Ścieżka prowadząca na Anse Cocos biegnie w głębi lądu i aby na nią trafić należy skręcić w lewo tuż przy początku plaży Petite Anse, zaraz obok tablicy zakazującej kąpieli w tym miejscu. Właściwie trzeba ominąć tę plażę. Idziemy wzdłuż Petite Anse ale w pewnym oddaleniu od brzegu oceanu. Mijamy mały strumyczek nad którym ktoś przerzucił kilka desek służących za mały mostek i wychodzimy na dosyć duża polanę. Ścieżka wije się wśród wysokiej trawy aby następnie wspiąć się w górę. Czeka nas jakieś 25 minut wspinaczki po skałach i kamieniach.

Na szczęście ludzie wydeptali tutaj dosyć wygodny szlak, jednak nie polecam pokonywania tej drogi w plażowym obuwiu. Warto mieć również więcej picia, bo niczego tutaj kupić nie można.  Spacer tą drogą sprzyja oderwaniu się od pięknych plaż. Jest okazja aby przyjrzeć się tutejszej przyrodzie. Panujący tutaj spokój i cisza pozwala usłyszeć śpiew ptaków, choć niezwykle trudno jest dostrzec wśród gęstej zieleni drzew. Widok na okoliczne góry zapiera dech w piersiach.

Tutejszy klimat sprzyja roślinności, która rośnie tutaj bujnie. Ciepło przez cały rok i sporo opadów deszczu tworzą idealne warunki do rozwoju. Piękna okolicy dodaje fakt, że w tutejszą przyrodę, przynajmniej w tej części wyspy nie ingeruje człowiek. Stare palmy, które zakończyły swój żywot powalone przez wiatr leżą tak jak upadły. Często trzeba przechodzić nad nimi albo szukać drogi aby je ominąć. Troszkę czuję się tutaj jak intruz.

Masowa wycinka lasów, która w epoce kolonializmu i wielkich odkryć geograficznych nie ominęła wielu egzotycznych wysp dla La Digue okazała się łaskawa. Tutaj ludzie osiedlili się dosyć późno i w niewielkiej liczbie. Także dzisiaj rząd Seszeli dostrzega potrzebę ochrony dziewiczych lasów. W sumie na całych Seszelach 40% powierzchni kraju to rezerwaty przyrody. To bardzo dużo. Nie prowadzi się na La Digue wycinki starych drzew, nie buduje się asfaltowych dróg, centrów handlowych czy osiedli ludzkich. La Digue ustrzegła się także przed budową wielkich hotelowych molochów, które potrzebowałyby dużo miejsca i na pewno przyczyniły się do wykarczowania wielu połaci lasu. Dzisiaj tego nie ma i pozostaje mieć nadzieję, że nigdy nie będzie.

Dzisiejsze Seszele wyglądają jak jeden wielki ogród botaniczny. Na całym archipelagu występuje ponad tysiąc gatunków roślin. Dziko rośnie około 250 z nich, w tym 75 gatunków to endemity nie występujące nigdzie indziej na świecie. Palmy kokosowe, kiedyś rosły tylko wzdłuż plaż, dzisiaj rosną także licznie w głębi lądu. W sumie na wyspach rośnie sześć gatunków palm a najbardziej sławna jest rosnąca tylko na Praslinie i Curieuse coco de mer czyli lodoicja seszelska. Drzewa żeńskie mają największe na świecie nasiona, podwójne orzechy o kształcie uderzająco podobnym do kobiecych bioder, łącznie z owłosieniem łonowym. Niestety na La Digue ich nie zobaczycie.

Jeśli zatem potraficie oderwać się od bajecznych plaż spacer do Anse Cocos będzie miłym doświadczeniem i okazją do poznania roślinności wyspy. Na ścieżce co chwilę widzimy dosyć duże dziury w ziemi. To kryjówki wielkich krabów, które żyją daleko od wody ale właściwie nie sposób ich zobaczyć, bo wyczuwają nasze kroki i już zawczasu chowają się do swoich kryjówek. Można się zatrzymać i postać kilkanaście minut bez ruchu wówczas na pewno któryś wyjdzie na zewnątrz. Za to bez większych trudności dostrzeżecie ogromne robale, grube jak ołówki i długie na około 15 centymetrów, posiadające chyba milion nóg! Obrzydliwe! Także dosyć sporych rozmiarów pająki rozplatają swoje sieci pośród wielu gałęzi. Nie wiem niestety jakie zwierzęta żyją jeszcze w okolicy. Za to możemy czuć się w lesie zupełnie bezpiecznie gdyż na wyspie nie występują żadne jadowite węże czy jakiekolwiek drapieżniki zagrażające człowiekowi. Wyspy są wolne od tych zwierząt na które trzeba bacznie uważać w innych egzotycznych lasach.

Gdy dojdziemy na szczyt wzniesienia roztacza się przed nami wspaniały widok na Petite Anse i Grand Anse. Nie sposób przejść dalej bez zatrzymywania się w tym punkcie widokowym. Ładniejszy widok na tą część wybrzeża roztacza się już tylko z helikoptera. Tutaj nie trzeba płacić mamy go za darmo. Dróżka schodzi w dół aby skończyć się na kolejnej polanie. Tutaj nieoczekiwanie zastajemy sporo śmieci porzuconych pewnie przez turystów. Szkoda, że ludzie gdy opuszczają plaże nie zabierają ze sobą tego co należy wyrzucić do kosza na śmieci. Szkoda, że nie ma tutaj również koszy, właśnie na śmieci. Jednak jest to zupełnie niezagospodarowana część wyspy, więc miejscowi nie mają po co tutaj przychodzić. Dla nich te plaże są codziennością i raczej nie mają ochoty pokonywać kilkunastu kilometrów tylko po to żeby nacieszyć oczy. Tutaj ścieżka ponownie znika wśród wysokich niemal na dwa metry traw. Jednak kierunek w którym należy pójść można wypatrzyć dobrze przyglądając się w którą stronę pochylone są rośliny. Tam gdzie ktoś przechodził zostaje ledwo widoczny ślad pochyłych traw.

Spacer po tym terenie może dostarczyć wielu dodatkowych wrażeń, to jakby bonus od natury do pięknych plaż. Wędrując wolno miedzy drzewami i zaroślami miałem wrażenie, że ta zieleń niemal mnie atakuje z każdej strony a ponoć w okresie kiedy my byliśmy na wyspie panowała tutaj susza. Skoro tak zielono jest w czasie suszy to ciężko mi sobie wyobrazić jak wygląda tutejsza przyroda w porze deszczowej?! Wszystko tutaj rośnie jak na drożdżach ale najważniejsze jest to, że człowiek nie ingeruje w przyrodę. Nikt nie sprząta butwiejących liści, połamanych gałęzi czy powalonych drzew. Zapach grzybów, wilgoci powoduje, że troszkę czuję się jak w pierwotnej dżungli. Ta przyroda jest wystarczającą nagrodą za trud jaki trzeba włożyć w  40 minutową wędrówkę aby dotrzeć do Anse Cocos.

To właśnie na tej drodze spotkałem starszą panią, która szła boso, dotykała niemal każdego kamienia, głaskała drzewa pokryte mchem, wąchała każdy kwiatek i pochylała się nas każdym dostrzeżonym robaczkiem. Widać było jak ogromną przyjemność sprawiał jej bezpośredni kontakt z tutejszą przyrodą. Miło było ją obserwować jak z jakimś takim rozmarzeniem na twarzy samotnie chodziła po tym lesie. Była trochę zjawiskowa, trochę nierealna jak zresztą wszystko dookoła. Dla nas jednak celem była plaża. Wówczas wydawało nam się, że to ostatnia z „trzech sióstr” jak nazwaliśmy te plaże w tej części wschodniego wybrzeża. Najpierw usłyszeliśmy szum oceanu co upewniło nas, że idziemy w dobrym kierunku aby po chwili pośród zielonych drzew zobaczyć turkus oceanu. Chciało by się powiedzieć –  jak zwykle! Jednak tym razem na plażę wychodzimy prosto z lasu.

 Poniżej fajny filmik pokazujący drogę pomiędzy Petite Anse a Anse Cocos, którą dosyć nieudolnie starałem się opisać w tym wpisie :).

2 komentarze do “Droga do Anse Cocos”

  1. Filos cudny blog ! dziękuję że mogłam znowu wrócić wspomnieniami do tego rajskiego zakątka świata

  2. Bepi to ja bardzo dziękuję! To Twój wyjazd i opis spowodował, że ja tam pojechałem. To wszytko dzięki Tobie 🙂 To fantastyczne miejsce i najpiękniejsze plaże jakie widziałem 🙂

Skomentuj