Choć na Anse Patates można spokojnie „przeleżakować” cały dzień ciągnęło mnie aby zobaczyć jak wyglądają kolejne palże na wschodnim wybrzeżu wyspy. Droga w tym miejscu prowadzi już w dół więc jedzie się znacznie lżej i właściwie niemal przy brzegu. Miejscami nawet jedziemy po piasku bo widoczne w czasie przypływu ocean zalewa drogę a cofające się fale pozostawiają naniesiony piasek. Coraz częściej droga przestaje być też brukowana i jest znacznie bardziej dziurawa. Jednak mocno trzymamy w garści nasze dwukołowe rumaki i jedziemy z „górki na pazurki”. Cudownie tak jechać rowerem gdy wiatr łagodzi ostre słońce. Jednak jak to zwykle bywa tą beztroską jazdę przepłacamy poparzonym ramionami mimo tego, że smarowaliśmy się wysokimi filtrami. Koniecznie trzeba pamiętać o mocnym chronieniu skóry przed słońcem, bo słońce w tej szerokości geograficznej jest bezlitosne.

Mijaliśmy kolejne plaże nawet się na nich nie zatrzymując. Pierwszą jaką minęliśmy to Anse Gaulettes potem za półwyspem Cap Bayard znajduje się Anse Grosse Rocha. Obie te plaże wyglądają nader skronie w porównaniu z poprzednimi. Wąskie, dość kamieniste i raczej otoczone krzakami a nie palmami. Postanawiamy na razie nie zatrzymywać się tutaj tym bardziej, ze przypomniało nam się, że już niedaleko mamy do Anse Banane i małego baru gdzie dzień wcześniej piliśmy przepyszny sok. Bierzemy zatem kurs na bar.

Zanim jednak dojechaliśmy do baru na drodze spotkaliśmy swobodnie spacerującego sobie olbrzymiego żółwia. Mimo tego, że oglądałem wcześniej zdjęcia w internecie tej okolicy i wiedziałem, że tego olbrzyma można spotkać na wyspie właśnie niedaleko baru, to gdy człowiek widzi to na własne oczy jest to mimo wszystko urocze zaskoczenie. Zatrzymujemy się z piskiem naszych łysych rowerowych opon, rzucamy rowery w krzaki i biegniemy przywitać się Wielkim Dżordżem (tak nazwaliśmy tego olbrzyma na własny użytek). Żółw chodzi sobie po okolicy zupełnie swobodnie. Robi co chce i idzie gdzie chce. Oczywiście jest lokalną atrakcją i gwiazdą tej części wybrzeża. Zwłaszcza dzieci na jego widok mają ogromną radość i na początku nie bardzo wierzą, że to żywe zwierzę. Zresztą dla nas dorosłych taki obrazek też był miłym doświadczeniem. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji stanąć oko w oko z takim olbrzymim okazem. Pamiętam, że oglądałem takie żółwie w amsterdamskim zoo, sam w dzieciństwie miałem w domu małego żółwia ale taki wielki i tak po prostu spacerujący sobie drogą jakby nigdy nic żółw to widok fantastyczny.

Poza Wielkiem Dżordżem w małej zagrodzie tuż przy barze żyje jeszcze kilka znacznie mniejszych, młodszych żółwi. Zresztą na całych Seszelach na wielu domowych ogródkach znajdują się specjalnie urządzone zagrody w których trzyma się żółwie. Zwierzęta te są troszkę dla Seszelczyków tym czym dla nas psy czy koty, które mieszkają z nami w naszych domach. Żółwie niewątpliwie są jednym z symboli tych wysp ale ich historia w tym miejscu sięga milionów lat wstecz.

Ze względu na brak jakiekolwiek zagrożenia ze strony ssaków (na wyspach nie żyją żadne ssaki) Seszele stały się znakomitym miejscem dla żółwi olbrzymich. Na Aldabrze, która również należy do archipelagu Seszeli żyje ich ponad 100 tysięcy – największa populacja na świecie. Żółwie olbrzymie żyły na wyspach Oceanu Indyjskiego przez miliony lat, nie odczuwając zagrożenia ze strony jakichkolwiek zwierząt. Ssaki opanowały kontynenty więc gady mogły żyć tutaj spokojnie bez naturalnych wrogów. Niestety nie wytrzymały konfrontacji z człowiekiem. Gdy ludzie zaczęli osiedlać się na wyspach szybko przekonali się, ze żółwie a raczej ich mięso to dobry posiłek. Żeglarze, którzy odwiedzali te rejony pakowali do ładowni swoich statków setki żółwi, które traktowali jak żywe konserwy. Ze skorup żółwi zaczęto wyrabiać wiele potrzebnych człowiekowi przedmiotów a także już później zupełnie niepotrzebnych pamiątek turystycznych, które łatwo było sprzedać tym, którzy na wyspach spędzali swoje wakacje.

Większość z żółwi wyginęła. Przez długie lata sądzono, że żółwi nie da się uratować. Na szczęście nie było jeszcze za późno. Seszelskie żółwie trafiły na listę gatunków chronionych. Żyjące ostatnie żółwie przewieziono na pobliską wyspę Silhouette, gdzie stworzono rezerwat w którym pod okiem naukowców zwierzęta te mogły się rozmnażać. Warto wybrać się na tą wyspę na krótka wycieczkę, bo spacer po plaży w towarzystwie wielkich gadów jest doświadczeniem bezcennym. W rezultacie udało rozmnożyć się je na tyle, że dziś żyje na różnych wyspach wiele sztucznie utworzonych populacji tych zwierząt. Są również hodowane w hotelowych ogrodach jak i prywatnych przydomowych ogródkach. Wszędzie są po ścisłą ochroną.

W zamierzchłych czasach młode żółwie tradycyjnie ofiarowywano nowo narodzonym dziewczynkom, które opiekowały się nimi aż do zamążpójścia. Żółwia zabijano wówczas i spożywano na weselu. Tradycja ta już w zasadzie wygasła ale nadal wielu mieszkańców uważa, że trzymanie żółwi w domowym ogrodzie przynosi całej rodzinie szczęście. Zwierzęta te są szanowane i uwielbiane zarówno przez miejscowych jak i turystów. Dla Wielkiego Dżordża będziemy przyjeżdżali tutaj jeszcze wielokrotnie, bo zawsze na jego widok na naszych twarzach gościł wielki uśmiech  i niemal dziecięcą radość z tych spotkań. Poza tym Wielki Dżordż uwielbia papaję, więc mu ją przywoziliśmy na podwieczorek!

Jeden komentarz do “Uwaga żółw na drodze!”

  1. A TAKIE ZOWIE MOŻNA HODOWAĆ W DOMU SĄ SUPER

Skomentuj