Poranne wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną. Tymczasem podczas tego wyjazdu niestety wstawanie o świcie to podstawa. Łatwiej było podnosić się o 7.00 rano z łóżka mając w perspektywie cudowny dzień przed sobą, jednak tym razem pobudka była już o 6.00 rano! Po niezbyt dobrze przespanej nocy i bez śniadania już o 6.30 mamy wyjazd z hotelu na rybny targ nad jeziorem Awassa.

To właśnie do miasta o tej samej nazwie co jezioro dotarliśmy poprzedniego dnia. Powietrze jest tutaj rześkie i nie ma już takich upałów, gdyż znajdujemy się już na wysokości ponad 1600 m n.p.m. w Rowie Abisyńskim. Do Addis Abeby mamy mniej niż 300 kilometrów. Awassa to największe miasto w tej części Etiopii. Mieszka tutaj około 200 tysięcy ludzi o rożnym pochodzeniu etnicznym. Ewidentnie czuję się tutaj powrót do cywilizacji. Ładne kilkupiętrowe budynki, banki, restauracje, sklepy. Awassa to przyjemny kontrast z bezładem, który towarzyszył nam przez ostatnie kilkanaście dni.

Jednak główną atrakcją jest tutaj jezioro. Jadąc od południa jest to pierwsze jezioro z licznych położonych na terenach Rowu Abisyńskiego. Jednocześnie jest najmniejsze z owych kilku akwenów wodnych. Ma powierzchnię mniej więcej 900 hektarów. Akwen, położony w starej kalendrze, nie ma odpływów, mimo tego woda pozostaje czysta i żyje w nim wiele gatunków planktonu oraz mnóstwo ryb. Otoczenie górskich szczytów i bujnej roślinności sprawiają, że miejsce to nie ustępuje malowniczością jeziorom w kenijskiej części Wielkich Rowów Afrykańskich. Choć jeżeli chodzi o obserwację dzikich ptaków, małp czy hipopotamów to zdecydowani jest tutaj trudniej niż w Kenii. Ze względu na bliskość miasta jako dużego ośrodka miejskiego na poszukiwania zwierząt trzeba wybrać się łódką w bardziej odległe od miasta rejony jeziora. Jest tutaj zupełne inaczej niż nad jeziorem Abbaja, gdzie byliśmy jadąc na południe.

Naszym celem jest poranna wizyta na targu rybnym, który znajduje się właśnie nad brzegiem jeziora. Niestety nie jemy śniadania bo jest jeszcze zbyt wcześnie, więc na pół śpiąco (przynajmniej ja) wsiadamy do samochodów i ruszamy w drogę. Marzę o kawie ale na razie jest tak zimno, że szybko pakuję się do samochodu. Nasz kierowca lekko poirytowany twierdzi, że jest stanowczo za wcześnie na wyjazd na targ. Rybacy jeszcze nie wrócili z połowu ryb a poza tym jest jeszcze zamknięte wejście (wstęp na targ jest płatny). Kolejna nerwowa „akcja” kierowca – przewodnik działa na mnie jak poranna kawa wiec wreszcie się budzę na dobre. Wszyscy lekko się irytujemy bo mogliśmy przecież pospać jeszcze chociaż godzinkę :). Jednak przewodnik twierdzi, że czas jest odpowiedni, on wie lepiej i jedziemy.

No dobra, jedziemy. Na targ jedzie się może raptem 15 – 20 minut. Dojeżdżamy na miejsce i okazuje się, że bramy są oczywiście – zamknięte! Znowu wyszło na to, że najlepiej poinformowany i największą wiedzę ma nasz kierowca. No tak, w końcu to on od kilkunastu lat jeździ z turystami. Znowu krótka wymiana zdań, mina naszego przewodnika mówiąca „przepraszam” i wracamy do hotelu. Na to żeby położyć się jeszcze na chwilę jest już za późno na śniadanie jeszcze za wcześnie. Nie pozostaje jednak nic innego jak czekać. Na szczęście trzeba było się jeszcze spakować bo dzisiaj ruszamy dalej, już niestety do Addis.

Choć do Addis mamy niecałe 300 kilometrów to dzień wypełniony jest jeszcze wieloma atrakcjami a na jedną z nich czekamy już od kilku dni! Będzie to coś o czym każdy nas marzył od dawna, dzisiaj nasze marzenie miało się spełnić. Tak na koniec, taki bonus z którego biali turyści mają być zadowoleni, ale o tym następnym razem. Wreszcie po śniadaniu pakujemy już nasze bagaże do samochodów i jedziemy na targ jeszcze raz.

Tym razem jest już otwarte. Jednak rybacy już zdążyli wrócić z połowów i sprzedać ryby. Nie wiele zostało do oglądania dla nas. Na szczęście słoneczko było już wyżej i zrobiło się ciepło. Cały targ to właściwie łódki na brzegu jeziora i kilka drewnianych budek, gdzie można kupić ryby oraz kilka „smażalni” gdzie można zamówić świeżą rybę do jedzenia. Jesteśmy po śniadaniu więc nie mamy ochotę na poranne pyszności prosto z jeziora, choć pewnie i tak nikt z nas raczej niemiałby odwagi jeść w tym miejscu – ciągle wielu z nas ma problemy żołądkowe. Jednak nasi kierowcy, którzy znowu nie mieli śniadania, posilają się tutaj. My tymczasem rozchodząc się w różne strony staramy się „wyłapać” jakieś obrazki godne uchwycenia w kadrze.

Nad brzegiem jeziora jest wiele marabutów. Pożywiają się tutaj odpadami po patroszeniu ryb i wcale nie boją się ludzi. Jest też kilka pelikanów. To właśnie ptaki stanowią atrakcję tego miejsca. Choć marabuty urodą nie grzeszą to jednak nigdy nie miałem okazji być tak blisko nich. Chodzą wszędzie i trzeba trochę uważać bo można mieć z nimi kontakt zbyt bliski :).

Oczywiście miejscowe dzieci są przygotowane na przyjazd turystów i mają swoje sposoby na to aby zarobić jakieś pieniążki. Karmią marabuty bo wówczas zlatuje się ich jeszcze więcej i proszą o zapłatę, albo sprzedają zęby hipopotamów. Nie wiem czy trzeba zabić hipopotama aby mieć jego zęby, czy może po prostu hipcie je gubią i rosną im następne. Wydaje mi się jednak, że to pierwsze! Próbuję się od dzieciaków tego dowiedzieć ale niestety nie jest to proste. Usiłuję powiedzieć, że nie powinni tego sprzedawać, że ważniejszy jest hipopotam jednak to ich wcale nie interesuje. No cóż każdy musi żyć, oni też. Mam tylko nadzieję, że za tymi „pamiątkami” dla turystów nie idzie śmierć tych zwierząt. Oczywiście niczego nie kupujemy!

Niedaleko brzegu natrafiliśmy na leżącego na trawie chłopca przykrytego jakąś kurtką tak, że właściwie nie było go widać. Jednak od czasu do czasu ktoś do niego podchodził i podnosząc okrycie sprawdzał co się z nim dzieje. Właśnie w takiej chwili zauważyłem, że ciało chłopca targane jest drgawkami – malaria. Kolejne dziecko, które pozostawione samo sobie musi zwyciężyć chorobę. Okrutny jest ten świat, ale cóż tak już tutaj jest… Smutne!

Zostajemy nad jeziorem ponad godzinę. Generalnie fajne miejsce na odpoczynek w trakcie podroży, choć oczywiście my nie możemy się w tym jeziorze kąpać. Po udanym „polowaniu” na marabuty, pelikany i małpki ruszamy dalej w drogę. Choć zdecydowanie mógłbym tak siedząc na trawie dłużej i obserwować miejscowych ludzi, bawiące się dzieci i przyrodę tego miejsca. Jednak nasz kolejny przystanek na trasie do Addis Abeby, kusi zarówno swoją historią jak i pewnym „luksusem” :).

Skomentuj