Pokonaliśmy zatem promem te 4 kilometry dzielące Praslin od La Digue i  wreszcie schodzimy na ląd – choć wcale nie suchy. Odbieramy nasze walizki z promu i idziemy pieszo w stronę najbliższych zabudowań. Oto jesteśmy w stolicy wyspy La Passe. Ciężko mówić tu o mieście bo to raptem jedna ulica. Można w porcie wynająć taksówkę aby dojechać do hotelu lub, co jest bardziej romantyczne (ale nie tańsze) pojechać wozem zaprzężonym w woła :). Kiedyś te wozy były jedynym środkiem transportu na wyspie. Dzisiaj są raczej tylko dla uciechy turystów i stanowią atrakcję na wyspie.

Jeżeli zdecydujecie się na taksówkę to lepiej jak najszybciej łapać wolną bo jest ich tylko kilka a kierowcy nie są skorzy do zbytniego opuszczania ceny. Mają tą przewagę nad turystami, że tych drugich jest znacznie więcej, więc zawsze znajdzie się klient. Może się okazać, że nie będzie żadnej wolnej i trzeba będzie czekać albo iść pieszo. Nasza kwatera na szczęście jest w miarę blisko, więc nawet nie mamy potrzeby rozglądać się za jakimś transportem. Łapiemy walizy i ciągniemy je za sobą. Wcześniej na podstawie mapy wyspy w Internecie sprawdziłem drogę, którą powinniśmy iść. Skręcamy wiec w prawo na głównej ulicy i idziemy. Mamy nie więcej niż 800 metrów do naszego „nowego domu”.

Gdy Seszele zaczynały być odkrywane jako turystyczny raj, La Digue reklamowano jako wyspę, o której zapomniał czas, gdzie życie toczyło się wolno i w takim samym rytmie jak 100 lat temu. Wiele z tego zostało do dzisiaj, choć oczywiście nie ma już tej sielskiej La Digue sprzed kilkunastu lat. Rozwój przemysły turystycznego również zmienił oblicze tego skrawka lądu ale mimo wszystko wyspa zachowała swój urok i czar. Nadal wszystko toczy się tutaj wolniej niż na Mahe czy Praslin i nadal jest tutaj bardzo spokojnie. Jedynymi samochodami na wyspie to kilka taksówek i kilka prywatnych aut. Nie ma możliwości wypożyczenia żadnego samochodu. Wszyscy poruszają się tutaj rowerami zarówno miejscowi jak i turyści. Tylko jedna główna droga jest w dobrym stanie a dosyć skromne domy mieszkańców na szczęście nadal nie zostały przytłoczone hotelami, choć powstaje ich na wyspie coraz więcej.

La Digue jest czwartą co do wielkości granitową wyspą (trzecia co do ilości mieszkańców) i powszechnie uchodzi za najpiękniejszą w archipelagu Seszeli. Wyjątkowo malownicze wybrzeże, ze wspaniałymi plażami w cieniu olbrzymich skał granitowych o fantazyjnych kształtach od lat przyciąga tutaj wielu fotografów, reżyserów filmowych i koncerny kręcące tutaj reklamy swoich produktów. Cała wyspa ma zaledwie ok. 10 kilometrów kwadratowych powierzchni. Jej najwyższy szczyt wznosi się na wysokość 333 m n.p.m. Mieszka tutaj troszkę ponad 2 tysiące osób. Nie ma tutaj zatem tłoku ani gwaru dnia codziennego znanego z typowo turystycznych miejsc. Przejechanie na rowerze z północy wyspy na południe nie zajmuje więcej niż 40 minut a ze wschodu na zachód około 20 minut. Łatwo poruszać się tutaj pieszo ale rowery są tak popularne, że ich ilość przeliczając na jednego mieszkańca wyspy jest pewnie najwyższa na świecie :).

Deszcz niestety kropi nadal. Na nasze szczęście tylko lekko. Nawet nie rozglądamy się za bardzo dookoła bo droga jest jakby już znajoma ze zdjęć zamieszczonych w sieci, a obejrzałem ich tysiące jeszcze przed wyjazdem. Po kilkunastu metrach przy głównej ulicy jest zielona tabliczka ze strzałką w lewo i napisem Petra’s Guest Haus. Uff, przynajmniej wiadomo gdzie skręcić. Droga jest cały czas brukowana więc mimo, że pada to idzie się dobrze. Skręcamy zatem w mniejszą drużkę ciągnąc za sobą walizy. Idziemy i idziemy a tu nic! Żadnego napisu, żadnej tabliczki z nazwą naszej kwatery. Droga po woli się kończy a tu nadal nic. Pytamy napotkana dzieciaki, które każą iść nam dalej prosto. Tylko, że drogi już nie ma a jedynie wielkie kałuże i błoto! Skończyła się kostka brukowa i przed nami tylko gliniasta dróżka.

Skoro dzieci krzyczały za nami prosto, prosto to brniemy w tym błocie ciągnąc walizki na kółkach, bo nawet nie mamy siły po całej podróży ich nieść. Upaprani po kostki w błocie dochodzimy do ostatniego domu i pytam kolejne dzieci gdzie jest Petra? Okazuje się, że tutaj po prawej stronie, na końcu drogi. Ucieszony lecę z tą torbą po tych kałużach, błocie, jakiś gałęziach i wystających kamieniach i pakuję się komuś do ogródka :). Zdziwieni gospodarze patrzą na mnie pytającym wzrokiem. Mówię, że szukam Petra’s Guesthouse. Okazuje się, że to nie tutaj! Więc robię minę kretyna, trochę mi głupio, że tak bezpardonowo wlazłem komuś do ogrodu. Zabieram ubłoconą walizkę i idę do kolejnego domu. Wreszcie jakiś mężczyzna widząc, że nie bardzo wiemy gdzie iść woła do nas, że Petra to następny dom!

Po 24 godzinach w podróży niemal równo o w samo południe dotarliśmy do raju! Droga była długa a końcówka nie łatwa.  Jednak nie zabrakło nam siły i dobrego humoru. Wreszcie jesteśmy. Przed domem powitał nas brat gospodarza i dwójka Włochów, którzy też dopiero przyjechali i będziemy mieszkali razem. Dostajemy po szklance zimnego soku i po chwili dostajemy klucze do naszego pokoju. Mimo, że zmęczeni, przemoczeni i upaprani w błocie spieszy nam się, żeby zobaczyć czy ten raj istnieje naprawdę czy może padliśmy ofiarą kolorowych folderów i zdjęć podkręcanych photoshopem.

Skomentuj