Droga wzdłuż północnego wybrzeża wyspy ma długość około 4 kilometrów. Nieliczne jej odcinki biegną tuż przy plażach czasami nawet po piasku z plaży. Pozostałe wznoszą się na wysoki skalisty brzeg co daje możliwość podziwiania pięknej panoramy oceanu z pewnej wysokości ale za to trzeba się momentami nieźle napedałować pod górę a rowery raczej nie są w najlepszej kondycji. Gdyby ktoś myślał, że na La Dique można tylko leniuchować na plaży jest w błędzie. Oczywiście dla tych, którzy kochają słońce, plażę i ocen jest to miejsce wymarzone ale również dla tych, którzy aktywnie chcą spędzić czas okazji nie brakuje.

Dzięki temu, że na wyspie nie ma właściwie żadnego ruchu drogowego poruszanie się rowerem jest bezpieczne nawet w przypadku dzieci i po zmroku (choć w tym przypadku niezbędna jest latarka, bo drog Anie jest oświetlona na całej długości). Co prawda na początku może sprawiać trudność lewostronny ruch ale szybko się do tego można przyzwyczaić a nawet jak pojedziemy kawałek pod „prąd” nic się nie stanie. Nie ma niestety drogi, która prowadziłaby dookoła wyspy. Nie można jej objechać. Choć pierwszego dnia pokonywanie górek i pagórków mocno daje w kość to jak się później okazało północna droga jest najlżejsza do pokonania. Drogi w głębi wyspy czy też te, które prowadzą na wschodnie plaże są zdecydowanie bardziej strome, trudniejsze do pokonania i dłuższe.

Rozumiem teraz trud i zmęczenie tych wszystkich, którzy na zobaczenie wyspy mają jeden czy dwa dni. W jeden dzień nie da się właściwie dotrzeć nawet do tych najbardziej znanych plaż. Dwa dni to minimum ale niestety nie będzie czasu na to aby odpocząć czy tym bardziej nacieszyć się tym pięknem, które spotyka się na wyspie wszędzie. To tylko jeżdżenie z plaży na plaże aby ylko zrobić zdjęcie. Znam takich, którzy gdy opuszczali po dwóch dniach La Digue po porostu płakali z żalu. Warto wziąć to po uwagę gdy planujemy swój pobyt na wyspie. Nawet tydzień może nie wystarczyć, choć wydaje się być najbardziej optymalny.

Tym bardziej, że pokonanie tylko tych 4 kilometrów na północy wymaga jednego dnia. Oczywiście samą trasę można przejechać w kilkanaście minut ale to będzie tylko rzut oka na okolicę. Tymczasem gdy opuszczamy Anse Severe już po kilku metrach znajdujemy kolejne „cuda” wyspy. Ta część wyspy nie jest gęsto zabudowana. Najwięcej mieszkańców mieszka w samym La Passe  a tutaj położone są trzy małe hotele i kilka cudownych prywatnych willi. Domy te położone na wzniesieniach albo na wysokim brzegu są w większości pięknymi kolonialnymi budynkami. Zatopione wśród ogromnych granitowych skał toną w zieleni palm i kolorowych kwiatów. Widok z balkonów i tarasów musi być, fantastyczny aż zazdroszczę mieszkańcom codziennego życia w takim miejscu! Jest też kilka kwater do wynajęcia. Są dużo ładniejsze niż ta w której my mieszkamy, niektóre położone przy samej plaży Anse Severe ale niestety ceny za dobę są tutaj znacznie wyższe niż na kwaterach w głębi wyspy czy w okolicach portu.

Jest jeszcze jedna sprawa, która umyka tym wszystkim, którzy na wyspę wpadają tylko na chwilę. Jadąc tą drogą, tak przecież blisko portu, wśród gęstych palm i granitowych skał ukryte są przepiękne, malusieńkie zatoczki i dzikie plaże. Plaże nawet nie nazwane bo w czasie przypływu po prostu znikają. Najczęściej mija się takie miejsca niezauważenie bo trudno je z drogi dostrzec. Gęstwina zarośli i skały skutecznie ukrywają te perełki. Na dodatek właśnie w takich miejscach najczęściej możemy być zupełnie sami. Nawet w okolicznościach gdy na głównych plażach jest sporo ludzi to właśnie w takich ukrytych zatoczkach zawsze znajdziemy kilka metrów idylicznej plażyczki tylko dla siebie.

Właśnie dlatego na pokonanie tych raptem czterech kilometrów potrzebowaliśmy całego dnia. Co chwilę zsiadaliśmy z rowerów szukając kolejnego miejsca, które nas zachwyci i które będzie tylko dla nas.  Przebywanie na plaży, na której nie ma nikogo innego poza nami stało się chyba naszą obsesją na La Dique już od pierwszego dnia. Może dlatego, że za wszelka cenę chciałem się przekonać czy jeszcze dzisiaj na świecie jest w miarę łatwo dostępne miejsce na wakacje gdzie można rzeczywiście odpocząć na spokojnej, pięknej plaży obcując tylko z naturą bez kolorowych parasoli, leżaków i rozłożonych ręcznikach jeden przy drugim. Okazało się, że mimo popularności Seszeli i legendy La Digue jako najpiękniejszej wyspy archipelagu o każdej porze dnia można tutaj znaleźć tylko swój kawałek raju.

Po raz kolejny przekonałem się, że „robienie” wakacji w pośpiechu nawet na tak malutkiej wyspie jak La Digue pozbawia nas tego co w danym miejscu jest najpiękniejsze i może stanowić o tym czy wrócimy z tych wakacji zadowoleni czy też rozczarowani. Tym bardziej cieszyłem się, że spędzimy tutaj aż dwa tygodnie. Choć oczywiście nie ma co udawać, że La Digue pozostało poza cywilizacją zachodnią i ciągle jest sielską krainą. Oczywiście wyspa się zmienia i to niestety chyba w tą złą stronę. Traci swój wiejski charakter i coraz bardziej przypomina sztuczny, turystyczny raj, to jednak ciągle jest jeszcze tutaj wiele z jej „dzikości”, naturalności, pewnej prawdy o mieszkających tutaj w większości potomkach dawnych niewolników z Afryki Wschodniej, spokojnego rytmu dnia i chodzenia spać „z kurami” i wstawania o świcie gdy zaczynają piać koguty. Ciągle to wszystko można na La Digue znaleźć trzeba mieć tylko czas, może dlatego że Afryka jest tak blisko a jak głosi pewne powiedzenie „Pan Bóg Afrykanom dał czas a Europejczykom zegarki”. W tym miejscu świata na pewno warto zegarki zostawić w domu.

Skomentuj