Po niemal 18 godzinnej podróży, która przebiegła bardzo spokojnie i sprawnie z samego rana lądujemy na Mahe – głównej wyspie archipelagu Seszeli. Wreszcie jestem na tych magicznych wyspach! Ponoć jest tutaj inny świat, przynajmniej tak brzmi hasło reklamowe Seszeli. Inny w tym przypadku oznacza lepszy. Choć nie mam złudzeń, że reklamy sprzedają tylko marzenia wierzę, że nie zawiodę się na tutejszej rzeczywistości. Już samo lądowanie, należało do jednych z najładniejszych jakie w życiu przeżyłem. Pas, na którym lądujemy jest tuż przy oceanie, więc miałem wrażenie, że lądujemy niemal na plaży no i za oknem turkusowe wody Oceanu Indyjskiego zachwyciły od samego początku.

Seszele to najstarsze wyspy oceaniczne na świecie. Mikrokontynent, na którym w drodze ewolucji wytworzyła się niepowtarzalna flora i fauna bez ingerencji człowieka i co ciekawe bez obecności jakichkolwiek ssaków. Wyspy te zostały zasiedlone przez człowieka zaledwie kilkaset lat temu. Seszele to archipelag składający się mniej więcej ze 115 – 117 wysp. Górzysta Mahe to największa wyspa, drugą co do wielkości jest Praslin a La Digue jest najmniejszą z głównych wysp. Niedaleko od Seszeli leży Mauritius, Ruenion. Wszystkie te wyspy w zachodniej części Oceanu Indyjskiego mają wspólną historię, choć geograficznie i kulturowo różnią się od siebie.

Czterdzieści wysp wchodzących w skład archipelagu Seszeli to wyspy granitowe. Są to jedyne na świecie wyspy oceaniczne o identycznej budowie geologicznej jak kontynenty. Wszystkie pozostałe wyspy są zbudowane ze skał koralowych albo wulkanicznych. Główne wyspy ( Mahe, Praslin i La Digue) nigdy nie wyłoniły się z wody jak to bywa przy wyspach pochodzenia wulkanicznego czy koralowego. Powstały one z materiału wyrzuconego z głębi ziemi ok. 750 mln lat temu, przypuszczalnie gdzieś w okolicach bieguna południowego. Przez wiele milionów lat Seszele były częścią pradawnego kontynentu Pangei. Około 200 mln lat temu wskutek ruchów tektonicznych Pangea rozpadła się. Obecny Madagaskar, Seszele i Indie oderwały się jako osobny blok lądu. Potem odłączył się od całości Madagaskar a około 65 mln lat temu od zachodnich wybrzeży Indii oderwały się Seszele. Oderwały się jednak jako jeden blok – mikro kontynent, który dryfował na zachód. Dziś pozostały po nim jedynie szczyty najwyższych gór. Wskutek erozji, podniesienia się poziomu mórz i pod naciskiem tworzących się skał koralowych niemal cała ta masa granitu zatonęła. Dzisiaj widoczne skrawki lądu tworzące ten archipelag to zaledwie jedna tysięczna pierwotnego obszaru dawnego mikrokontynentu. To właśnie są dzisiejsze Seszele.

Tak więc i ja stanąłem na tej ziemi. Po wylądowaniu szybciutko odbieramy bagaże i idziemy do odprawy paszportowej. W okienku podaję paszport (wiz nie potrzebujemy) a pani prosi jeszcze o pokazanie biletów powrotnych i pyta gdzie na Seszelach się zatrzymujemy? Grzecznie recytuję nzawy naszych kwater, pokazuję rezerwacje (ale Pani ich nie ogląda) po czym dostajemy do paszportu piękne stemple w kształcie orzechów kokosowych. Pani życzy nam miłego pobytu i puszcza wolno (wcześniej w samolocie dostajemy i wypełniamy proste druczki, które są zabierane). Zanim jednak wyszliśmy na zewnątrz hali przylotów zatrzymuje nas jeszcze celnik i ponownie pyta w jakim celu przyjechaliśmy i gdzie się zatrzymujemy. Ponownie grzecznie odpowiadam na pytania. Tym razem nie musze niczego pokazywać, czysta formalność. Przed wyjazdem czytałem, że raczej trzeba mieć rezerwację noclegów jeżeli się tutaj wybieramy. Można nie zostać wpuszczonym na teren Seszeli bez rezerwacji hotelu. Jak widać również nam to sprawdzano ale jednocześnie nikt nie wnikał w szczegóły. Nie sprawdzano tych rezerwacji czy aby są prawdziwe.

Wychodzimy na zewnątrz. Samo lotnisko to raczej taki mały „grajdołek”, przynajmniej na przylotach. Dosyć ciemno, ponuro no ale jest dopiero 7 rano.  Omijamy tłum pasażerów czekających na odprawę na odlotach i stajemy z boku przed terminalem na papieroska i pierwsze „otrzęsiny” w nowym miejscu. Mimo, że jest jeszcze wcześnie rano na zewnątrz dosyć ciepło i czuć wilgoć  w powietrzu. Rozglądam się dookoła i już zaczyna mi się podobać. Zielone wzgórza na których zatrzymały się poranne mgły a może to chmury, które tak nisko wiszą nad ziemią? Jakaś taka atmosfera zarazem ciężka, parna, duszna i tajemnicza. Jest zdecydowanie inaczej, bardzo klimatycznie, fajnie pierwsze wrażenie.

Jednak przylot na Mahe to tylko część naszej dzisiejszej podróży. Dla nas to dopiero koniec jednego z etapów dostania się do „naszego” raju czyli na La Digue. Przed nami jeszcze podróż dwoma promami. Niestety nie można bezpośrednio z Mahe dostać się na La Digue trzeba najpierw popłynąć na Praslin a potem kolejnym promem dalej. No chyba, że kogoś stać to może polecieć np. helikopterem za cenę iście „rajską”. Niestety to nie dla nas. Ruszam zatem na poszukiwania jakiegoś lotniskowego biura Cat Cocos, aby zapytać gdzie znajdę autobus, który ma nas zabrać na przystań promową. Bilety na prom zarezerwowałem jeszcze z Polski (wszystko za pomocą maila i bez wpłaty zaliczek) i okazało się, że w cenie biletu na prom jest też transfer lotnisko – przystań.  Niestety, żadnego okienka z biletami na prom nie widać. Pytam kilku osób wyglądających na pracowników lotniska ale nikt nie wie. Wreszcie podchodzę do dużego biura Creol Travel i tam okazuje się, że to właśnie oni swoimi busikami wożą na przystań. Musimy poczekać prawie godzinkę, bo pierwszy busik jedzie dopiero o 8 rano. Wymieniamy pieniądze w lotniskowym kantorze, piejmy kawkę i podziwiamy pierwsze góry i … chmury!

Odjazd busików jest sprzed samego lotniska, tam gdzie zatrzymują się wszystkie samochody podjeżdżające na lotnisko, choć miejsce nie jest w żaden sposób oznaczone więc trzeba dopytywać. Na szczęście potwierdziło się, że ten transfer pomiędzy lotniskiem a przystanią promową jest darmowy jeżeli popłyniemy dalej Cat Cocos. Jednak nikt nie sprawdza, czy mamy rezerwację biletów promowych ani nie żąda abym je kupił już na lotnisku. Około 8 rano podjeżdża nasz busik, bagaże lądują na dachu (od razu poczułem, że moja ukochana Afryka jest blisko) i ruszamy. W między czasie zaczął padać deszcz i słoneczko poszło sobie w siną dal :(. No tak, pogody bałem się najbardziej. Mam nadzieję, że padający deszcz nie jest zapowiedzią złej aury, że to tylko taka krótka, tropikalna ulewa.

Pogodę na Seszelach kształtują dwa monsuny. Południowo – wschodni, który wieje od maja do października, przynosi klimat suchy. Jest mało opadów, niska wilgotność ale ocena bywa najczęściej wzburzony. To dobry czas na odpoczynek na wyspach ale kiepski jeżeli chodzi o wycieczki morskie czy nurkowanie. Drugi monsun północno – zachodni, od listopada do kwietnia, zapewnia większość wilgotność, więcej opadów deszczu i sporo dni z dużym zachmurzeniem. Za to jest to lepsza pora na wyprawy nurkowe, gdyż wody oceanu są spokojne i jest dobra widoczność pod wodą. Największe opady notowane są w styczniu a najwięcej słońca i największe szanse na piękną, słoneczną pogodę zapewnia kwiecień i maj. Na szczęście temperatura jest przez cały rok niemal stała i wynosi około 30 stopni Celsjusza. Jednak pogoda na Seszelach potrafi zmieniać się błyskawicznie, czego będziemy doświadczać osobiście nie raz. W ciągu tego samego dnia można doświadczyć kilku ulew tropikalnych (najczęściej bardzo krótkich) i kilku godzin pięknego słońca. Nie mam wpływu na to jaka będzie pogoda  podczas naszego pobytu i choć padający deszcz nie zachęca to z nosem „przyklejonym” do szyby chłonę pierwsze widoki wyspy, mijane ulice stolicy Viktorii aż wreszcie dojeżdżamy na przystań promową gdzie już czeka na nas prom, którym popłyniemy na Praslin.

Skomentuj