Niestety czas biegnie nieubłaganie i choć tutaj w Afryce pojęcie czasu ma nieco inny wymiar to nie da się oszukać kalendarza. Nadszedł dzień wyjazdu, powrotu do domu. Dla mnie jest to zawsze słodko – gorzki dzień. Jak zwykle trochę radości, że za chwilę będę we własnym domu, gdzie czuję się bezpiecznie i jest moim miejscem na ziemi a z drugiej strony żal, że opuszczam tak piękne miejsce i kończą się wakacje.

Nasza kilkutygodniowa podróż po Etiopii i Zanzibarze dobiegła końca. Czuję ogromny niedosyt, bo na wyspie spędziliśmy tylko tydzień. To stanowczo za mało żeby poczuć się tutaj dobrze, przynajmniej dobrze. To stanowczo za mało aby docenić to miejsce nie mówiąc już o tym, że za mało aby je poznać. Może właśnie dlatego zaraz po powrocie twierdziłem, że Zanzibar nie rzucił mnie na kolana, że lepiej oceniałem plaże kenijskie czy kontakty z ludźmi spotkanymi na kontynencie. Oczywiście różnice są spore ale Zanzibar potraktowałem troszkę po macoszemu. Teraz tego mi żal, ale cóż nie było czasu.

Dzisiaj z perspektywy czasu mam nieco inne zdanie. Zanzibar zawładnął moją wyobraźnią bardziej teraz niż gdy tam byłem. Może to tęsknota za tamtymi miejscami a może po prostu tak już jest, że filtrujemy nasze wspomnienia i dopiero wówczas tak naprawdę da się ocenić to co przeżyliśmy i to co straciliśmy. O ile do Etiopii byłem bardzo dobrze przygotowany o tyle do Zanzibaru wcale. Należę do tej grupy turystów, którzy aby mogli poczuć, że w pełni korzystają z uroków wakacji muszą posiadać wiedzę na temat miejsca gdzie się udają. Ten blog poniekąd służy właśnie zgromadzeniu takiej wiedzy dla tych, którzy również chcą wiedzieć więcej.

Na temat Zanzibaru nie ma w Polsce zbyt wielu rzetelnych książek. Nie bardzo jest skąd czerpać wiedzę, zwłaszcza tą historyczną a siłą Zanzibaru jest właśnie jego historia. Poznając historię miejsc które odwiedzamy dodajemy im głębi, tożsamości. Inaczej patrzy się na omszałe mury gdy wiemy co przez wieki za nimi się działo. Inaczej patrzymy na ludzi znając ich historię. Czym byłby ruiny pałacu w Mtoni gdyby nie historia zanzibarskiej księżniczki Salme? Jeżeli nie znamy tej historii to jest to tylko sterta starych murów. Wiedza pozwala oswoić wiele miejsc, poczuć z nimi jakąś bliskość.

Wiele dowiedziałem się po powrocie z Zanzibaru. Wówczas przyszedł czas zadawania sobie wielu pytań i szukania na nie odpowiedzi. Okazuje się, bowiem że nawet na tak odległej od Polski wyspie jest wiele śladów pobytu tam polaków. Jednym z pierwszych, który zapisał się w historii wyspy był Henryk Jabłoński – romantyczny peta z Podola, konsul Francji na Zanzibarze. W zawierusze rewolucyjnej spowodowanej Wiosną Ludów poeta trafia do Francji. Rząd francuski wysyła go na Zanzibar w roli tłumacza przy swoim konsulacie. Po pewnym czasie sam obejmuje stanowisko konsula, choć ciągle bardzo tęskni za Podolem za Polską. Staje się na wyspie ważną osobą. Jabłoński mieszkał w Stone Town przez dwanaście lat, od czerwca 1856 roku. W 1868 roku Jabłoński płynie do Francji na urlop. Jednak w czasie podróży choruje na  żółtą febrę. Schodzi na ląd 2 stycznia 1869 roku i niestety umiera w szpitalu w Marsylii.

Innym Polakiem, który dotarł na Zanzibar był Henryk Sienkiewicz, który przypłynął tutaj w połowie lutego 1891 roku.  Nie sposób odnaleźć dzisiaj domu w którym zatrzymał się pisarz. Jednak dzięki jego wizycie dysponujemy znakomitymi opisami ówczesnego życia na wyspie. Z tej podróży powstał tom „Listów z Afryki”, który obejmuje dwadzieścia trzy szkice. Tylko dwa z nich powstały w czasie samej podróży, resztę spisał autor po powrocie. Są to raczej pamiętniki niż listy jak znamy je dzisiaj. Jednak dzięki przenikliwym obserwacjom i wspaniałemu piórowi Sienkiewicza mamy dziś możliwość przeniesienia się w tamte czasy i spojrzenia na ówczesny Zanzibar i stosunki tam panujące.

Również w późniejszych czasach na Zanzibarze mieszkali Polacy. Zupełnie nieznana jest kolejna Polka z Podola  – Helena Trembacka. Prowadziła w Stone Town hotel, który nazywał się „Pigalle”. Wiemy o niej dzięki Ryszardowi Kapuścińskiemu, który przybywa na wyspie w przeddzień rewolucyjnych zmian (a dokładniej na samym początku rewolucji). Kapuściński spotkanie z Panią Heleną opisuje w swojej książce pt. „Heban”. Jak na mistrza reportażu przystaje Kapuściński daje nam obraz wyspy podczas niezwykle ważnych wydarzeń – walki o wolność i niepodległość. Jeżeli jesteście ciekawi co pisał Kapuściński można poczytać na stronie www.kapuscinski.info (bezpośrednie linki do książki „Heban” – odcinek 8, Zanzibar część 1, oraz odcinek 9, Zanzibar część 2). Gdzieś wyczytałem, że w ówczesnych czasach w Stone Town był jeszcze jeden hotel prowadzony przez Polakę ale niestety nie udało mi się odnaleźć jakiś szczegółowych informacji. Natomiast nie jest inaczej i w XXI wieku. Również dzisiaj znajdziemy na Zanzibarze mieszkających Polaków. Prowadzą tutaj hotele, szkoły dla nurków i są częścią tego społeczeństwa. Możemy zatem powiedzieć, że mamy tradycję mieszkania w tym raju sięgającą kilkuset lat :).

Cóż, ze spakowanymi walizkami pojawiliśmy się na lotnisku. Trzeba wracać do domu. Jednak pierwszy lot mamy do Dar es Salam potem do Addis Abeby aż wreszcie do Frankfurtu i dopiero do Polski. Podróż długa i męcząca ale za to dzięki tym kilkunastu godzinom w samolotach będzie czas na poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego co zdarzyło się przez ostatnie klika tygodni. Lubię ten czas zawieszenia gdzieś tam w chmurach gdy nie ma konkretnej godziny, gdzie nie wiadomo gdzie geograficznie jesteśmy po prostu lecimy, zawieszeni w niebie. Tym razem lecimy z jednego świata do drugiego. Jeszcze chyb nigdy tak mocno nie czułem tego, że pochodzę z tak odmiennego kręgu kulturowego, tak bardzo innego od tego gdzie spędziłem ten cudowny czas. Dlaczego tylko w tym afrykańskim czuję się bardziej człowiekiem? Ciągle zadaję sobie to pytanie i nie potrafię na nie znaleźć odpowiedzi.

Jak zwykle na koniec kilka pozycji, które warto przeczytać przed wyruszeniem na Zanzibar:

  1. Henryk Zins, „Historia Afryki Wschodniej” – nie tylko o Zanzibarze ale warto dowiedzieć się czegoś więcej o tym rejonie Afryki a przede wszystkim warto wiedzieć jak ważny był o kiedyś skrawek lądu.
  2. Beata Pawlikowska, „Blondynka na Zanzibarze” – właściwie to nie polecam. Książeczka napisana „na kolanie”, błędne, wprowadzające w błąd podpisy pod zdjęciami i raczej wydawnicze zarabianie pieniędzy na nazwisku niż pożyteczne informacje. No ale jest tak mało na temat wyspy, że nawet taki „gniot” mam na półce. Na szczęście tak tania książeczka jak i marna.
  3. Ryszard Kapuściński, „Heban” – oczywiście pozycja obowiązkowa dla fanów Afryki a i o Zanzibarze bardzo ciekawie w jego najbardziej dramatycznych czasach.
  4. Dorota Katende, „Dom na Zanzibarze” – książka Polki, która mieszka na wyspie.
  5. Tomek Tomkowiak, „Zanzibar” – album, piękne zdjęcia z wyspy.
  6. Małgorzata Szejnert, „Dom żółwia. Zanzibar” – najnowsze wydawnictwo. Wg mnie najlepsza książka na naszym rynku (jedyna?) na temat Zanzibaru współczesnego, ale większość na temat arabskiej historii wyspy. Dużo informacji, choć są też błędy merytoryczne. Na przykład autorka pisze, że Tharii Topan był kupcem arabskim a to nieprawda, był kupcem indyjskim. Szkoda tylko, że autorka zupełnie pomija wpływ i historię hindusów na wyspie. To właśnie hinduscy kupcy byli jednymi z najważniejszych, którzy mieli wpływ na biznesowy ale również polityczny rozwój wyspy. Mimo wszystko warto tą książkę przeczytać przed wyjazdem albo zabrać ze sobą na Zanzibar.  Lepszej dzisiaj nie ma.

3 komentarze do “Polskie ślady na Zanzibarze”

  1. Przepiękna przygoda!A macie jakieś zdjęcie roślin egzotycznych? Ich nie da się nie zauważyć podczas takiej wyprawy 🙂

  2. Zdjęć nie mam ale fakt egzotyka jest dookoła 🙂

  3. Dom na Zanzibarze to jest gniot a nie wspomnę już o jej autorce, ale przekonałam się o tym po latach właśnie po przeczytaniu cudownej książki „Dom żółwia”

Skomentuj