Po mniej więcej pół godzinie jazdy busikiem z lotniska (może 40 minut) dojechaliśmy na przystań Cat Cocos . Kupuję bilety na prom Mahe – Praslin (już także na powrót). Nie pokazuję rezerwacji bo nie ma żadnego problemu aby je dostać, wiec robienie rezerwacji z Polski chyba nie jest konieczne. Zresztą za taką cenę biletów na prom trudno się spodziewać aby ich brakowało. Ciekawostką jest, że cena na ten sam prom dla miejscowych jest niemal 10 razy mniejsza. Turyści płacą około 43 euro za bilet w jedną stronę od osoby w klasie turystycznej. Drogo! Jest jednak inny sposób przemieszczania się pomiędzy wyspami. Dosyć popularne jest pływanie z rybakami jako pasażerowie. Zazwyczaj w porcie na Mahe można umówić się z kapitanem któregoś z kutrów aby zabrał nas na Praslin. Wymaga to jednak zatrzymania się na Mahe tuż po przylocie bo zazwyczaj załatwienie takiego transportu wymaga przynajmniej jednego noclegu na wyspie i znalezienia odpowiedniego statku. Jednak pozwala to obniżyć koszty nawet o kilkaset złotych!

No, ale nam spieszy się do raju więc płacimy po 725 rupii (od osoby w jedną stronę) i czekamy stłoczeni z innymi czekającymi pasażerami pod malusieńkim daszkiem, bo niestety ciągle pada deszcz. Za takie pieniądze przewoźnik mógłby przynajmniej postarać się o jakieś zadaszone pomieszczenie dla pasażerów. My byliśmy na przystani dużo wcześniej, wiec jeszcze zmieściliśmy miejsce pod daszkiem ale cała reszta pasażerów niestety stoi i moknie. Miny przemoczonych ludzi nie sugerują, że przybyli do raju, większość jest dość mocno zdenerwowana. Niestety, tak to jest jak jakaś firma ma monopol. Nikt inny nie oferuje takich połączeń. Wreszcie wpuszczają na prom, więc ładujemy się od razu na dolny pokład (ponoć mniej odczuwa się fale), bo coś czuję, że trochę pobuja :). Z lekkim opóźnieniem parę minut po 10 rano wypływamy w godzinną drogę na wyspę Praslin. Celowo poza kawą od rana nic nie jadłem, bo wiem, że pływanie po morzach i oceanach nie jest moją silną stroną. Ciągle pamiętam naszą „przygodę” na łodzi u wybrzeży Zanzibaru! Teraz się tylko zastanawiam, czy  Qatar’skie jedzenie z samolotu już przetrawiłem czy może wyląduje w jednej z tych papierowych torebek, które rozdają na promie? Może to i lepiej, że w samolotach porcje są małe :)?

Kiedyś po tych wodach pływali piraci. Jednym z bardziej sławnych był francuski pirat z początków XVII wieku – Olivier Le Vasseur, zwany La Buse („Myszołów”). Przez kilka lat wraz z dwójką brytyjskich kompanów, Edwardem Englandem i Charlesem Taylorem, grasował na Oceanie Indyjskim i terroryzował europejskie statki handlowe. Najcenniejszą zdobyczą piratów był statek króla Portugalii, splądrowany w doku remontowym portu na pobliskiej wyspie Reunion. Ich łupem padł wówczas „Ognisty krzyż Goa”, wysadzany diamentami, rubinami i szmaragdami, tak ciężki, że z trudem podnosiło go trzech ludzi. Le Vasseur zatrzymał ten wspaniały skarb dla siebie. W końcu został pojmany przez Francuzów, przywieziony na Reunion i powieszony 7 lipca 1930 roku. Legenda głosi, że kiedy mu zakładano pętlę na szyję, rzucił w tłum gapiów pęk dokumentów, wołając:  „Spróbujcie znaleźć mój skarb!” Poszukiwania tego skarbu trwają do dziś. Najsławniejszym z jego poszukiwaczy był Reginald Cruise – Wilkins, który poświęcił temu całe swoje życie. Był przekonany, że skarb zakopano na Mahe i że prowadzą do niego wskazówki nawiązujące do mitycznych dwunastu prac Herkulesa. Ponoć poszukiwania tego bezcennego krzyża z Indii trwają do dziś. My jednak opuszczamy Mahe jedynie wspominając tą historię i nie mamy zamiaru bawić się w poszukiwaczy skarbów 🙂 .

Na promie zaraz obok nas siada eleganckie czarne, małżeństwo z małym dzieciątkiem. Maluch dostaje butelkę mleka i zasypia spokojnie w ramionach mamy. Za nami dwójka dzieciaków z Niemiec , które śmieją się w najlepsze  gdy tylko podskakujemy na pierwszych falach.  Jednak zabawa i spokój trwa nie dłużej niż 15 minut. Pierwsza poległa czarna dama. Maluszka oddała ojcu bo sama ledwo trzyma się na nogach, aż w końcu mdleje i załoga gdzieś ją wyprowadza. Cała obsługa niemal biegiem roznosi papierowe torebki a jeszcze tak strasznie nie buja. Potężny tata został sam z dzieckiem ale także minę ma nieciekawą a dzieciaki za nimi już się nie śmieją tylko rzygają jak koty i płaczą! Maluszek, który do tej pory grzecznie spał w ramionach taty oddał całą butelkę mleka wprost na elegancko ubranego tatę i okoliczne siedzenia i spał w najlepsze dalej. Tylko, że tata również zapełnił kilka torebek bo i jego dopadła choroba morska. Obserwując takie obrazki dookoła siebie czuję, że również jestem na granicy swojej wytrzymałości. Tylko nie wiem czy wymiotować mi się chce bo strasznie buja czy dlatego, że patrząc na to wszystko nie bardzo można się powstrzymać?

Tak właśnie wyglądał rejs na Praslin. Bujało jak cholera! Nam nie wiele brakowało, ale jakoś dopłynęliśmy bez oglądania dna papierowych torebek. Gorszy niż samo bujanie jest widok tych wszystkich ludzi, którzy wymiotują. Ciekawe, że rusza to także miejscowych, którzy przecież taką podróż odbywają regularnie. Na Praslinie zastała nas gigantyczna ulewa. Zanim w tym całym zamieszaniu odebraliśmy walizki byliśmy przemoczeni dosłownie do bielizny. Na szczęście było ciepło (zawsze jest ciepło) i humory nam dopisywały, ale w innych okolicznościach byłbym wściekły. Zabranie parasolki wcale nie jest głupim pomysłem. Najgorzej było z małymi dziećmi, bo dzieciaki strasznie przemoczone, płakały a matki nie wiedziały co z nimi zrobić. Lało strasznie a nie ma gdzie się schować w czasie czekania na walizki, które wyciągają z promu i trzeba je zanieść do kolejnego, którym popłyniemy już na La Digue.

Jeszcze szybki zakup biletów na kolejny prom tym razem Praslin – La Digue (200 rupii od osoby w jedną stronę, czyli około 12 euro). Można kupić bilet bez kolejki na czekający właśnie prom ale uwaga jest to  inna kasa niż ta sprzedająca bilety na prom Praslin – Mahe, ponieważ połączenie na La Dique obsługuje inna firma. Z reguły prom odpływający na La Dique czeka aż wszyscy pasażerowie zdążą się przesiąść nawet gdy ma się opóźnienie. Podajemy walizki panu z obsługi i pakujemy się na kolejny prom. Niestety wewnątrz na promie jest strasznie zimno od klimatyzacji, istna lodówka. My przemoczeni nie mieliśmy ochoty jeszcze zmarznąć,  więc zostajemy w takim przedsionku przed wejściem do kabiny pasażerskiej, rozsiadamy się na podłodze obok kosza na śmieci ale za to na świeżym powietrzu. Już nam wszystko jedno, ale przeziębić się mimo wszystko nie chcemy. Przecież to tylko 10 minut i będziemy w raju. Tutaj już buja mniej a poza tym nie traci się lądu z oczu, więc ten ostatni etap podróży łatwiej znieść. Po 24 godzinnej podróży, dwóch samolotach i dwóch promach, wreszcie wysiadamy na przystani wymarzonej wyspy La Digue – perełki Seszeli! Choć droga do tego raju nie była łatwa to mam nadzieję, że już od teraz będzie tylko lepiej!

Skomentuj