Przy zagrodzie żółwi można spędzić wiele godzin na obserwacji zachowań tych fenomenalnych gadów. Można dostrzec jak największe osobniki niepodzielnie władają wybiegiem a najmniejsze pokornie schodzą im z drogi. Te najstarsze żółwie pierwsze podchodzą do jedzenia nie bacząc na to, że niemal tratują te najmłodsze, którym musi wystarczyć do jedzenia to co zostawią inne. Zabawne są też sceny jakże nieporadnych prób kopulacji gdy wielki samiec usiłuje wgramolić się na samice. Oj, ciężka to praca dla żółwiego kochanka :). Pewnie jeszcze tutaj wrócimy, tymczasem idziemy obejrzeć resztę plantacji.

Plantacja L’Union Estate była pierwszą założoną  plantacją na wyspie. Założyła ją Luise Mellon (z domu Desjardns), której przodkowie przybyli na wyspę około 1800 roku. Była to jedna z pierwszych rodzin osadników na wyspie. Seszele nie mają rdzennych mieszkańców, wszyscy to przybysze z różnych stron świata. Przybyli tutaj z Afryki, Indii, Madagaskaru czy z Europy. Potomkowie Luise Mellon żyją na wyspie do dzisiaj i są bardzo szanowaną rodziną. To taka dzisiejsza elita wyspy.

Kiedyś była to tylko plantacja plam kokosowych. Kopra, czyli miąższ z orzechów kokosowych z którego wyrabia się później olej, była jednym z głównych produktów eksportowych wysp. Dzisiaj o tamtych czasach świadczy już tylko stary ale wciąż sprawny kalorifer do suszenia kopry i oraz prasa do wyciskania oleju z kokosów. Duży wół chodzi w kółko, zaprzężony do dyszla i w ten sposób porusza młyńskim kołem służącym do mielenia kokosów i wyciskania z niego aromatycznego oleju. Wydaje się, że to tylko atrakcja dla turystów, bo gdy tylko pojawia się w tym miejscu większa grupka „białasów” z aparatami pani wstaje i pogania woła, który ociężale rusza przed siebie. Pstrykają migawki, pani się uśmiecha (albo i nie), wół zrobi parę kółek i koniec przedstawienia. Choć leżąca obok wielka góra orzechów kokosowych może świadczyć, że ciągle wyrabia się tutaj olej.

Uprawia się tutaj również wanilię. Jadąc na plażę Anse Source d’Argent mijamy poletko, na którym rośnie właśnie wanilia. Roślinę tą sprowadzono na La Digue w 1866 roku i szybko wyparła uprawy palm kokosowych jako bardziej dochodowa. Kiedy na początku XIX wieku opracowano metodę produkcji syntetycznej waniliny, cały ten przemysł upadł, a dla wyspiarzy nadeszły ciężkie czasy. Na dzisiejszej plantacji zielone pędy, pną się w stronę słońca i gdzieniegdzie zwisają na krzaczkach jakby strąki fasoli. Niestety zielone pędy nie mają takiego miłego zapach jaki znamy. Laski wanilii nabierają swojego magicznego zapachu dopiero po odpowiedniej obróbce. W sklepiku na plantacji można kupić wysuszone laski wanilii, które przepięknie pachną. Wanilia raczej nie zatrzymuje nas na dłużej, bo plantacje przypraw, ziół wszelakich mieliśmy już okazję kiedyś oglądać na Sri Lance, więc jest to dla nas średnio interesujące.

Jadąc dalej drogą wśród palm dojeżdżamy do współczesnego już można powiedzieć przedsiębiorstwa ogrodniczego. Przed nami pola, namioty szklarniowe gdzie hoduje się warzywa i owoce. To właśnie z tej części plantacji pochodzą wszystkie plony rolne dostępne na wyspie (nie licząc tego co uprawiane jest w przydomowych ogródkach). Raczej nie ma czego oglądać, bo pola są wszędzie takie same a pomidory mamy u siebie i nie chcemy przeszkadzać pracującym tutaj ludziom. Cóż w raju ludzie też musza pracować nawet jak tuż obok jest najpiękniejsza plaża świata.

Wracamy zatem w stronę pani pilnującej aby wół dobrze wychodził na zdjęciach i skręcamy w lewo w stronę starego domu. To „ Dom Emmanulle”. Nazwa została od czasów kręcenia właśnie w tej chacie kolejnego odcinka sławnego w latach 70 XX wieku erotycznego filmu z Emmanuelle jako główną bohaterką. Cóż, dzisiaj nie ma już tego splendoru jak dawniej. Ponoć kiedyś zatrzymywał się tutaj sam prezydent Seszeli gdy przyjeżdżał wypoczywać na La Digue. Dawne czasy. Dom został wybudowany  przez rodzinę Hossen. Przybyli tutaj w XIX wieku z Mauritiusa i prowadzili plantację. Francuski styl i szyk w jakim został zbudowany dom kiedyś musiał urzekać. Prawdopodobnie do jego budowy użyto drewna z drzew Takamaka. Teraz trzeba użyć wyobraźni aby się nim zachwycić lub przymknąć oczy aby widzieć nieco mniej.

Gdy weszliśmy na ganek (akurat nikogo tutaj nie było) i drewniane podłogi zaczęły skrzypieć pod naszymi nogami trochę poczuliśmy się jak intruzi. Długi taras ciągnie się niemal dookoła domu a na nim ratanowe fotele i kanapy zachęcają do odpoczynku. Ponieważ wyobraźni mi nigdy nie brakowało to od razu wyobraziłem sobie stare czasy gdy dom musiał stanowić centrum życia jego mieszkańców, gdy z kuchni rozchodziły się zapach przygotowywanego jedzenia a na tarasie siedziały eleganckie damy i plotkowały z drinkiem w ręku patrząc na niebieski ocean tuż obok. Fontanna przed frontowym wejściem wesoło pluskała wodą a dookoła musiał unosić się fantastyczny zapach kwitnących tutaj kwiatów. Stare czasy!

Choć widać, że o dom ktoś dba, jest sprzątany, pastowane są drewniane podłogi to jednak jego stan nie jest najlepszy. W wielu miejscach dach z liści palmowych porwał wiatr albo zniszczył deszcz, prześwituje blacha falista, która nie dodaje uroku. Okiennice nie trzymają już pionu tak jak kiedyś a ogród to już raczej marne wspomnienie tego co ogrodem można by nazwać. Jednak jest w tym miejscu jakaś nostalgia, jakiś czar. Siedząc na schodach na ganku patrzyłem na ocen. Cicho, spokojnie, nikogo dookoła. Miejsce, które pozwala się wyciszyć, gdzie można złapać oddech i chociaż na chwilę przenieść się w tamte czasy gdy La Digue było miejscem, gdzie często osadzano ludzi za karę, do więzienia, na zesłanie a oni wcale nie chcieli wracać gdy kara im się skończyła. Wybierali to „więzienie” na swoje dalsze życie! Świadkiem wszystkich tych wydarzeń zapewne było ogromne drzewo, które kiedyś rosło na polanie przed domem. Jednak dzisiaj powalone świadczy o powolnej klęsce natury na tej wyspie a może było już po prostu zbyt stare aby wytrzymać wiatr od oceanu?

Skomentuj