Tym razem mały przerywnik pomiędzy „zwiedzaniem” seszelskich plaż a jednocześnie zapowiedź tego co pojawi się na blogu w najbliższym czasie. Jest w Europie miasto, które dla mnie ciągle pozostaje tym w którym mógłbym kiedyś zamieszkać. Miasto, które odwiedzam chętnie i dosyć często jak na mnie, ponieważ nie mam w zwyczaju wracać w miejsca gdzie już byłem. Dla tego miasta robię jednak wyjątek – tym miastem jest Barcelona.

Ciągle nie miałem czasu aby zabrać się za opisywanie tego co mnie w Barcelonie tak urzeka ale katalizatorem stała się informacja prasowa o tym, że hiszpańska grupa Giulia y los Tellarini, której piosenka o Barcelonie podbiła świat wraz z filmem Woody’ego Allena pod tytułem „Vicky, Cristina, Barcelona” tak polubił naszą stolicę, że w Warszawie nagrała teledysk i piosenkę o naszej stolicy. „Warszawa” jest ostatnią częścią muzycznego tryptyku, w którego skład wchodzą właśnie „Barcelona” oraz „Buenos Aires”. Ponoć premiera będzie dopiero 3 lutego w klubie Palladium. Jestem bardzo ciekawy czy piosenka o Warszawie podbije świat tak samo jak ta o Barcelonie? Czy Warszawa stanie się kiedyś dla kogoś ulubionym miastem, tak jak dla mnie Barcelona? Zobaczymy.

Tymczasem do „mojej” Barcelony jakoś musiałem się dostać. Oczywiście najprościej samolotem, bo szybko i latają tam tanie linie lotnicze. Niestety w okresie lata, tanie linie lotnicze wcale nie są takie tanie. Szybko zszedłem na ziemię gdy zobaczyłem, że ceny biletów szybują tak wysoko jak wysoko latają samoloty. Trzeba było znaleźć alternatywny sposób dostania się do Hiszpanii. Zaglądałem na wiele forów podróżniczych i trafiłem na post chłopaka, który poszukiwał kogoś z kim podzieliłby koszty dojazdu właśnie do Barcelony swoim samochodem. Nie brałem pod uwagę takiego sposobu dostania się do Hiszpanii ale pomyślałem, właściwie dlaczego nie? Napisałem maila i zaczęliśmy ustalać szczegóły.

Samochody rodzinne na szczęście są na tyle duże i wygodne aby w dość komfortowych warunkach odbyć taką podróż tym bardziej, że w sumie nazbierało się nas 4 osoby. Mimo wysokich przecież cen paliwa gdy koszty podzieliliśmy na wszystkich wyszło całkiem przyzwoicie. Niestety nasz nowy znajomy nie miał czasu na to aby po drodze zwiedzać. Zależało mu na bezpośrednim, z jazdą non stop, dotarciu do Barcelony. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Trochę szkoda, bo wymyśliłem, że po drodze można zatrzymać się w kilku fajnych miejscach (zwłaszcza we Francji, której nie znam) a nie tylko na parkingach przy autostradzie. Niestety musiałem się dostosować. Tak czy owak umówiliśmy się, że jedziemy razem.

Choć czekało nas do przejechania non stop ponad 2 tysiące kilometrów to przy trzech zmieniających się kierowcach cała podróż wraz z postojami zajęła nam około 24 godzin. Nie było wcale tak źle jak się obawiałem. Towarzystwo okazało się wesołe, co ważne umiejące pójść na konieczne czasami kompromisy. Poza tym nowe auta (a takim jechaliśmy) mają to do siebie, że podróżuje się nimi bezpiecznie i komfortowo. Cała podróż okazała się dodatkową atrakcją wakacyjną. Choć dłużej niż samolotem i na pewno bardziej męcząco ale mimo wszystko uczucie jechania przed siebie w świat samochodem było bezcenne.

Bez żadnych problemów dojechaliśmy do stolicy Katalonii około godziny 1 w nocy. Pożegnaliśmy się z naszymi nowymi znajomymi, którzy zostawali w Barcelonie tylko na dwa dni i jechali dalej. Zabierzemy się z nimi w stronę powrotną do Polski za dwa tygodnie. Mam nadzieję, że o nas nie zapomną :). Przed nami, mamy nadzieję 14 dni fiesty w Barcelonie! Ten wyjazd okazał całkiem inny nie tylko ze względu na podróż samochodem ale również dlatego, że chcąc zaoszczędzić zrezygnowaliśmy z dosyć drogich barcelońskich hoteli. Niestety w sezonie wakacyjnym raczej ciężko znaleźć hotel, który zmieściłby się w naszym budżecie. Postawiliśmy na kwatery prywatne. Także i tutaj internet przyszedł z pomocą. Namierzyliśmy dwójkę młodych Polaków mieszkających w Barcelonie, którzy oferowali pokoje do wynajęcia w dobrej lokalizacji i za przyzwoite pieniądze. Oczywiście kwater innych też jest sporo ale jakoś tak nam się wydawało, że może fajniej by było gdybyśmy wsparli budżety naszych rodaków. W końcu w Hiszpanii wcale łatwo się nie żyje.  Jak się potem okazało to był nasz największy błąd.

Kontakt mailowy z Agatą i Darkiem był bardzo dobry. Wydawali się fajnymi ludźmi. Ustaliliśmy cenę za pobyt na 25 euro za dobę na osobę. Nie chcieli od nas żadnej zaliczki. Mieliśmy mieć do dyspozycji duży pokój z klimatyzacją, własną łazienkę i wspólną kuchnię oraz salon. Obgadaliśmy wszystkie szczegóły, uprzedzając że dotrzemy na miejsce dosyć późno w nocy. Zapewnili, że nie jest to dla nich żaden problem. Tak więc około 1 w nocy zadzwoniliśmy domofonem w bloku przy ulicy Passeig de Colom. Drzwi otworzył nam zaspany gospodarz rzucający „cześć” i spojrzenie, które mogłoby zabić ju w progu. Pokój, który dostaliśmy okazał się tak mały, że od ściany do ściany jego przestrzeń zajmowało tylko łóżko, które było tutaj jedynym meblem. Pokój bez okna a wewnątrz zaduch i pewnie ponad 30 stopni. Sierpień w Barcelonie to naprawdę gorący miesiąc. Na nasze pytanie o klimatyzację usłyszeliśmy, że właśnie się popsuła. Tylko dlaczego wszędzie porozstawiane są wiatraki? Wygląda to raczej na to, że zastępują one klimatyzację na stałe. Zanim zdążyliśmy jakoś dojść do siebie usłyszeliśmy tylko, że nie wolno nam dzisiaj używać łazienki ani kuchni, bo jest późno i gospodarze muszą się wyspać bo rano idą do pracy. Darek się zawinął i zniknął za jakimiś drzwiami w głębi mieszkania.

Przyznam, że to „miłe” powitanie trochę zbiło mnie z tropu. Nie oczekiwałem kwiatów i szampana, nawet rozumiem, że jest późno, że rano ktoś wstaje do pracy i musi być wypoczęty. Ale po co w takim razie wynajmuje kwatery turystom, po co obiecuje coś czego nie ma i dlaczego nie bierze pod uwagę, że udostępnianie komuś pokoju wiąże się z niedogodnościami? Byliśmy zmęczeni, brudni i głodni. Okazało się, że spać w takiej temperaturze raczej się nie da, a jak włączyliśmy wiatrak to może i było troszkę chłodniej ale za to tak głośno jakby latał nad naszymi głowami helikopter. O skorzystaniu z łazienki też musieliśmy zapomnieć (dobrze przynajmniej, że pozwolili nam sikać, ale bez spuszczania wody). No trudno skoro nie myłem się już poprzedni dzień to i jeszcze jedną noc dam radę. Antyperspiranty czynią cuda :). Nie mogliśmy niestety również zrobić sobie nic do jedzenia ani do picia. Na szczęście obok był otwarty jeszcze mały kiosk, więc szybko kupiliśmy jakieś ciastka i piwo. Siedząc na ulicy, na krawężniku w środku barcelońskiej nocy zastanawialiśmy się jakie jeszcze niespodzianki ma dla nas to miasto? Dobrze, że chociaż piwo byłe zimne, bo uliczni sprzedawcy trzymają puszki w studzienkach ściekowych gdzie płynie zimna woda :)! Jutro będzie lepiej w końcu to Barcelona!

4 komentarze do “Barcelona, Barcelona…”

  1. Adam…no swietnie sie zaczela Barcelona i kiedy ciag dalszy???

    Normalnie wybiles mnie z rytmu…manewrujesz watkami i zmieniasz miejsca akcji jak w dobrym kryminale….jak mam teraz na spokojnie wrocic na seszelskie plaze???skoro mysle jak powital Was pierwszy dzien w Barcelonie..:)

  2. Moniko, aby nie wybijać za szybko z rytmu pięknych plaż szybko wróciłem do opisu La Digue 🙂 Na Barcelonę trzeba będzie jeszcze trochę poczekać a będzie się działo 🙂

  3. tak delikatnie przypominam,bo wiem,ze moglo Ci sie zapomniec..:-D

  4. Moniko,
    pamiętam, pamiętam tylko… jakoś Barcelona będzie musiała jeszcze poczekać. Przepraszam 🙂 Od jutra ruszam na blogu w nową podróż. Tym razem Azja i aż trzy różne, bardzo różne od siebie kraje. Mam nadzieję, że przygody azjatyckie wynagrodzą Ci czekanie na Barcelonę, która jest fantastycznym miastem, tak blisko nas 🙂 Obiecuję, że Barcelona się pojawi… za jakiś czas 🙂

Skomentuj