzo wilgotne. Tworząca się w ten sposób mgła stwarza poczucie tajemniczości ale też jakiegoś strachu. Słychać tylko świszczący wiatr i huk fal. Mimo wszystko decydujemy się na spacer i tak już jesteśmy przemoczeni a na dodatek czuję jakby coś magicznego wciągało mnie w stronę oceanu.

Mimo, że w takich warunkach o plażowaniu nie ma mowy, aparat fotograficzny szybko trzeba schować w przeciwdeszczowy pokrowiec, bo obiektyw zachodzi parą, mgłą i wodą to spacer tym brzegiem jest czymś co nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tego, że natura ma nad nami władzę absolutną. Jedna duża fala może rzucić nami o okoliczne skały i nawet nikt tego nie zauważy. Na szczęście plaża jest bardzo szeroka, więc można bezpiecznie iść dalej. Gdy tylko tutaj przyjechaliśmy byłem zły, że nie ma słońca i pada deszcz. Jednak okazało się, że moja złość bardzo szybko przeszła w zachwyt. Takie „skoki” emocji często towarzyszyły mi podczas pobytu na Seszelach. To takie miejsce na świecie gdzie zawsze spotka nas coś co może wywołać skrajne uczucia i zdecydowanie te najbardziej pozytywne.

Gdyby nie ta kiepska pogoda, deszcz i wiatr pewnie nigdy nie poczułbym tego co poczułem gdy zobaczyłem Grand Anse tego dnia. To wrażenie nierealności, poczucie naszej ludzkiej bezsilności wobec natury, trochę taka bezradność, to wrażenia nie do uchwycenia gdyby brzydka pogoda nam nie pomogła. Byłem zachwycony i przerażony jednocześnie!  Było pięknie, coś niesamowitego! Czasami jednak warto odwiedzać jakieś miejsca mimo, że pogoda nie sprzyja. Okazuje się, że dzięki temu można odkryć zupełnie inne oblicze, poczuć i doświadczyć czegoś, co w innych warunkach nie jest możliwe.

Poszliśmy w lewą stronę plaży w kierunku wrzynającego się głęboko w ocean przylądka Pointe Belize z nadzieją, że gdzieś tam schronimy się przed wiatrem i deszczem. Chowamy się między skały gdzie wielkie bloki granitów stworzyły naturalną jaskinię. Z naszego „schronienia” patrzymy na ten spektakl, który rozgrywa się przed nami. Za to na nas patrzą ogromne kraby, które szybko uciekają gdy tylko się poruszymy. Okazało się, że jest ich między skałami tak dużo, że czasami ma się wrażenie, że porusza się cała ziemia. Niektóre z nich są naprawdę duże, mogą nieźle przestraszyć. Tylko po co ktoś tutaj przytargał starą lodówkę, która rdzewieje i zaśmieca ten zakątek raju? Ludzka bezmyślność nie ma granic.

Jak dzieci patrzymy na szalejący ocean wychodząc z ukrycia na krótkie chwile gdy przestaje padać. Bajka jak z innej planety. Wielkość i majestat tej plaży w tych warunkach był niesamowity. Grand Anse bez wątpienia pokazała nam, że jest królową i to groźną królową seszelskich plaż. Dla mnie ta plaża jest Grand nie tylko ze względu na jej wielkość ale przede wszystkim ze względu na wrażenie jakie wywiera na docierających tutaj turystów. Jest diametralnie inna niż plaże na północy wyspy. Jest jak najlepsza baśń.

Skomentuj