Dwa poprzednie wpisy dotyczyły handlu i tradycji tej przecież jakby nie było kilkusetletniej „sztuki” na Zanzibarze, to dzisiaj jeszcze jeden z podobnego cyklu ale tym razem troszkę żartem a może i nie… 🙂 Jakoś tak z biegiem lat coraz mniej mogę wyleżeć na hotelowej plaży na leżaku i tylko się opalać, choć kiedyś była to moja ulubiona forma spędzania wakacji nad morzem, więc skoro jestem na pięknej plaży postanowiłem się przespacerować w stronę najbliższej wioski czyli pójść w lewą stronę od naszego hotelu Mapenzi Beach Resort. Często mam też tak, że muszę spędzić trochę czasu sam ze sobą i właśnie idąc na taki długi spacer mam możliwość choć na kilkadziesiąt minut zostawić swoich towarzyszy podróży. Ot, taki egoista ze mnie. Mam potrzebę samotnego doświadczenia miejsca w którym się znalazłem i często zastanawiam się czy nie fajniej było by gdybym pojechał kiedyś, w którąś podróż bez żadnego towarzystwa. Pojechać w świat samotnie, gdzieś to za mną chodzi, ale chyba jeszcze do tego nie dorosłem a może za dobrze się bawię w grupie, mimo wszystko?!

No dobra ale wracamy na biały piasek plaży Mahonda. Jakieś pół godziny marszu od hotelowej plaży zaczyna się plażowe centrum handlowe. Tym razem już typowe „sklepiki” dla turystów. Ustawione w rzędzie, wzdłuż plaży, wszystkie z plecionych palmowych mat ledwo stoją, choć niektóre raczej już pionu nie zachowują. Turystów tutaj właściwie nie ma. Czyżby bali się podchodzić tak blisko do wsi? Ewidentnie wiać, że handel w tym miejscu to zły pomysł ale pewnie właściciele drogich hoteli nie pozwalają „zaśmiecać” plaży bliżej hotelowych leżaków i basenów.

Generalnie większość sklepików jest zamknięta a te gdzie ktoś jednak ciągle trwa na posterunku właściwie niczego nie sprzedaje, bo trudno nazwać atrakcyjnym towarem pomięte, uszkodzone dwa obrazy w stylu tinga – tinga czy kilka brudnych podkoszulek smutnie powiewających na wietrze. Właściciele owych sklepików spokojnie śpią na piasku w cieniu nawet nie zwracając uwagi na białasa, który się kręci z aparatem. Może towar mało atrakcyjny ale jak zobaczyłem szyldy tych sklepików, to od razu to miejsce wydało mi się weselsze i wszystkie te światowe nazwy bardzo mnie rozbawiły.

Otóż stałem na jednej z najpiękniejszych plaż na świecie, po kostki w błękitnym i cieplutkim oceanie a tuż obok zerkały na mnie same ekskluzywne marki. Tak więc w tym „centrum handlowym” obok Hugo Bossa śmiało bije po oczach zanzibarska Zara, jest także Imporio di Armani (choć jakoś inaczej to chyba jest napisane na szyldach w Mediolanie), Dolce i Gabbana mimo, że zamknięte to drzwi pilnuje dwóch „ochroniarzy” jest też Dior i oczywiście Prada, tym razem napisane tak samo jak w Mediolanie. Jednak, żebym nie pomyślał, że to jakieś liche „shoping center” całość uzupełnia szwedzka Ikea a skoro jesteśmy w Afryce to na najważniejszym miejscu jest a jakże… Obama Shop!

Rozbawiły mnie te szyldy w tym miejscu. Pomyślałem, że lepiej wyglądało by gdyby sklep nazywał się np. Karibu, Jumbo, Simba czy Hakuna Matata. Jakoś wówczas łatwiej byłoby mi zapamiętać gdzie coś kupiłem, gdybym chciał komuś polecić któryś z tych sklepików. A tak jeżeli powiem, że kupiłem coś u Armaniego to pomyślą, że kłamię albo się przechwalam. Może włoscy turyści, których tutaj jest przecież większość lepiej się czują wśród swoich mediolańskich marek? Nie sądzę, ale właściwe to bez znaczenia, bo centrum handlowe i tak chyba już splajtowało. Nawet smętnie spacerujący młody Masai jakoś nie ma ochoty zachwalać mi niczego, a może po prostu niema czego?

No właśnie. Ostatnio odwiedzili mnie dawno niewidziani znajomi i opowiadali o swoi wakacjach, które spędzili w Turcji. Wrócili zadowoleni, opaleni i jedyne na co narzekali to na ulicznych i plażowych sprzedawców. To chyba nieodłączny element naszych wakacji właściwie niezależnie gdzie pojedziemy. Tym bardziej w Afryce czy w Azji na plażach jest istny jarmark różnorodności. Kupić można niemal wszystko. Nie inaczej jest na Zanzibarze. Z tą jednak różnicą, że tutejsi beach boys’i są jakby spokojniejsi niż np. w Kenii na Diani beach czy Brazyli na sławnej Copacobanie. Generalnie są bardzo mili i uprzejmie spokojni, co wcale nie oznacza, że szybko odpuszczają. Jednak dyskretniej na nas „naciskają” i wystarczy poświęcić im trochę czasu aby przekonali się, że nic nie będziemy kupowali (albo kupić to co chcemy od razu) i potem już mamy spokój. Dla jednych to nagabywanie na plażach jest zmorą odpoczynku, inni potrafią nie zwracać na to uwagi ale większość jednak potrzebuje „plażowych biznesmenów” gdy chcemy pojechać na jakąś wycieczkę z tzw. lokalnym biurem podróży. Wówczas denerwujemy się, że nikogo nie ma na „naszej” plaży zapominając, że przecież jeszcze wczoraj wszystkich „wygoniliśmy”, może jednak warto wziąć to pod uwagę, bo przecież nie wiemy kiedy znudzi się nam leżenie na leżaku i zechcemy skosztować trochę lokalnego życia ? 🙂

Skomentuj