Zgodnie z naszymi oczekiwaniami już o 6 rano budzi nas pianie „naszego” domowego koguta. Odezwał się jeden i już pieje cała wyspa :). No cóż nie ma rady, trzeba wstawać. Mimo, że należę bardziej do tych, którzy lubią dłużej pospać zwłaszcza na wakacjach,  to tutaj zrywam się z łóżka gdy tylko zrobi się troszkę jaśniej na dworze. Odsłaniam zasłony żeby sprawdzić czy aby słońce o nas nie zapomniało. Na szczęście również i dzisiaj słońce świeci mimo kilku chmur na niebie. Więc pogoda jest, a to przecież najważniejsze.

Dzięki możliwości korzystania z kuchni w naszym wakacyjnym domu robimy kawę i zasiadamy na werandzie z nadzieją, że jeszcze nie ma krzątaniny na podwórku i w ciszy i spokoju obudzimy się na dobre. Tymczasem nasi gospodarze już od światu zajmują się swoim życiem i obejściem. No tak, na wsi wstaje się wcześnie i zawsze jest coś do zrobienia. Tym bardziej, że jak się okazuje, obok naszego domu rozpoczyna się właśnie budowa kolejnego. Nasz gospodarz buduje dom dla swojej rodziny. Pierwszy swój dom. Do tej pory mieszkają w czymś co bardziej przypomina nasze blaszane garaże, a ten prawdziwy dom przeznaczony jest dla turystów. Z dumą opowiada nam jak wreszcie będzie wyglądał ten jego wymarzony rodzinny dom. My natomiast zastanawiamy się jak to będzie mieszkać na budowie?

Nowy dom powstaje może 4 metry od tego w którym mieszkamy. Na środku podwórka jeszcze dwa dni temu rosło duże drzewo. Wczoraj w ciągu dnia zostało ścięte a my wracając wieczorem po ciemku nawet się nie zorientowaliśmy, że coś się zmieniło. Rano już zauważyliśmy, że drzewa nie ma. No cóż, wpływu na tą budowlaną krzątaninę nie mamy ale za to mamy cichą nadzieję, że jakoś ta budowa nie będzie nam za bardzo przeszkadzała w odpoczynku. Widząc jednak radość właściciela i jego ekscytację rozpoczynającą się budową cieszymy się razem z nim.

O godzinie 8 rano mamy śniadanie. Skromne ale smaczne urozmaicamy, kupionymi w sklepie jogurtami i płatkami. Na zewnątrz jest już bardzo ciepło i przepięknie świeci słońce. Temperatury są tutaj niemal jednakowe w dzień i w nocy. Szkoda czasu na delektowanie się śniadaniem. Za to trzeba ułożyć plan na dzisiejszy dzień a to w przypadku La Digue nie jest łatwe :). Którą plaże wybrać, którą cześć wyspy? Zapada decyzja, że skoro mamy ładną pogodę (nie wiadomo jak długo) to ruszamy na zachodnie wybrzeże wyspy i pojedziemy zobaczyć „królową” tutejszych plaż Anse Source d’Argent czyli Zatokę Srebrnego Źródła. Może uda się zdążyć przed tłumami turystów, którzy zjeżdżają na wyspę z całego świata właśnie dla tej „gwiazdy” Seszeli?!

Jeżeli przejrzycie rankingi najpiękniejszych plaż świata Anse Source d’Argent zawsze będzie plasowała się na bardzo wysokim miejscu. Mówi się o niej, że jest to najczęściej fotografowana plaża świata. Kręcono tutaj wiele reklamówek ze słynną i przepiękną reklamą rumu Bacardi, pozowały tutaj najlepsze modelki świata w ekskluzywnych sesjach przed obiektywami najznakomitszych fotografów. Wreszcie kręcono tutaj również kilka filmów między innymi serial „Crusoe” czy głośny film z 1977 roku „Żegnaj Emmanuelle” (dom w którym kręcono film stoi do dzisiaj). Ciekawe czy nas ta plaża również zauroczy ba, czy powali na kolana? Mijamy po drodze lądowisko dla helikopterów gdzie akurat przylatuje kolorowo pomalowany stalowy ptak. Niektórzy goście przylatują tutaj bezpośrednio z Mahe właśnie helikopterem. Dobre wyjście dla tych, którzy nie lubią promów, ale cena takiego transferu jest zabójcza! Helikopterem można również polatać nad La Digue. Niestety dla nas taka przyjemność jest zbyt droga – 15 minutowy lot nad wyspą kosztuje 250 euro!

Wszystkie plaże na Seszelach są publiczne i nie trzeba płacić za wstęp na nie. Są jednak wyjątki od tej reguły. Bywają plaże do których dostęp jest tylko poprzez hotel, który wybudowano nad daną zatoczką i aby wejść na taką plaże trzeba mieć zgodę zarządzającego hotelem. Zazwyczaj nie ma z taką zgodą żadnego problemu wystarczy wcześniej napisać e-mail z prośbą o przejście przez teren hotelowy konkretnego dnia i o konkretnej godzinie i sprawa załatwiona. W przypadku Anse Sorce d’Argent jest jeszcze inaczej. Plaża jest położona na terenie prywatnej plantacji L’Union Estate i wstęp na plantację jest płatny. Co za tym idzie aby dostać się na plaże trzeba zapłacić 100 rupii lub 10 euro za osobę (oczywiście płacąc w walucie lokalnej wychodzi taniej). Jeżeli na wyspie zostajecie kilka dni  i zamierzacie odwiedzić tę plażę kilka razy to trzecie wejście jest gratis (trzeba zbierać bilety i pokazać dwa z różnych dni). Zawsze w ten sposób można zaoszczędzić. Tylko czy warto na tę plaże wracać? Tego jeszcze nie wiemy ale dziękujemy pani za informację. Cóż tanio nie jest i widać, że właściciele plantacji nie muszą już dzisiaj ciężko pracować. Płacąc za wstęp można opuszczać teren plantacji i wracać ponownie w ciągu tego samego dnia dowolną ilość razy (przy bramie wystarczy pokazać ważny bilet).

Aby uniknąć tłumów postanawiamy darować sobie oglądanie samej plantacji i ruszamy prosto na plażę. Na samą plantację jeszcze wrócimy. Teraz interesuje nas tylko plaża. Mijamy na rowerach dużą zagrodę z żółwiami gdzie panuje spory tłok, kilkanaście osób tłoczy się i podziwia przepiękne duże okazy stu letnich olbrzymów. Mimo, że prawie spadam z roweru w tym miejscu wyciągając głowę w kierunku zagrody to twardo jedziemy dalej szukając dróżki prowadzącej na plażę. Obszar plantacji jest dosyć duży ale na szczęście są tabliczki wskazujące kierunek na Anse Source d’Argent. Na małym parkingu tuż przed wejściem na plażę widzimy zaledwie kilka zaparkowanych rowerów. Uff, nie ma jeszcze tłumów. Idziemy zobaczyć ten cud!

Rowery pod drzewa, plecaki na plecy i w drogę. Wchodzimy na piaszczystą, leśną ścieżkę, która prowadzi wzdłuż całej plaży. Idę i własnym oczom nie wierzę. Jest tak pięknie, że aż nie mogę uwierzyć. Sam spacer ta dróżką powoduje niemal zawał serca jest tak jakoś nierealnie. Przepiękne granitowe skały wśród których piaszczysta dróżka wije się niczym wąż w niektórych miejscach tworzą mostki pod którymi się przechodzi. Kolory skał i ich kształty przerastają moją wyobraźnię. Dookoła bujna roślinność aż kipi. Zielone pióropusze palm, mięsiste liście krzaków aż bija po oczach swoją zielenią. No i ten zapach lasu. Trudno pozbyć się egzaltacji w opisywaniu zaledwie tylko malutkiej ścieżki! Miejsce jest magiczne.

Jednak przyjechaliśmy tutaj dla plaży więc cała nasza uwaga kieruje się w stronę szmaragdowej wody prześwitującej pomiędzy bujną roślinnością. Schodzimy na brzeg. Zapadamy się w miękki piasek i stoimy jak zaczarowani. Plaża ta to właściwie szereg odrębnych małych, malowniczych zatoczek. Na tym właśnie polega jej urok, że nie jest to jeden pas pięknego piasku i palm ale poszarpane wybrzeże, podzielone skałami na wiele odcinków. Rzeczywiście na samej plaży jest może z 5 osób. Korzystamy zatem z okazji, że udało się być tutaj bez tłumów innych ludzi i postanawiamy najpierw przejść do samego końca aby zobaczyć, który odcinek plaży spodoba nam się najbardziej.

Plaża już na pierwszy rzut oka zasługuje na te wszystkie swoje tytuły naj, naj, naj. Rzeczywiście jest tutaj pięknie. Jest zupełnie inaczej niż na północnym wybrzeżu choć wszystko jakby w tym samym „klimacie” seszelskim. Znowu ilość emocji i wrażeń nie pozwala spojrzeć rozsądnie na otaczającą nas przyrodę. Znowu Matka Natura dała tutaj popis swojej fantazji! Dochodzimy do końca plaży. Jak się później okazało, po wnikliwym sprawdzeniu wielu map i dyskusji z tymi, którzy odwiedzili La Digue przed nami, ostatnia część tej plaży to już nie jest Anse Source d’Argent ale plaża Anse Pierrot, choć z mapy trudno to odczytać, bo odcinki plaż są oddzielone tylko granitowymi skałami. Dla nas, dla uproszczenia cały ten odcinek to Anse Source d’Argent, ale wspominam o tym dla porządku.

Zostajemy w tym miejscu na dłużej, bo tutaj nie ma jeszcze nikogo. Znowu mamy dla siebie kawałek raju. Korzystam z samotności i ruszam z aparatem zrobić kilka zdjęć jakbym się obawiał, że to wszystko co widzę zaraz zniknie, że to co widzę jest nieprawdziwe. Wielokrotnie, nie tylko na tej plaży miałem wrażenie, że to co widzę to jest tylko ustawiona scenografia do jakiegoś filmu. Tak bardzo ta przyroda tutaj jest nieprawdopodobna. Mimo ostrego słońca, które powoduje, że zdjęcia nie wychodzą najlepiej biegam z aparatem jak oszalały :). Jednak w ciągu najbliższej godziny pojawia się na plaży już kilkanaście osób a dla nas to już tłok. Przypłynęły poranne promy z Praslin a na nich turyści z innych wysp, których przyciąga tutaj sława tej plaży. Cóż, trudno się dziwić zanim tutaj trafiłem też marzyłem tylko o tej jednej plaży, o tym jednym zdjęciu na tle turkusowej wody z fantastycznymi granitami w tle! Wszyscy mamy marzenia takie same.

Mimo napływu kolejnych turystów postanawiamy, że spędzimy w tym miejscu cały dzień. Około godziny 11 rano jest już sporo osób (choć tylko na warunki seszelskie, bo nie ma więcej niż może 30 osób) jednak mnie najbardziej irytuje para turystów, którzy przyciągnęli tutaj sprzęt do kiteboardingu i teraz na niebie śmiga nam przed oczami pomarańczowo niebieski spadochron. Mam nadzieję, że nie przywędrują tutaj kiedyś skutery wodne i cały ten plażowy kram. Urokiem plaż na  Seszelach poza ich niewątpliwym naturalnym pięknem jest przede wszystkim panująca tutaj cisza i spokój. Szkoda by było, aby te perełki zamieniły się kiedyś w głośne plaże znane np. z Hiszpanii czy innych tłumnie odwiedzanych zakątków świata. Ktoś kiedyś napisał, że Seszele to zaginiony raj. Uważano, że właśnie tutaj położone są mityczne ogrody Edenu. Anse Source D’Argent nie pozostawia wątpliwości, że tak właśnie jest.

Skomentuj