Przy kolejnej plaży Anse Fourmis kończy się droga, dalej przed nami już tylko skały, palmy i krzaki. Nie ma zatem możliwości objechania rowerem całego wschodniego wybrzeża a co za tym idzie całej wyspy. Jednak po prawej stronie, za skałami widzimy, że dalej jest jakaś następna plaża. Na dodatek nie ma tam nikogo. Nie mam mapy przy sobie, więc nie mam pojęcia co to za plaża? Jednak wystarczyło, że pomiędzy skałami zobaczyłem ten samotny kawałek piasku aby podjąć decyzję. Zostawiamy rowery w przydrożnym rowie i spróbujemy dostać się pieszo. Znowu ruszam na poszukiwanie prywatnego skrawka raju. To już jest jakaś obsesja, która nas ogarnęła. Każdą plażę chcemy mieć tylko dla siebie!

Tym bardziej ten plan staje się realny, że w krzakach pomiędzy skałami widać wydeptaną ścieżkę. Oznacza to, że można tam przejść, przynajmniej tak nam się wydaje. Ruszamy. Pierwsze kilka metrów pokonujemy dosyć łatwo. Rzeczywiście ścieżka jest dosyć wyraźna i nie ma większych problemów aby przejść pomiędzy skałami. Na niektórych skałach nawet są wymalowane białą farbą strzałki wskazujące kierunek marszu. Jednak im dalej wchodzimy pomiędzy granitowy „las” tym głazy zagradzające drogę stają się coraz wyższe i trudniej je pokonać. Właściwie nie ma już ścieżki. Cała droga prowadzi już tylko po skałach. Na szczęście mamy na nogach dobre buty, więc idziemy a raczej wspinamy się dalej.

Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że szybko okazało się, że spacer zmienia się we wspinaczkę skałkową bez asekuracji. Zagradzające nam drogę skały maja już po dwa – trzy metry wysokości, powalone drzewa i plątanina krzaków też nie ułatwiają odnalezienia właściwej drogi. Znikają również strzałki. Szukamy w miarę łatwego podejścia na ogromne głazy ale coraz częściej trzeba zapierać się nogami pomiędzy dwoma skałami i podciągać na rękach aby wejść wyżej ponad nimi. To znowu trzeba niemal się czołgać pod wielkimi kamieniami bo łatwiej przejść szczelinami pomiędzy nimi niż gramolić się górą. Robi się ciężko.

Chwilami wydaje nam się, że jesteśmy w jakiejś pułapce bez wyjścia. Ciężko podjąć decyzję jak pokonać granitowy mur. Na dodatek po wczorajszym deszczu jest mokro i robi się ślisko a nie bardzo jest się czego trzymać, bo często gałęzie, których się łapiemy są suche i się łamią. Trzeba uważać na leżące na ziemi liście. Po pierwsze bardzo łatwo się na nich poślizgnąć a po drugie lepiej nie stawiać nogi w miejscu gdzie leżą, bo może się okazać, że pod warstwą liści jest po prostu dziura i można wpaść w ukrytą w ten sposób szczelinę. Złamanie nogi lub ręki w tym przypadku to najlepsze co może nas spotkać.

Zaczynam powoli żałować, że zdecydowałem się na ten „spacer”. Obleciał mnie strach. Człowiek zaczynać snuć czarne scenariusze. Co będzie jak złamię nogę, jak złamię rękę albo utknę gdzieś pomiędzy skałami?  Chyba nie był to najlepszy pomysł na dotarcie do tej tajemniczej plaży? Na dodatek jest strasznie parno i duszno. Pot zalewa mi oczy tak jakby padał deszcz. Cieknie ze mnie dosłownie ciurkiem. Gdyby tego było mało to na dokładkę strasznie gryzą komary. W tej wilgotności mają raj a nasza świeża krew jest pożywką, którą nie pogardzi chyba żaden komar z okolicy. Już sam nie wiem czy odganiać się od komarów, wspinać po skałach czy przeciskać między potężnymi głazami? Na dodatek na ramieniu dynda mi aparat fotograficzny na który też muszę uważać, bo łatwo przez przypadek roztrzaskać go o skały. Nawet nie za bardzo można zrobić jakieś zdjęcia, bo jest tak ciasno.

Nie, dalsze pokonywanie tej trasy jest zbyt ryzykowne dla zwykłego turysty. Podejmujemy decyzję, że wracamy. Trudno, na tamtą plaże nie da się dotrzeć drogą od wschodu. W ciągu godziny przeszliśmy mniej więcej połowę drogi tylko, że tutaj bardziej chodzi się w pionie niż w poziomie. Jesteśmy tak blisko ale nasz rozsądek tym razem zwycięża. Trzeba jeszcze pokonać tą trasę z powrotem a lęk przed wypadkiem jest coraz większy. Na szczęście udaje się nam bezpiecznie wrócić nawet bez jednego zadrapania. Jednak cały jestem pogryziony przez komary. Dosłownie nogi i ręce mam całe w czerwonych bąblach. Niepocieszeni, zmęczeni, zapoceni i pogryzieni przez komary wracamy na drogę.

Później sprawdzając na mapie okazało się, że plaża do której chcieliśmy dotrzeć to Anse Caiman. Choć mapy pokazują szlak, który prowadzi dookoła wyspy to jest to raczej dosyć trudny trekking a nie spacerek :). Moim zdaniem zwykły turysta niestety nie jest w stanie obejść wyspy dookoła. Za to na pewno jest to świetne wyzwanie dla tych, którzy mają doświadczenie we wspinaczce i lubą taką wędrówkę. Tym bardziej, że po drodze jest wiele uroczych miejsc, które są niedostępne z żadnej innej strony. Na pewno odkrywanie wyspy w ten sposób może komuś przynieść wiele satysfakcji i pozwala dotrzeć do wielu miejsc zupełnie dziewiczych na wyspie.

Z tej próby przedarcia się do Anse Caiman wyszliśmy bardzo zmęczeni. Usiedliśmy na małym murku przy drodze aby złapać oddech i napić się wody. Gdy tak siedzieliśmy niemal nie mogąc złapać oddechu przyjeżdża tutaj jeszcze kilka osób, które również próbują przejść pomiędzy skałami dalej. Ze zgrozą patrzę, że niektórzy wybierają się na ten szlak w klapkach. Szybko jednak wracają, przekonując się, że nie jest to spacerek leśną ścieżką. Wszyscy wracają niepocieszeni gdy okazuje się, że dalej drogi tak naprawdę nie ma. Im dalej na południe wyspy tym bardziej La Digue pokazuje swoje drugie oblicze. Okazuje się, że o ile północno – zachodnie i północno – wschodnie wybrzeże jest łatwo dostępne to już południowe wybrzeże jest dziewicze i pełne niespodzianek. Żeby je zobaczyć trzeb się nieźle natrudzić i wylać morze potu. Dlatego właśnie na południu nie spotyka się tych turystów, którzy przypływają na wyspę na jeden czy dwa dni. Poczucie dziewiczego i jeszcze bardzo prawdziwego oblicza południowej La Digue wymaga czasu i zrezygnowania z błogiego leżenia na pięknej plaży. W dużej mierze, później okaże się, ze właśnie na południu odkryję swój raj!

Skomentuj