Zanim jednak nadejdzie czas na poznawanie wyspy należał mi się prawdziwy, wakacyjny odpoczynek. Zatrzymaliśmy się na Zanzibarze w hotelu Mapenzi Beach Club należącym do sieci Sandies Resort.  Gdy dojechaliśmy do hotelu po raz pierwszy poczułem ten powiew innego świata, świata luksusu stworzonego dla turystów. Choć hotel Mapenzi nie jest jakimś luksusowym wypasem to zrobił na mnie bardzo pozytywne pierwsze wrażenie. Na pewno byliśmy bardzo zmęczeni i spragnieni jakiś normalnych warunków, zwłaszcza że Etiopia nas nie rozpieszczała tym bardziej uderzył we mnie czar tego miejsca.

Lubię przede wszystkim hotele gdzie całość jest otwartą przestrzenią. W hotelu wszystkie pomieszczenia ogólnie dostępne są pozbawione ścian są tylko przykryte dachami z liści palmowych. Pięknie, bo właściwie ocean widoczny jest z każdego miejsca w hotelu, palmy, lazurowa woda. Dostaliśmy pokoje w bungalowach w ogrodzie. Dosyć duże, czyściutkie i z fajną piękną łazienką. Powiew luksusu poczułem jeszcze bardziej jak zobaczyłem w łazience piękne glicerynowe mydła w środku których zatopione były liście i kwiaty. No tak, wreszcie rozpoczęły się wakacje!

Hotel prowadzony jest przez Włochów (jak większość hoteli na wyspie) co dało się odczuć na co dzień, bo np. wieczorne animacje były głównie po włosku i większość gości to również Włosi. Jednak na szczęście nie są to ci głośni, uciążliwi przedstawiciele tego kraju. Generalnie w hotelu panuje spokój w ciągu dnia i wieczorami. Może nawet jest nudno ale właśnie takiego odpoczynku i nudy potrzebowaliśmy. Pierwszy dzień to oczywiście plażowanie i nadrabianie zaległości w jedzeniu i piciu oraz wreszcie nic nie robienie .

Mapenzi Beach Club ma oficjalnie 4 gwiazdki i rzeczywiście zasługuje na nie. Wg mnie są to takie prawdziwe 4 gwiazdki. W głównej restauracji jedzenie jest urozmaicone i poza daniami typowo miejscowymi zawsze jest kilka dań z kuchni międzynarodowej. Jedzenia jest dużo i nie ma tłoku przy bufecie. Raz w tygodniu jest organizowana kolacja przy basenie. Wówczas dookoła basenu są rozstawiane stoły i bufety i jest tak bardziej elegancko i romantycznie. Zazwyczaj również wówczas jest jakaś muzyka na żywo albo występy.

Również raz w tygodniu jest organizowana kolacja na plaży (na terenie hotelu a nie ad samym brzegiem oceanu). Dla mnie to chyba najlepsze kolacje. Uwielbiam boso chodzić po piasku i czuć się na kolacji tak bardzo plażowo, urlopowo. Oczywiście są świecie, bufety przystrojone liśćmi palm, kwiatami. Bardzo fajnie. Podczas tych kolacji z racji organizacyjnych jest mniejszy wybór jedzenia niż w restauracji ale nigdy nie było jedzenia za mało i zawsze było pyszne. Dużo mięs, ryb, warzyw, owoców, deserów.

W głównym barze przy basenie dostaniemy wszystkie zimne napoje i alkohol lokalny. Jest karta gotowych drinków ale niestety większość z nich smakuje bardzo podobnie ale spokojnie można znaleźć swój ulubiony. Tutaj wyraźnie dostrzegalna jest pierwsza duża różnica pomiędzy obsługą w hotelach na kenijskim wybrzeżu a Zanzibarem. Niestety na minus Zanzibaru. Owszem wszyscy pracownicy są mili ale wyraźnie są na dystans. Nie ma tutaj uśmiechów nie ma tutaj mówienia jumbo, po prostu są i tyle. Nawet dawanie napiwków nie poprawia sytuacji. Nie skutkuje tutaj sposób, że jak dasz napiwek dostaniesz lepszego drinka, zrobionego szczerzej, ładniej i szybciej. Po kilku dniach pobytu pogadałem trochę z barmanami i okazało się, że nie są zadowoleni ze swojej pracy. Nie są najlepiej traktowani przez włoskich menagerów, są źle wynagradzani.

Większość pracowników pochodzi z kontynentu bo miejscowi (muzułmanie) niechętnie pracują w hotelach. Kiedyś w ogóle nie chcieli pracować z turystami dzisiaj coraz częściej się decydują na taką pracę ale robią to niechętnie. Tak czy owak większość pracujących tutaj ludzi swoje rodziny ma gdzieś daleko w Tanzanii. Poza tym wyraźnie w hotelu widać, że włoskie kierownictwo trochę „pomiata” tymi ludźmi. Być może, że wymagają oni większego nadzoru (nawet na pewno) ale jest to przez Włochów robione tak ostentacyjnie, że czasami było mi głupio i źle się czułem jako biały.

Powodowało to u mnie dyskomfort i również odczuwalne było w podejściu szeregowej załogi do turystów. Nie jest tak miło jak w Kenii (oczywiście porównuję Hotel Baobab – w którym byłem z tym hotelem, może w innych jest inaczej). Zresztą nawet kierownictwo hotelu przechodząc obok nas nie mówiło dzień dobry nie mówiąc już o pytaniu jak się mamy, czy jesteśmy zadowoleni? Nic z tych rzeczy. Otwartość ludzi, przyjazne podejście w Etiopii czy Kenii bije na głowę to co zastaliśmy tutaj.

Natomiast nie można zarzucić niczego jeżeli chodzi o czystość czy dbanie o komfort pobytu. Basen czyściutki, teren dookoła bardzo zadbany, każdy „rewir” bungalowów miał przydzielonego ogrodnika, który rano przynosił bukiet kwiatków i cały dzień zamiatał to samo miejsce.  Ludzie rzeczywiście muszą zarabiać tutaj bardzo mało, bo jak ogrodnik dostał jakąś koszulkę czy klapki cieszył się jak dziecko i widać było, że trochę się bał żeby ktoś tego nie zauważył i szybko chował gdzieś za ogrodzeniem hotelowym w krzakach.

Pokoje były czyściutkie i codzienne dobrze sprzątane. Wieczorem przychodziła pani w obstawie ochrony i psikała w pokoju sprayem przeciwko owadom, ścieliła łóżka i rozkładała moskitiery, włączała również klimatyzację aby było chłodno w pokoju jak wrócimy z kolacji. Pełen luksus.  Mimo, że to pora sucha komary były i gryzły. Wieczorem smarowaliśmy się deetem no i oczywiście braliśmy malarone i dokładnie sprawdzaliśmy czy nic nie wleciało pod moskitiery. Natomiast w klimatyzowanym pokoju nie było problemu (komary nie lubią klimatyzacji). Zdecydowanie hotel spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieję na udane wakacje.

Skomentuj