Każdemu chyba Zanzibar kojarzy się z przede wszystkim z pięknymi plażami. Oczywiście jak na każdej wyspie Oceanu Indyjskiego także i tutaj biały piasek i lazurowa barwa wody przyprawia o zawrót głowy. Jednak jeżeli spodziewacie się takich pocztówkowych, idyllicznych plaż to niestety musze Was rozczarować. Jak najbardziej plaże Zanzibaru są piękne i należą do jednych z najładniejszych na świecie ale daleko im do plaż karaibskich czy choćby wspaniałej Diani Beach na wybrzeżu kenijskim.

Hotel Mapenzi Beach Club położony jest przy plaży Mahonda. Ponoć najładniejsze plaże są na północnym wschodzie wyspy więc być może tam znajdziecie „pocztówki”. Jednak Mahonda to również piękna, szeroka plaża z piaskiem jak mąka i palmami. Ocean czyściutki i wspaniały można z wody nie wychodzić godzinami. Oczywiście pływy oceanu są dosyć duże. Po odpływie odkryte rafy pozwalają  na obserwację krabów i innych morskich żyjątek (konieczne buty). Jednak w czasie przypływu nie potrzebne są żadne buty gdyż dno to tylko miękki piasek.

W tym miejscu ocean był cały czas spokojny, nie było dużych fal więc świetnie się pływało. Jednak plaże Zanzibaru są niestety pokryte wodorostami i algami. Jeżeli ktoś oczekuje czystych plaż to niestety nie tutaj. Odpływ zostawia bardzo dużo tego zielska na brzegu. Porównując plaże Zanzi z Diani w Kenii dla mnie znacznie ładniejsza jest ta w Kenii. Jest jednak coś innego co podobało mi się na plażach Zanzibaru. To to, że te plaże są takie bardziej dziewicze, naturalne takie jak je Matka Natura stworzyła a nie takie grzeczne, „uczesane” pod turystów. Nie ma tutaj rzędów leżaków i kolorowych parasoli. Na szczęście.

Dla mnie dziewiczość tej plaży miał to swój urok. Właśnie te wodorosty, uschnięte gdzieś palmy, jakieś krzaki, kamienie, skałki. Ma to swoisty czar i urok. Ewidentnie plaża nie jest tworzona ręką człowieka aby turystom było wygodniej. Niestety przez tą spora ilość wodorostów, które leżą na brzegu można odnieść wrażenie, że plaża jest brudna i zaniedbana. Wszystko znika wraz z przypływem i wówczas mamy piękną plażę idealną do zdjęć :). Może wielu turystów  oczekiwałoby sprzątania plaży i zapewne wówczas opinie byłyby lepsze ale dla mnie jednak plaża ta straciłaby na swojej naturalności i mimo wszystko pięknie. Spacerując brzegiem oceanu miałem wrażenie kontaktu z prawdziwą naturą a nie sztuczną plażą gdzie co rano pracownicy hotelu wychodzą z grabiami aby sprzątać to co ocean wyrzuca na brzeg.

Jak to bywa w wielu krajach również i tutaj istnieje problem beach boysów. Taki to już urok miejsc gdzie turyści odpoczywają a miejscowa ludność usiłuje zarobić trochę pieniędzy. Wszystkie plaże są publiczne, więc handel odchodzi cały dzień. Właściwie na plaży można kupić wszystko i wielu turystów z tego korzysta. Mi jakoś szczególnie nie przeszkadzają plażowi „biznesmeni”. Przez lata wyjazdów nauczyłem się, że najlepszym sposobem na spokój jest danie chłopakom szansy na poznanie mnie. Więc dla późniejszego, świętego spokoju od razu na początku pobytu „oddaję” się w ich ręce. Pogadam, poznam ich a oni mnie, odpowiem na wszystkie pytania itd. Jeżeli jestem czymś zainteresowany to rozmawiam konkretnie jeżeli nic nie potrzebuję od „miejscowego biznesu” to po prostu rozmowa jest grzecznościowa. Potem zazwyczaj poza codziennym przywitaniem mam już spokojny czas na odpoczynek. Tracą zainteresowanie.

Inny sposób na bardziej natrętnych lub na długi spacer brzegiem oceanu to słuchawki od odtwarzacza mp3 na uszach. Zawsze tak robię dla własnej przyjemności słuchania muzyki ale również pozwala się to „odciąć” od rzeczywistości plażowych naciągaczy. Nikogo, nie widzę, nic nie słyszę i nic nie mówię – tak samo jak sławne trzy małpki :). Staję się obojętny na to co dzieje się dookoła a inni zazwyczaj szybko rezygnują z próby nawiązania kontaktu. Zawsze jest tak, że nasza reakcja powoduje jakąś akcję.

Na Zanzibarze miałem dosyć zabawną sytuację. Zawsze cieszyłem się, że mam proste imię, które każdy łatwo wymówi i zapamięta – Adam. Ponieważ Zanzi to wyspa muzułmańska większość od razu przekręcała moje imię na Sadam. Nie wiem dlaczego ale niemal 100% osób „słyszało” Sadam zamiast Adam (może to ja mam problem z dykcją). Oczywiście zaraz były pytania czy jestem muzułmaninem itp. Na początku tłumaczyłem, że nie jestem a na imię mam Adam. Jakoś to do większości nie docierało. Po kilku próbach dałem sobie święty spokój z tłumaczeniem tym bardziej, że jako Sadam miałem lepiej, jakoś tak sympatyczniej :). Tak, więc mam swoje zanzibarskie imię :).

Islam na wyspie nie jest jakiś ortodoksyjny a na wybrzeżu, gdzie znajdują się hotele niemal niewidoczny ale wybierając się do miasta trzeba pamiętać o stosownym stroju (zwłaszcza kobiety). Niestety obrazki roznegliżowanych turystek w centrum stolicy wyspy nie należą do rzadkości. Nie wywołują one co prawda zbytniego krytycyzmu wśród miejscowych ale jednak. Odnoszę wrażenie, przynajmniej według mnie, że nie wygląda to dobrze a tym bardziej nie świadczy najlepiej o turystach z Europy. Nauczono mnie szanowania tradycji miejsca w którym jestem gościem. Może jedynie ze względu na upał i ogromna wilgoć można niektórym wybaczyć zbyt odsłaniający wdzięki strój i to jest jakieś usprawiedliwienie?

Czas na plaży mijał leniwie, bo takie miały to być wakacje, takie było założenie. Miał to być odpoczynek po trudach zwiedzania Etiopii i tak też się stało. Mimo, że plaże Zanzibaru nie spowodowały u mnie achów i ochów to są one piękne na swój własny, niepowtarzalny sposób. Niektórzy mogą być zawiedzeni brakiem folderowej, pocztówkowej rajskości, czy znanych z podkręconych photoshopem zdjęć, które zapowiadają idyllę ale biały piasek niczym mąka i niesamowita barwa oceany jest naprawdę. Gdy świeci słonce a na wietrze delikatnie kołyszą się palmy, fale rozbijają się o brzeg wyrzucając mnóstwo muszelek, to czy potrzeba nam czegoś więcej na wakacjach aby poczuć się szczęśliwym?

 

Skomentuj