Oczywiście mój pobyt na Zanzi nie mógł się skończyć tylko na zwiedzeniu Stone Town i hotelowej plaży. Ponieważ nikt nie maił ochoty pojechać ze mną do rezerwatu przyrody na oglądanie małp a samemu mi się nie bardzo chciało również to szukałem czegoś co będzie mniej „męczące” dla rozleniwionych turystów. Ciężko było kogoś namówić na jakąś wycieczkę ale „poskamlałem” trochę i udało mi się namówić kilka osób i razem z nimi wybrać się na całodniowy rejs tradycyjną łodzią dhow (no dobra trochę przerobiona na potrzeby turystów) na okoliczne bezludne wysepki. Wycieczka pod tytułem „Blue Safari” oczywiście zakupiona od chłopaków z plaży w cenie 45$ za osobę. Cały dzień na morzu, opalanie i odpoczynek (ciekawe po czym?)  na bezludnej wyspie, potem snurkowanie przy kolorowych rafach, może uda się również zobaczyć delfiny. Po południu obiad na kolejnej wyspie (ma być homar!), znowu odpoczynek i powrót do hotelu.  Zapowiadało się romantycznie i „lajtowo” a co najważniejsze nikt nie powinien mi marudzić, że znowu ich ciągnę na jakaś wędrówkę w upale.

Umówionego dnia wychodzimy zaraz po śniadaniu przed hotel. Niestety jeżeli w ten sposób organizujemy jakąś wycieczkę nikt z miejscowych nie podjedzie odebrać Was bezpośrednio z hotelu, gdyż nie mają prawa oni wchodzić, wjeżdżać na teren ośrodka. Zatem dochodzimy do głównej drogi i tam już czeka na nas umówiony busik. Pakujemy się zatem do środka (wcześniej jeszcze potwierdzamy cenę aby nie było niespodzianek) i jedziemy do Ston Town. Na wyspie właściwie chyba zawsze trzeba przejechać przez stolicę bo to od niej rozchodzą się inne drogi w innych kierunkach. Naszym celem jest Fumba, mała miejscowość na południowym – zachodzie wyspy.

Na miejscu wsiadamy na naszą łódź, typowa dla wschodniej Afryki łódź dhow, choć troszkę „podrasowana” na potrzeby wożenia turystów jednak ciągle niewiele różni się od tych budowanych przed setkami lat . Wypływamy na ocean niestety na silniku a nie na żaglach. Jest spokojnie, mała fala, pięknie świeci słońce, ocen przybrał granatową barwę, wiec jest dosyć głęboko. Lekka bryza rozwiewa nam włosy a oczy wychodzą z „orbit” bo wypatrujemy delfinów. Powinny tutaj być ale niestety na razie niczego nie możemy dostrzec. Mimo dobrych warunków ja niestety zaczynam odczuwać chorobę morską. To bujanie na falach jest dla mnie nie znośne. Nie wiem dlaczego, choć mam  świadomość, że łódki to nie moja bajka ciągle na nie wsiadam i się męczę. Jednak jakoś się trzymam i staram się nie myśleć o tym, że w żołądku robi mi się jakoś dziwnie.

Pływamy po zatoce Menai, która jest obszarem chronionym a wokół pobliskich wysepek znajdują się przepiękna rafy koralowe. Obszar ten obejmuje sześć wysepek a łączna linia brzegowa po stronie Zanzibaru to około 61 kilometrów. Jest to największy obszar chroniony na wyspie. Średnia głębokość wody w zatoce wynosi około 10 metrów podczas przypływu. Na tym terenie znajduje się obecnie 19 wsi a zamieszkuje je około 20 tysięcy ludzi. Właśnie Fumba, z której wyplunęliśmy była jedną z pierwszych, która została włączona w projekt ochrony tego kawałka wybrzeża. Zatoka Menai jest heterogenicznym środowiskiem lasów namorzynowych, traw morskich, rafy koralowej i ekosystemu morskiego o bardzo bogatej różnorodności biologicznej. Jest to istny raj dla biologów.

My jednak dopływamy do piaszczystej wyspy tzw. sand bank, która jest właściwie tylko łachą piasku wystającą lekko ponad poziom oceanu. Jest cudownie, wspaniały miękki piasek a dookoła ciepła, krystalicznie czysta woda oceanu indyjskiego. Istnie rajski widoczek i bajeczne miejsce. Niestety jak to często bywa w przypadku zorganizowanych wycieczek nie tylko my tutaj dotarliśmy. Przy brzegu jest zacumowanych kilkanaście łodzi i na „plażowej” wysepce tłumy!  Gdzie nie spojrzeć tam wszędzie porozbijane „namioty” miejscowych biur podróży i mnóstwo ludzi. Miało być tak pienie – bezludna wysepka gdzieś na Oceanie indyjskim. No cóż nie pytałem czy skoro to bezludna wyspa to czy będziemy na niej sami? Mój błąd!  Na szczęście pogoda dopisuje wiec i my rozbijamy nasz obóz pośród innych. Cóż nie ma co narzekać, miejsce i tak jest jak z bajki. My się pluskamy w cudownej wodzie a nasza załoga przygotowuje dla nas świeże ananasy, kokosy i arbuzy. Żyć nie umierać, przynajmniej minęła mi choroba morska i mogę się cieszyć pluskaniem w oceanie, opalaniem i obżeraniem pysznymi świeżymi owocami (owoce już w cenie wycieczki). Mamy tutaj jakąś godzinę może troszkę więcej, bo w takich okolicznościach przyrody człowiek nie liczy czasu. Tak jakby ta chwila miała trwać wiecznie. Niestety nasza załoga daje znak, że czas zwijać obóz i płynąć dalej. Ociągając się trochę pakujemy nasze „cztery litery” na łódź i płyniemy dalej.

Następny przystanek to wyspa Kwale a właściwie las mangrowy u jej brzegów i niesamowite koralowe „ogrody”. Wpływamy w małe zatoczki gdzie woda jest spokojna jak w jeziorze. Oczywiście zakładamy maski i rurki i wskakujemy do wody. Nie ma tutaj kolorowych rybek bo i nie ma rafy. Jednak pomiędzy korzeniami drzew mangrowych, które porastają tutaj wybrzeże żyje wiele innych stworzeń, które można oglądać. Poza tym podziwiamy fantazyjne kształty „gór” koralowych. Smagane deszczami i wiatrem, wystające ponad powierzchnię wody koralowe skały przybierają bardzo fantazyjne kształty. Jest co oglądać.

Ciekawostką jest to, że kiedyś do budowy łodzi dhow używano właśnie drewna mangrowców. Przede wszystkim dlatego, że drewno to odporne jest na działanie soli i wody. No tak, przecież te drzewa rosą właśnie w słonej wodzie. Dzisiaj na Zanzibarze nie wycina się już tych lasów, bo pewnie już by ich nie było. Drzewo mangrowców sprowadzane jest z głębi kontynentu. Nadal uznaje się je za najlepsze do budowy tradycyjnych łodzi na Zanzibarze. Drzewa z tych lasów były również kiedyś wycinane przez miejscową społeczność i przerabiane na węgiel drzewny czy służy za materiał do budowy domów. Dzisiaj lasy namorzynowe, które porastają brzegi okolicznych wysp są pod ścisłą ochroną. Natomiast rafy pobliskiej wyspy Chumbe należą do jednych z najpiękniejszych na świecie. Wszystko dzięki temu, że cała zatoka ze swoja fauną i florą jest dzisiaj pod ścisłą ochroną.

Pływając pomiędzy formami skalnymi z koralowców przypomniała mi się nasza wycieczka na wyspę Wasini u wybrzeży Kenii. Tam również koralowe ogrody stanowią o atrakcyjności tej wyspy, tam również pływaliśmy łodzią dhow po Ocenie Indyjskim. Na Wasini pomiędzy koralowcami się spaceruje a tutaj pływa w masce. Jednak formacje są niemal identyczne i tak samo piękne. Ciekaw jestem czy na Kwale ktoś mieszka? Nasz przewodnik i sternik w jednej osobie twierdzi, że wszystkie okoliczne wysepki są bezludne. Rzeczywiście nie widać tutaj, żadnych śladów obecności człowieka. Pływamy tutaj jakieś pół godziny bo okazuje się, że poza rybami jest również plankton, który troszkę szczypie w kontakcie z naszą skórą. No cóż ryby go lubią my nie koniecznie.

Za to gdy opuszczamy zatokę z lasami namorzynowymi spotykamy delfiny. Co kawałek przy łodzi albo przed nią lub za nią widać rozbawione delfiny. Nie decydujemy się wskakiwać do wody, bo są spore fale ale zdecydowanie mamy ochotę aby popływać z nimi. Jest ich kilkanaście i sprawiają wrażenie jakby sprawiało im przyjemność krążenie pomiędzy łodziami. W tej części oceanu żyją dwa gatunki delfinów. Delfiny butlonose oraz żyjące blisko wybrzeży indo – pacific humpback dolphin. Nie potrafię powiedzieć, które widzieliśmy. Po kilkunastu minutach achów i ochów i próbie, zresztą niezbyt udanej zrobienia jakiś sensownych zdjęć odpływamy. Delfiny są tak szybkie, że trudno uchwycić je w kadrze i jakoś moja ręka jest wolniejsza niż ich wyskoki ponad fale.

Wracamy na głębszą wodę. Niestety troszkę zaczyna mocniej wiać. Fale robią się troszkę większe i naszą łódeczką nieźle zaczyna bujać. Jesteśmy niemal na otwartym ocenie, choć ciągle w zasięgu wzroku mamy jakieś wysepki. Mój żołądek też daje o sobie znać i czuję się średnio. Trochę kręci mi się w głowie i zbiera mi się na wymioty. Staram się utkwić wzrok w jakiś stały element na horyzoncie i to troszkę pomaga. Dopływamy do miejsca gdzie mamy kolejne snurkowanie. Ponieważ ja czuję sie coraz gorzej i na dodatek fala jest dosyć duża to zostaję na łódce i nie wchodzę do wody. Jako jedyny! Wstyd! Jednak okazało się, że pod wodą nie jest aż tak pięknie, więc nie mam czego żałować i ze względu na sporą falę i mocne prądy pływało się rzeczywiście ciężko. Chyba z wiekiem robię się coraz bardziej strachliwy i wolałem nie wchodzić do oceanu. Zostałem więc sam na lodzi smętnie patrząc jak pozostali oglądają to co natura chowa przed nami pod wodą.

Snurkowanie kończymy dosyć szybko, bo warunki nie sprzyjają i są dosyć ciężkie. Wracamy zatem na wyspę Kwale ale od innej strony. Lądujemy przy pięknej plaży. Na szczęście moja choroba morska szybko mija, tym bardziej że miejsce jest przepiękne. Spokojna plaża z pięknym, drobnym piaskiem, mnóstwo muszli na brzegu, których nikt nie zbiera i słońce. Jeszcze nigdy nie byłem w takim miejscu gdzie na brzegu leżałoby tyle różnych muszli. Wszelkie kształty i kolory! Nie ma kto ich tutaj zbierać a i my postanawiamy niczego nie zabierać z wyspy ze sobą. Niech leżą tutaj gdzie ich miejsce i cieszą oczy następnych turystów, którzy tutaj przypłyną. W tym miejscu mamy obiad (także w cenie wycieczki). Widać, że przywozi się tutaj wielu turystów bo zbudowano tutaj drewniane zadaszone stoły są nawet stragany z podkoszulkami czy kolorowymi chustami a także leżaki do opalania. Jednak poza tym także i tutaj nie ma niczego co świadczyłoby o tym, że wyspa jest zamieszkana.

Zasiadamy do posiłku, który przygotowywała pani, która płynęła z nami wcześniej a w między czasie przesiadła się na inna łódź i w miedzy czasie gdy my podziwialiśmy lasy namorzynowe ona już na wyspie przygotowywała dla nas posiłek. Jedzenia jest dużo. Przeróżne owoce morza, których nazw nawet nie znam. Jednak na początku dostajemy frytki, jakieś ryby, kalmary, krewetki. Trochę się zastanawiamy gdzie te obiecane homary. Jednak im bardziej jesteśmy najedzeni tym na stole pojawiają się coraz bardziej dla mnie egzotyczne kraby i inne żyjątka morskie. Smakują różnie i nie wszystkie trafiły w moje podniebienie, ale ja raczej nie należę do miłośników owoców morza. Za to moi towarzysze są wniebowzięci i zajadają całymi garściami.  Na koniec, gdy już prawie pękaliśmy z obżarstwa „wjechały” na stół homary i rozpoczęła się totalna rozpusta. Uczta niemal królewska.

Po posiłku mieliśmy sporo wolnego czasu na odpoczynek na plaży, ale mnie oczywiście korciło co jest dalej w głębi wysepki. Okazało się, że wnętrze wyspy jest porośnięte przepięknym, bujnym lasem a na dodatek odkryłem platformę widokową na tyle wysoką, że widok ponad koronami drzew był fascynujący. Wdrapaliśmy się więc na drewnianą ambonę aby pozachwycać się zielenią, która bujnie rosła dookoła. Widok na ocean ponad zielonymi konarami drzew był fascynujący a wyspa rzeczywiście wygląda na niezamieszkaną. Trochę taki pierwotny las nie tknięty przez człowieka wypełnia cały środek wyspy. Takie widoki powodują, że rozumiem teraz dlaczego mimo kiepskiego znoszenia pływania łodziami i mojej choroby morskiej ciągle na nie wsiadam i na własne życzenie się tak męczę. Po prostu są miejsca gdzie inaczej nie można dotrzeć a przecież warto.

Nieopodal platformy widokowej rośnie ogromne drzewo, powalone na ziemię przez wiatr ale ciągle żywe. Jest to olbrzymi baobab, który ma ponoć ponad 500 lat! Chyba w to wierzę bo drzewo naprawdę jest ogromne mimo tego, że powalone. Baobaby mają to do siebie, że potrafią przeżyć nawet jak z jakiegoś powodu upadną na ziemię wypuszczając inne odnogi, które już rosną pionowo i pną się w stronę słońca. To bardzo silne drzewa. Zresztą baobaby to jeden z elementów, który kojarzy mi się z Afryką, tą z moich dziecięcych lat gdy tylko o niej czytałem. Wszystkie te bajki, książki które pochłaniałem w dzieciństwie zawsze opisywały baobaby. Drzewa te są niesamowicie ważne dla mieszkańców Afryki. Baobaby to niemal drzewa magiczne, które wyglądają jakby rosły „do góry nogami”. Legenda mówi, że gdy Pan Bóg stworzył baobaby, te zaczęły rozbiegać się w różnych kierunkach. Zdenerwowany Stwórca wszystkie wyłapał i za kare posadził odwrotnie. Dlatego te bardzo grube i długowieczne drzewa mają dosyć słabo rozwinięte korony a bardzo dobrze rozwinięty system korzeniowy.  Dla Afrykańczyków baobaby to drzewa życia. Magazynują w sobie dużo wody i ich owoce są jadalne. Od wieków pozwalają przeżyć ludziom najtrudniejszy czas suszy, dają też schronienie na terenach gdzie nie ma możliwości odpoczynku.

Niestety, wszytko było bajkowe dopóki nie usłyszałem w zaroślach jakiegoś szmeru. Sądziłem, że to jakieś zwierzątko wiec zaciekawiony skradałem się po cichutku aby nie spłoszyć tego czegoś. Oczywiście było to zwierzątko ale…. był to szczur! Koszmarnie nie lubię szczurów wiec moja „bajka” się skończyła. Niestety mam fobię dotyczących tych gryzoni. Nie mogę na nie patrzeć nawet w telewizji a co dopiero gdy są tuż obok!  Szybko zatem opuszczam las i wracam nad ocean. Na szczęście piękna plaża szybko pozwoliła zapomnieć o biegających w krzakach szczurach. Cóż tam gdzie ludzie zawsze są i te gryzonie. Wolę swoją uwagę skupić na muszelkach.

Powoli zbieraliśmy się z powrotem tym bardziej, że zaczęła się psuć pogoda. Wsiedliśmy na łódź i popłynęliśmy już w drogę powrotną. Po kilkunastu minutach zerwała się burza. Zaczęło bardzo mocno wiać i spadł mocny deszcz. Tropikalne ulewy mają to do siebie, ze woda niemal leje się z nieba strumieniami. Krople deszczu tak mocno uderzały w nasze ciała, że czułem jakby ktoś mnie bił. To dosłownie bolało! Jednak w momencie gdy fale zaczęły się przelewać przez pokład i łódź coraz bardziej wypełniała się wodą zaczęliśmy się na prawdę bać. Nie liczyło się już to że jesteśmy przemoczeni, że jest nam strasznie zimno, liczyło się tylko to aby ta łupina nie zatonęła! Oby tylko dopłynąć do Zanzibaru! Fale nas zalewały i trzeba było mocno się trzymać aby nie wypaść za burtę. Wszyscy byliśmy przerażeni tylko załoga się uśmiechała i pocieszała, że wszytko jest OK. i nie mamy się czego bać.

Dla nich takie nagłe burze na morzu to nic niezwykłego dla nas jednak to przeżycie niezbyt fajne. Na szczęście łódź była wyposażona w kamizelki ratunkowe, które szybko założyliśmy na siebie nie patrząc na to, że gdy po nie sięgnęliśmy to wyskoczyło z nich mnóstwo karaluchów! Ledwo zauważyliśmy, że mijamy po drodze naszą piaskową wysepkę, gdzie jeszcze parę godzin temu wylegiwaliśmy się na ciepłym piasku. Teraz prawie jej nie widać, zniknęła pod wodą gdy zaczął się przypływ. W strugach deszczu udało się dopłynąć do brzegu, nikomu się nic nie stało ale wystraszeni byliśmy bardzo. To chyba była moja ostatnia w życiu wycieczka tego typu. Jakoś nie mam szczęścia. Kiedyś w Tajlandii przeżyłem podobną burzę tylko wówczas była to porządna motorowa łódź a teraz drewniana łajba, która wypełniała się wodą.

Choć jest takie powiedzenie – nigdy nie mów nigdy. Ta zasada wkrótce zresztą się potwierdziła i to również na wodach Oceanu indyjskiego tylko tyle, że wówczas jeszcze tego nie wiedziałem.  Była to przygoda z której później się śmialiśmy ale baliśmy się potwornie, że tam potoniemy! Przemoczeni do suchej nitki, zmarznięci i wystraszeni dotarliśmy do brzegu gdzie czekał na nas nasz busik, którym w kiepskich humorach wróciliśmy do hotelu. Gdy już ochłonęliśmy z emocji jeszcze długo tego dnia śmialiśmy się z naszych min jakie mieliśmy podczas tego rejsu w burzy. Śmiechu było wiele, bo wszystko dobre co się dobrze kończy, także i na Zanzibarze :).

3 komentarze do “Blue Safari”

  1. Cudnie,cudnie.Proszę o jeszcze i bardzo szczegółowo!

  2. Czy naprawdę były takie zalewające fale i te krople deszczu, które smagały Twoje ciało jak kopnięcia policjanta? Na zdjęciach masz wspaniałą pogodę 🙂 hektolitry wody musiały się skumulować w atmosferze w ciągu godziny. Chyba, że to było tsunami, które zatopiło ten statek pasażerski z 300stoma osobami, który płynął z Zanzibaru do Pemby?? Możliwe, że to ten sam dzień…

  3. Cześć,
    raczej tsunami to nie było, na szczęście 🙂 Dzień rano zapowiadał się ładny ale jak sam pewnie wiesz w tych rejonach pogoda potrafi być zmienna. Burza rozpętała się bardzo szybko i to był jeden z tych przypadków w moim życiu kiedy naprawdę się bałem. Dzisiaj z perspektywy czasu myślę, że dzięki właśnie tej burzy ta wycieczka zapadła mi głęboko w pamięć inaczej pewnie umknęła by w „czeluściach niepamięci” jak wiele innych podobnych 🙂

    pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj