Dotarliśmy do jednej z najbardziej sławnych restauracji w Addis Abebie na pożegnalną kolację. Właściwie to doświadczam czegoś na kształt déjà vu. Kilkanaście dni temu w podobnym miejscu i podobnej scenerii poznawaliśmy się wszyscy i z niepokojem ale i ogromną nadzieją wyruszaliśmy w głąb Etiopii. Tamto spotkanie nie zapowiadało tego wszystkiego co wydarzyć miało się później. Nikt z nas nie był w stanie przewidzieć co czeka nas w drodze. Nikt z nas nie potrafił sobie tego wyobrazić.

W eleganckiej restauracji „ Yod Abyssinia” jedliśmy pierwszą indżerę, piliśmy pierwszy tedż i słuchaliśmy miejscowej muzyki. Restauracja ta w nazwie ma dopisek, „restauracja kulturowa”. Takie miejsca poza wyśmienitą kuchnią oferują również występy miejscowych artystów. Można tutaj zapoznać się z przekrojem tańców i muzyki ze wszystkich rejonów Etiopii. To zapewne miejsce stworzone typowe dla turystów, którzy stanowią tutaj większość gości ale również dla miejscowej elity, która mieszka w Addis. Ceny są tutaj zawrotne jak dla zwykłego mieszkańca stolicy jednak zawsze panuje tłok. Taki szybki przegląd muzyki, tańca i śpiewu ze wszystkich rejonów tego kraju.

Minęło kilkanaście dni i siedzimy w podobnym miejscu ale jemy już ostatnią indżerę i piejemy ostatni tedż. Tym razem jesteśmy w „2000 Habesha Kultural Restaurant”. Miejsce niemal identyczne jak poprzednie. Wszystkie moje obawy mam już za sobą. Ciężko mi się skupić na rozmowie o końcu tej wyprawy bo mam wrażenie, że to co wydarzyło się przez ostatnie dwa tygodnie było snem a nie jawą. Jeszcze długo będzie do mnie docierać, że byłem w tych wszystkich miejscach. Na razie z wielkimi emocjami przekrzykujemy się wzajemnie w opowieściach.

Rozmowy w takim miejscu nie ułatwia muzyka i śpiew wydobywający się z głośników. Zwłaszcza, że dla wielu obcokrajowców szarpiące tempo na ¾, niespokojne rytmy, metaliczna instrumentacja, napięte pentatoniczne melodie i śpiew przypominają skrobanie paznokciami po tablicy mogą wydać się na początku nie do zniesienia, a nawet można by powiedzieć nawet irytujące. Co prawda im dłużej słucham takiej muzyki tym bardziej moje ucho przyzwyczaja się do tych wszytych „dziwnych” dźwięków i coraz lepiej odróżniam ogromną różnorodność etiopskich rytmów zarówno tych tradycyjnych jak i współczesnych.

Na nasz stolik piękna kelnerka podaje kolejne „kolby” wypełnione żółtym, mętnym tedżem a ja czuję, że ten trunek coraz bardziej uderza mi do głowy.  Tutaj smakuje wybornie. Słodki, lekko sfermentowany alkohol jest jednym z lepszych tradycyjnych alkoholi jakie piłem w życiu. Niemal jak film przed moimi oczami przewijają się sceny z ostatnich dni. Kolorowi ludzie, mało znane plemiona, mała Kidżi siedząca pod swoją chatą. Jestem bliski płaczu zarówno z żalu jak i ze szczęścia jednocześnie. Taką Etiopię zapamiętam. Pełną emocji, dźwięków których nie sposób poukładać sobie w głowie. Szczęście miesza się z rozpaczą, zachwyt ze wstrętem, śmiech ze łzami. Etiopia dała mi to wszystko o czym marzyłem ale zabrała również wiele. Ta podróż pozbawiła mnie przede wszystkim mitu o romantycznej Afryce. Tego wyobrażenia o tym kontynencie, które znamy z filmów czy książek opisujących ckliwe chwile spędzone przez białych ludzi gdzieś w Kenii czy Tanzanii. Etiopia pokazała mi Afrykę prawdziwą. Choć nie zakładałem takiego celu tej wyprawy to wracam szczęśliwy właśnie dzięki temu.

Kolejna butelka tedżu pokazała swoje dno a ja wyraźnie czuję, że obrazy robią się coraz bardziej rozmyte, dźwięki jakby mieszają się ze sobą a i mój język już nie jest taki giętki :). To wyraźny znak, że czas wracać do hotelu. Znowu poczucie déjà vu. To samo miejsce, ten sam budynek, te same schody tylko pokój inny. Ostatnią noc spędzamy w ogromnych pokojach w głównym budynku hotelu Taitu. Tutaj zaczynaliśmy i tutaj kończymy. Wielkie łóżko, być może w tym samym pokoju spała cesarzowa w czasach gdy był to jej pałac? Tyle legend jeszcze zostało do opowiedzenia. Tylko gdzie „upchnąć” w naszym świecie opowieść o prezbiterianie Janie – mitycznym królu, aniołach schodzących na ziemię, Królowej Sabie czy wreszcie o Arce Przymierza?! Etiopia ma jeszcze tyle tajemnic, tyle niespodzianek, tyle szczęścia, którym może się podzielić i tyle tragedii, których chciała by się pozbyć. Tak, bezapelacyjnie Etiopia jest największą perłą i tajemnicą jaką skrywa Afryka.

Cesarzowa Taitu drobnymi krokami przeszła korytarzem tuż pod moim pokojem. Ściszonym głosem, aby nie obudzić gości hotelowych, uspakaja płaczącą Kidżi a za nimi pobrzękując metalowymi dzwoneczkami idzie tanecznym krokiem grupka dziewcząt z plemienia Hamer. Cesarzowa wyglądając przez okno upewnia się, że pałac jest dobrze strzeżony przez najdzielniejszych mężczyzn z plemienia Mursi a w jej komnacie czekają już z kąpielą najpiękniejsze kobiety Arbore. Sen miesza się z rzeczywistością ale niech trwa jak najdłużej. Taka jest Etiopia w moich oczach i taką ją zapamiętam.

Skomentuj