Mimo tego, że pogoda raczej nas nie rozpieszcza bo wciąż kropi deszcz i słońca jest jak na lekarstwo, zostawiamy nierozpakowane walizki i ruszamy na spotkanie z tymi ponoć najpilniejszymi plażami na świecie. Oczywiście na rowerach. Rower bez problemu można wypożyczyć w wielu miejscach w porcie La Passe. Niestety koszt za dobę jest spory. Przeciętna cena wypożyczenia roweru w porcie to ok. 10 euro. Nasz gospodarz proponuje nam wypożyczenie rowerów od niego. Za pierwszy dzień nie musimy nic płacić, dostajemy gratis a za każdy następny zapłacimy 6 euro. Jest to sposób na zaoszczędzenie kilku euro dlatego szukając kwatery warto zapytać o możliwość wypożyczenia roweru od właściciela. Oczywiście można na wyspie obyć się bez roweru ale mimo tego, że wyspa jest mała trzeba czasami pokonać kilka kilometrów pomiędzy najdalej położonym plażami. Wiec jest gdzie chodzić – rower ułatwia przemieszczanie się.

Na pierwszy „ogień” idą plaże położone na północy wyspy. Utwardzona droga prowadzi przez La Passe i dalej do pierwszych plaż. Choć deszcz pada nam na głowy i nie ma tego wymarzonego lazuru wody to jestem oczarowany tym co widzę. Jedziemy ciągle wzdłuż wybrzeża i po prawej stronie ciągle widzimy ocean. Nie mogę oderwać oczu od skał, palm małych niezwykle malowniczych plaż mijanych po drodze. Dojeżdżamy do miejsca gdzie droga się kończy, nagle urywa. Dalej już niestety tylko skały więc wydaje się, że nie ma możliwości przedostania się tędy na drugą stronę wyspy, na wschodnie wybrzeże. Wracamy tą samą drogą zatrzymując się w przydrożnym barze aby napić się soku. Potem okaże się, że ta mała knajpka będzie naszym ulubionym miejscem gdzie jeździmy aby napić  się pysznego naturalnego soku i zamienić kilka słów z przesympatycznym właścicielem.

Przemoczeni do suchej nitki zatrzymujemy się w drodze powrotnej w La Passe w poszukiwaniu jakiegoś sklepy. Kupujemy soki i oczywiście butelkę tutejszego rumu Takamaka. Nazwa tego najbardziej znanego rumu pochodzi od jednego z dystryktów na Mahe. W 2002 roku dwaj bracia  Richard i Bernard d’Offay otwierają właśnie na Mahe destylarnię gdzie zaczynają produkcję wysokiej jakości rumu pod nazwą Takamaka Bay, według receptury ich dziadka. Pierwszym produktem był ciemny rum z nutką karmelu i wanilii. Wyjątkowość tego trunku polega na tym, że robi się go z trzciny cukrowej uprawianej na glebie innej niż zazwyczaj w innych krajach. Ponieważ jak już pisałem Seszele to jedyne granitowe wyspy na świecie tutejsze plantacje nie są tak jak w innych miejscach na świecie założone na  glebach powulkanicznych. Tylko w tym miejscu na świecie rośnie taka specyficzna trzcina cukrowa a dokładniej na tak specyficznej i niepowtarzalnej glebie. Zebraną trzcinę cukrową przetwarza się poprzez jej wyciskanie na sok. Jasnozielony słodki sok jest podstawą późniejszego trunku. Sok z trzciny cukrowej jest transportowany do zbiorników fermentacyjnych, gdzie specjalnie stworzony szczep drożdży powoduje fermentację, która trwa od trzech do pięciu dni. Następnie dodaje się różne naturalne dodatki tak aby otrzymać różne rodzaje rumu. Potem rum leżakuje w beczkach z francuskiego dębu. Proces starzenia nadaje nowy zbiór cech takich jak: charakterystyczny smak oraz kolor bursztynu (rum waniliowo – karmelowy) bądź przeźroczysty o smaku  kokosowym. Będąc na Mahe warto odwiedzić La Plaine St André (potocznie zwanym Domem Takamaka Bay) gdzie znajduje się restauracja, bar i właśnie gorzelnia gdzie produkuje się rum Takamaka. Całość znajduje się w tradycyjnym kolonialnym domu z 1792 roku. Pięknie odnowiony budynek to idealne miejsce aby na miejscu spróbować bursztynowego trunku czy jednego z wielu koktajli na bazie tego rumu. Można również dowiedzieć się wiele na temat historii tego miejsca, zwiedzić ogród ziołowy czy wreszcie z przewodnikiem obejrzeć cały proces wyroby tego pysznego rumu.

Kupujemy w małym miejscowym sklepie butelkę owego sławnego ciemnego rumu (cena 0,7 litra to około 14 euro) soki owocowe w kartonach (cena około 2 euro z 1 litr) oraz coca colę (1,5 litra około 1,3 euro) i wracamy do naszego pokoju. Po drodze sprawdzamy również możliwość jakiegoś stołowania się na wyspie. Oczywiście jest kilka restauracji ale ceny w nich są raczej wysokie, więc nie na naszą kieszeń. Na szczęście jest na wyspie wiele barów z jedzeniem na wynos. W tzw. take away’ach można zjeść obiad czy kolację albo na miejscu albo zabrać ze sobą. Cena posiłku dla jednej osoby to od 3 do mniej więcej 5 euro. Nie jest zatem tak źle, godni chodzić nie będziemy. Okazuje się, że knajpki te są również bardzo popularne wśród miejscowych co mnie cieszy, bo gwarantuje to lokalne i smaczne jedzenie.

Mimo, że nie jestem zwolennikiem mieszkania na prywatnych kwaterach to w tym przypadku nie było wyjścia. Ceny hoteli na wyspie są bardzo wysokie a w związku z tym, ze jest ich niewiele to i tak trzeba rezerwować pokoje z duży wyprzedzeniem. Żeby nie stracić majątku pozostały tylko kwatery w prywatnych domach. Jest ich na wyspie stosunkowo dużo. Jednak te o nieco wyższym standardzie i lepszej lokalizacji trzeba również rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Mimo to zawsze znajdzie się coś wolnego, więc nie ma najmniejszego problemu aby znaleźć wolny pokój nawet z dnia na dzień. W domu gdzie mieszkaliśmy są trzy pokoje gościnne (każdy z łazienką) , wspólny duży salon i w pełni wyposażona kuchnia również do dyspozycji gości . Dostajemy największy pokój i na szczęście od frontu co daje nam możliwość spędzania wieczorów na tarasie przed domem. Umeblowanie pokoju jest bardzo skromne ale za to mamy małą lodówkę i klimatyzację. Nie można spodziewać się zbyt dużych luksusów ale mieszka się wygodnie i właściwie jest wszystko co do przeżycia tych 2 tygodni jest potrzebne i niezbędne.

Na wyspie (jak na wielu innych wyspach na świecie) jest ograniczenie co do używania wody. Woda jest tylko przez kilka godzin rano i kilka wieczorem. Przez większość dnia korzysta się z wody nalanej wcześniej do różnych pojemników. Takich 5 litrowych butelek na wodę w naszej łazience było kilka. Choć na początku się dziwiłem po co, teraz już wiem. Brak bieżącej wody non stop nie dotyczy hoteli. Na początku może to przeszkadzać ale szybko okazuje się, że woda jest zawsze gdy jej potrzebujemy. Rano gdy wstajemy woda jest, wieczorem gdy wracamy  z plaży również jest woda w kranie, tak więc właściwie nawet nie odczuwa się braku wody w ciągu dnia. Na szczęście prąd jest non stop, bo wyspa ma własną elektrownię.

W Petra’s Guesthouse mieszka się dobrze ze względu na gospodarzy. Turystami opiekuje się właściwie cała rodzina. Co prawda nie miałem okazji poznać właścicielki i jej córki, gdyż były akurat na wakacjach w Tajlandii, za to poznałem mnóstwo dalszej rodziny. Każdy miał jakieś zadanie. Brat właściciela dbał o przygotowywanie jedzenia, córka siostry właścicielki sprzątała pokoje itp. Jednak najważniejsza była atmosfera. Po kilku dniach czułem się jakbym przyjechał w odwiedziny do dawno nieodwiedzanej cioci na wieś. Wszyscy traktowali nas bardzo serdecznie, jednocześnie nie wkraczając w naszą prywatność. Mogliśmy liczyć na wszelka pomoc z jednoczesnym poczuciem zachowania dyskrecji. Po raz pierwszy mieszkając na prywatnej kwaterze czułem się tak swobodnie. Szybko bariera pomiędzy nami turystami a nimi miejscowymi zniknęła i poczułem się trochę jak w domu. To wielka zaleta tego miejsca i w rezultacie mieszkało się tutaj lepiej niż w hotelu gdzie mimo wszystko człowiek jest odizolowany od zwykłych ludzi.

Po długiej podróży i końcówce dnia pełnego wrażeń dostaliśmy przepyszną kolację. Postanowiliśmy poza śniadaniami wykupić jeszcze kolacje u naszych gospodarzy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Jedzenie było przepyszne a co najważniejsze mieliśmy możliwość jeść dania miejscowej kuchni i nic nie było przygotowywane pod turystów. Prawdziwa kreolska kuchnia. Na kolację zawsze dwa dania główne, ryż (podstawa diety), dużo warzyw, butelka wody i jeszcze deser (owoce, ciasta, lody). Po tak dużej i pysznej kolacji ledwo mieliśmy siły wychylić jeszcze kilka szklaneczek pysznego rumu i w miarę szybko padliśmy zmęczeni. Swoją drogą, ostatni tak dobry rum miałem okazję pić w Arucas na Gran Canarii, ten seszelski ma jednak niepowtarzalny smak dzięki wanilii. Zasypiając miałem tylko nadzieję, że pogoda następnego dnia będzie dla nas łaskawsza i doczekamy się słońca.

2 komentarze do “Petra’s Guest House i szklaneczka Takamaki”

  1. witam serdecznie, czy mogłabym się dowiedzieć w jakiej cenie udało się załatwić nocleg w Petra Guest House? z góry dziękuję za odpowiedź 🙂
    pozdrawam
    Natalia

  2. Natalio, cena za nocleg to 80 euro za pokój 2 osobowy za dobę ze śniadaniami (smaczne ale skromne). Przy wykupieniu jeszcze kolacji (pyszne, urozmaicone i dużo jedzenia – zwłaszcza świeże ryby) cena to 100 euro za pokój (2osoby/doba).

    pozdrawiam serdecznie

Skomentuj