Skoro już jestem przy temacie targu to warto wspomnieć jeszcze o jednym miejscu. Tym razem jest to największy w mieście targ, gdzie handluje się niemal wszystkim co jest ludziom potrzebne. Jednak kiedyś handlowano w tym miejscu innym towarem – ludźmi!  To smutny rozdział w historii wyspy ale niewątpliwie handel niewolnikami przyczynił się do ówczesnego bogactwa wyspy i dzisiejszej jej sławy.

Spacerując wąskimi uliczkami docieramy do dużego targu. Jak to zwykle bywa na targach panuje tutaj rozgardiasz przeokrutny. Upał, kurz hałas, pełno ludzi i jeszcze więcej turystów ale to właśnie w takich miejscach najlepiej widać naturalne bogactwo wyspy. Na często prowizorycznych straganach, często wprost na ziemi poukładane w stosy królują tutaj  soczyście czerwone pomidory, niezwykle fioletowe bakłażany, czerwona i zielona papryka chyba we wszystkich możliwych rozmiarach, pachnące limonki, mango, papaje, kiście przeróżnych bananów (żółte malutkie o lekko kwaskowym smaku – przepyszne, takie do gotowania, pieczenia czy smażenia, zielone, czerwone, krótkie, długie, pękate i smukłe) puszące się pióropuszami ananasy czy wreszcie kolczaste rambutany.

 Jest wiele warzyw, których my zeznamy na co dzień. Jak smakuje maniok, bataty można przekonać się tylko w takich właśnie krajach. Ale jest też dużo swojskiej fasoli, grochu, soczewicy i wiele innych ziaren. Oczywiście nie można zabraknąć ryb i mięsa i owoców morza. Te stoiska zawsze przyprawiają mnie o dreszcz niechęci, gdyż zapach jest tutaj nie do wytrzymania a ilość latających wokół much straszna. Cóż, lodówek tutaj nikt nie ma a na zewnątrz ponad 30 stopni upału! Za to szybko można uciec między stoiska gdzie zapach jest wprost boski. To dzięki sprzedawcom ziół i przypraw. Tutaj można chodzić i oddychać jak najgłębiej. Większość tego co dzisiaj króluje na straganach zostało sprowadzonych na wyspę przez arabskich i hinduskich kupców. Dzięki tropikalnemu klimatowi rośliny się tutaj zadomowiły i stały powszechne.

Mówi się o Zanzibarze, że to jest wyspa przyprawami pachnąca, czasami że jest to wyspa pachnąca wanilią. To trochę taki marketingowy chwyt, bo nie cała wyspa pachnie wanilią, wręcz odwrotnie. Jednak są także miejsca gdzie zapach jest tak piękny, że wszystkie Sephory czy inne Douglasy wysiadają. Przyprawy są specjalnością Zanzibaru od stuleci. Ponad sto lat temu nie było większego potentata na świecie w produkcji Gożdzików niż Zanzibar i nie o popularne w czasach komunizmu w Polsce kwiatki tutaj chodzi.

Gdy przychodzi sezon zbioru różnych przypraw w wiejskich rejonach wyspy (czyli właściwie wszędzie) w powietrzu unosi się korzenny zapach kardamonu, goździków które susza się na słońcu. Nie ma tutaj wielkich fabryk czy przetwórni. Wszystko odbywa się od setek lat niemal tak samo zgodnie z naturą. Można wybrać się na plantację przypraw i wziąć do ręki, powąchać, spróbować tych największych skarbów wyspy. Rośnie tutaj chyba wszystko to co mamy w małych, strasznie drogich torebkach w naszych kuchniach. Goździki, kardamon, gałka muszkatołowa, imbir, anyż, pieprz, wanilia, sezam, chilli, kmin indyjski, kurkuma, trawa cytrynowa. Do tego dochodzą jeszcze wielkie plantacje palm kokosowych. Ten przemysł daje dzisiaj utrzymanie wielu mieszkańców. Jest to handel na globalną skalę. Kiedyś na skalę globalną handlowano czymś innym.

Podczas gdy jedni handlowali przyprawami inni znaleźli inny sposób na życie, dużo bardziej okrutny. Handlowali niewolnikami. Strategiczne położenie wyspy sprawiło, że stała się ona najważniejszym punktem przeładunkowym porwanych ludzi z kontynentu. To właśnie z Zanzibaru transportowano niewolników  dalej. Jednak zanim tutaj trafili musieli przeżyć gehennę transportu. Były trzy sposoby pozyskiwania niewolników. Czasami po prostu chwytano ich podczas wypraw myśliwskich organizowanych w tym celu. Wiązało się to z użyciem siły i było dosyć niebezpieczne. Były także prostsze sposoby. Wystarczyło skłócić ze sobą rywalizujące plemiona. Sprowokować kilka zdarzeń, podpowiedzieć ich fałszywą interpretację, zaatakować posłańców albo ukraść zwierzęta, zrzucając winę na niezaprzyjaźnionego kacyka. Plemiona w obronie swojej własności, terytorium albo honoru stawały do walki. Po zakończeniu wojny do zwycięskiego władcy przychodzili łowcy niewolników i za niewielkie pieniądze kupowali jeńców. Innym sposób był najbardziej zaskakujący. Łowcy niewolników stawali się dobrymi psychologami, pojawiającymi się tam, gdzie trwała susza, głód albo wewnętrzne niepokoje. Przekonywali lokalnego władcę, że łatwo można się uwolnić od ludzi, którzy są mu niechętni, stanowią zagrożenie albo balast. Podczas okresów wielomiesięcznych głodów miejscowy król widział jak ludzie z jego plemienia stają się coraz słabsi, są coraz bardziej wychudzeni i zmierzają prosto do śmierci z wycieńczenia. Dostawał wtedy propozycję nie do odrzucenia: żywność, dzięki której można uratować kobiety i dzieci w zamian za życie mężczyzn. W ten sposób większość mężczyzn trafiała w ręce handlarzy. Jednak droga na Zanzibar była długa i dla wielu była to droga do śmierci. Z każdych pięciu porwanych niewolników tylko jeden miał szansę przeżyć wiele miesięcy wędrówki, głód, bicie.

Ludzki towar dowieziony na Zanzibar, słabo nadawał się do sprzedaży. Ludzie byli wycieńczeni, chorzy i przerażeni. Wielu z rozpaczy próbowało sobie odebrać życie, żeby dłużej nie cierpieć. Prowadzono ich do lochów w pobliżu targu niewolników. Potem trafiali na sprzedaż. Zostawali jako niewolnicy na Zanzibarze i pracowali na lokalnych plantacjach albo transportowano ich dalej. Wielu niewolników kupowali Francuzi, wysyłając ich do prac na Mauritius. Dużo też trafiało na półwysep arabski. Za jednego dobrego niewolnika płacono dziesięć dolarów. W XIX wieku do portu na Zanzibarze rocznie przywożono 50 tysięcy niewolników. Dwa razy tyle ginęło podczas wędrówki przez Afrykę, po schwytaniu. Do Nowego Świata, czyli Ameryki, przywieziono statkami około 10 milionów niewolników z Afryki! Jeśli co piąty przetrwał tę podróż, to znaczy, że z Afryki Zachodniej wywieziono co najmniej 50 milionów niewolników. Drugie tyle zostało zniewolone we Wschodniej Afryce, gdzie głównym portem był Zanzibar a ich stopy dotykały dokładnie tego samego miejsca gdzie dzisiaj spacerują turyści.

Handel niewolnikami został oficjalnie zakazany w 1807 roku, kiedy w Wielkiej Brytanii  uchwalono, ustawę, na mocy której każdy kapitan statku przewożącego niewolników podlegał każe. W 1833 roku wydano ustawę nadającą wolność wszystkim niewolnikom na terenie Imperium Brytyjskiego. W teorii niewolnictwo przestało istnieć. W rzeczywistości na Zanzibarze handlowano niewolnikami do 1897 roku. Czyli do chwili, gdy wyspa dostała się pod protektorat brytyjski. Jednak tak naprawdę handel ludźmi się nigdy nie zakończył, ba ma się lepiej dzisiaj w XXI wieku niż miał w wieku XIX.*

W dzisiejszym świecie obok nas żyje ponad 20 milionów niewolników. Organizacja Free the Slaves („Uwolnić niewolników”) tak pisze na swoje stronie internetowej: „Na świecie jest dzisiaj 27 milionów niewolników. Są oni zmuszani do pracy bez wynagrodzenie, pod groźbą przemocy i nie mogą odejść. Pracują w fabrykach, prywatnych domach, kopalniach, na wsiach, restauracjach, budowach czy domach publicznych. Wielu ludzi zostało oszukanych obietnicami dobrze płatnej pracy. Znamy także europejskie obozy pracy. Są miejsca gdzie ludzie pracują pod lufami karabinów. Są też tacy, którzy musza spłacać pożyczki, które zaciągnęli za pośrednictwem nieuczciwych pośredników. Niewolnictwo jest nielegalne wszędzie, ale zdarza się również niemal wszędzie”.  Dzisiaj we współczesnym nam świecie niewolników jest więcej niż kiedykolwiek wcześniej w historii świata! Jeden niewolnik w XXI wieku kosztuje około 90 dolarów a gdzie ich jest najwięcej pokazuje mapa poniżej!!!**


* Na podstawie, „Blondynka na Zanzibarze”, B. Pawlikowska, wyd. G+J, Warszawa 2010.

** Źródło: http://www.freetheslaves.net

Skomentuj