Jeżeli sądzicie, że w Etiopii nie ma miejsc które można nazwać kurortem to jesteście w błędzie. Dzisiejsze przedpołudnie miało być dla nas już bardzo „lajtowe” a niespodzianką miało być pływanie w basenie. Na ten basen czekamy już od kilku dni. Po tej kilkunastodniowej „tułaczce” po bezdrożach południowej Etiopii taki luksus był dla nas niemal „rajem obiecanym”. Bardzo chcieliśmy popluskać się w ciepłej wodzie i odpocząć kilka godzin. Zanim jednak dotarliśmy na miejsce czekał nas mały „trekkingu” do sławnych gorących źródeł.

Docieramy do miasta Uendo Gennet (Wondo Genet), które jest znanym miejscem wypoczynku okolicznych mieszkańców a także wielu osób, które przyjeżdżają tutaj z Addis Abeby. Rejon ten cieszy się także wielką popularnością wśród miłośników wędrówek i dzikiej przyrody. Na okolicznych wzgórzach, porośniętych różnymi trawami, krzakami i drzewami baraszkują pawiany oliwkowe, które dosyć często spotykamy podczas swojej wędrówki. Małpy są ciekawskie ale dosyć płochliwe. Wspinamy się wąską ścieżką do małych strumyczków. Z daleka widać kłęby pary unoszące się nad bujną zielenią. To właśnie są gorące źródła. Woda jest w nich naprawdę gorąca.   Miejscowym popisem jest gotowanie jajek na twardo w tych źródełkach, co oczywiście i my czynimy :).

Żyje tutaj również wiele ptaków niestety nie znam się na nich i poza dzioborożcami nic więcej nie jestem wstanie rozpoznać i nazwać ale jest ich tutaj naprawdę sporo. Jednak można wynająć tutaj przewodnika, który oprowadzi po okolicznych lasach i fachowo pokaże wszytki spotykanie tutaj ptaki. Spacerujemy dosyć długo wąskimi ścieżkami to w górę to w dół. Roztaczają się tutaj wspaniałe widoki na okolicę a słońce nie świeci już tak mocno, klimat jest tutaj zdecydowanie łagodniejszy. Oczywiście mamy ze sobą „ogon” lokalnych dzieciaków, które jednak nie są natarczywa a raczej zabawne. Ponieważ nigdzie nam się nie spieszy a do roboty mamy jedynie podziwianie krajobrazów, dzieciaki pokazują nam jakieś roślinki, śpiewają i popisują się przed nami jedno przez drugie.

Z szczytu wzgórz widać w dole basen, który śnił nam się już po nocach. Wielką atrakcją tego basenu jest to, że jest zasilany wodą właśnie z górskich, gorących źródeł. Woda ma ponoć właściwości lecznicze więc „pełna bajka” :). Miejsce to zachęciło ostatniego cesarza Etiopii Hajle Syllasje do wybudowania właśnie tutaj swojej rezydencji. Cesarz przyjeżdżał tutaj wraz ze swoją świtą odpoczywać i regenerować siły w gorących leczniczych źródłach.  Skoro sam cesarz uważał to miejsce za raj, to tym bardziej my nie możemy się już doczekać tego luksusu.

Gdy już nie mieliśmy sił spacerować po wzgórzach zeszliśmy pod bramę ośrodka z basenem. Tutaj dostajemy bilety i…. mydło! Trochę nas to zbija z tropu ale jak się później okazało dla wielu osób tutaj przychodzących działające tutaj prysznice z ciepłą woda ze źródeł muszą zapewne stanowić jedną z nielicznych okazji do umycia się. Niestety zamydlona, biała woda spływająca „dróżkami” nie wiadomo dokąd nie dodawała temu miejscu uroku. Wyglądało to jak ścieki, które płyną sobie po prostu w dal.

Przyznać trzeba, że na pierwszy rzut oka miejsce wydaje się sympatyczne zwłaszcza jak mija się płynącą również tutaj rzeczkę z małym wodospadem, gdzie oczywiście dzieciaki mają wspaniałą zabawę. Jednak im dalej tym…. gorzej. Sam basen okazuje się dosyć małym, kwadratowym, betonowym kwadratem w którym właściwie nie ma miejsca aby nawet stanąć. W środku jest tak dużo ludzi, że raczej wygląda to na konserwę ze szprotkami niż basen. Oczywiście jesteśmy jedynymi białymi i zdecydowanie nie mamy ani odwagi ani ochoty wpychać się pomiędzy pluskające się tam osoby. Wielkie rozczarowanie. Chciało by się powiedzieć, że znowu nasze wyobrażenia o kurorcie nijak się mają do etiopskich możliwości. Choć miejsce jest ładne to zdecydowanie nie dla nas, szkoda.

Nie pozostało nam nic innego jak usiąść w jedynej tutaj kafejce, napić się zimnego piwa i podpatrywać życie tutejszej elity. Zdecydowanie było widać, że miejsce nie jest dostępne dla każdego Etiopczyka. Dużo tutaj młodzieży, dobrze ubranej, posiadającej cyfrowe aparaty fotograficzne. Przyjeżdżają też całe rodziny z dziećmi i własnym prowiantem na piknik. Cóż wychodzi na to, że rzeczywiście jest to kurort, tylko my tego docenić nie umiemy ale obrazki typu pranie w płynącym źródełku też nie należą do rzadkości.

Choć rozczarowały nas warunki panujące w tym miejscu to jednak miło się siedziało i obserwowało znacznie innych już ludzi. Bliskość stolicy wyraźnie jest tutaj widoczna. Dla nas niestety oznacza to tylko tyle, że nasza podróż nieubłaganie dobiega końca. Za parę godzin dotrzemy do stolicy i przyjdzie nam pożegnać się z częścią naszej grupy, którzy już dzisiaj wylatują do Europy. Pożegnać się z tym fantastycznym krajem i fenomenalna przygodą. Takie myśli nieco psuły nam humory, jednak przed nami jeszcze kilkanaście godzin, które zamierzam wykorzystać do końca a najbliższa okazja to lunch w miejscu gdzie znowu „spotkamy” się z historią tego kraju i jego, jak dla mnie, najbardziej kontrowersyjna postacią – potężnym cesarzem Haile Selassie I.

2 komentarze do “Gorące źródła”

  1. po tylu dniach chyba nie dalabym rady sie oprzec….i wpakowalabym si do tego basenu….moze jakby zobaczyli taka „bialaske” to zrobiloby sie wiecej miejsca…kto wie?

  2. Ha, Moniko wiesz może to i dobry pomysł 🙂 Gdybyśmy tam wparowali taką 8 białasów pewnie bylibyśmy niezłą atrakcją dla miejscowych 🙂

Skomentuj