Podróżując po Etiopii możemy narzekać na wiele rzeczy. Jest jednak coś co każdy będzie zachwalał zawsze i wszędzie, bo kto z nas nie lubi filiżanki dobrej kawy? Właśnie kawa zajmuje w tym kraju miejsce szczególne. Nigdy nie zdarzyło się aby kawy nie było, nawet gdy nie było prądu to nad ogniskiem zawsze dało się zagotować wodę i zaparzyć pyszną kawę. Nawet w najmniejszej „dziurze” zamówienie filiżanki kawy było możliwe. Może zabraknąć jedzenia, coca coli ale kawy nigdy. Trudno się dziwić, bowiem to właśnie Etiopia jest ojczyzną tego napoju. W większości kojarzymy kawę z krajami arabskimi jako tymi, które pierwsze odkryły moc tych małych ziarenek. Nie jest to prawdą. Arabowie jedynie rozpowszechnili ten trunek na resztę świata. Gdybyście zadali sobie trud rozszyfrowania dlaczego kawa nazywa się właśnie kawa zaprowadzi Was to właśnie do Etiopii.

Owoce krzewów kawowca prawdopodobnie były już w Etiopii wykorzystywane w I tysiącleciu przed naszą erą. Jednak wówczas nikt nie uprawiał tych krzewów a jedynie wykorzystywano dziko rosnące krzaki. Wszystko zaczęło się na zachodzie Etiopii nieco później. Ten rejon Etiopii należy do najrzadziej odwiedzanych przez turystów. Nie ma tutaj żadnej infrastruktury. Jednak ten zachodni płaskowyż charakteryzuje się żyznymi glebami i obfitymi całorocznymi opadami. Nic więc dziwnego, że mnóstwo tutaj urodzajnych pól, gęstych lasów i właśnie plantacji kawy (również dzikich krzaków kawowca). W tych rejonach znajduje się prowincja Kaffa. To właśnie na wzgórzach tej prowincji powstały pierwsze plantacje kawowca – do dziś rejon ten pozostaje głównym ośrodkiem uprawy kawy w Etiopii – no i właśnie od nazwy tego regionu pochodzi nazwa  – kawa.

Ogólnie rzecz biorąc, Kaffa uchodzi za region, gdzie narodziła się odmiana kawy o nazwie arabica (ta nazwa wzięła się od Arabów, którzy handlowali właśnie tymi ziarnami) i gdzie rozpoczęto uprawę tej rośliny. Jak głosi popularna legenda (pochodząca z mniej więcej I wieku) pobudzające właściwości kawy odkrył pewien pasterz o imieniu  Kaldim, a właściwie nie on tylko jego kozy! Wypasał on swoje stado kóz na wzgórzach porośniętych przez dzikie kawowce. Kiedy jego kozy po zjedzeniu liści i owoców tego krzewu stały się niespokojne i wyraźnie ożywione, sam postanowił spróbować czerwonych jagód, które wisiały na gałązkach. Zauważywszy u siebie objawy niezwykłego podekscytowania, pobiegł do miejscowego klasztoru, aby zwierzyć się ze swojego odkrycia mnichom. Początkowo mnisi nie podzielali entuzjazmu młodego pasterza, przeciwnie, oskarżyli go o przynoszenie w święte miejsce diabelskich stymulantów i wrzucili przeklęte owoce do ognia. Ale po chwili, zachęceni pięknym zapachem palonej kawy, postanowili spróbować i stwierdzili, że dzięki tajemniczej używce nie odczuwają senności podczas nocnych modłów. Wkrótce żucie ziaren kawy  przed długimi nocnymi sesjami medytacyjnymi stało się w chrześcijańskiej Etiopii powszechną praktyką i w niektórych częściach zwyczaj ten przetrwał do dziś. Później odkryto, że palone ziarna kawy można zetrzeć na proszek, otrzymując smaczny, dodający energii gorący napój. Picie kawy prawdopodobnie pozostało etiopskim sekretem aż do XVI wieku, kiedy zaczęto handlować nią na szlaku korzennym, biegnącym znad Oceanu Indyjskiego, oraz rozpoczęto uprawę w Jemenie i innych rejonach Arabii. Pierwsze ziarna przybyły do Europy przez Turcję w XVII wieku i błyskawicznie zyskały popularność. Podobno tylko XVIII stuleciu w Wenecji istniało 200 sklepów z kawą!

Już od IX wieku picie kawy w etiopskich domach odbywało się według rozbudowanego ceremoniały, który mógł trwać nawet do kilku godzin. Dzięki temu początkom historii kawy towarzyszyło fundamentalne dla starożytnych kultur prawo gościnności. Dzisiaj również zazwyczaj zapraszamy gości na kawę, czy przy kawie spędzamy czas ze znajomymi nico spokojniej. Generalnie na picie kawy trzeba mieć czas i spokój, wówczas smakuje najlepiej. To wszystko zawdzięczamy Etiopii i właściwie mało kto o tym dzisiaj wie. Zarówno napój ale przede wszystkim „ceremonia picia kawy” przetrwały wieki i nadal jest silnie obecna w naszym codziennym życiu. W Etiopii oczywiście nie jest inaczej. Co prawda nie miałem okazji uczestniczyć w takiej ceremonii osobiście ale nadal trzeba mieć sporo czasu wolnego gdy Etiopczyk zaprasza nas na kawę. Zawsze przygotowywana jest ona z zielonych ziaren, które są prażone i mielone tuż przed zaparzeniem. Pewnie dlatego kawa ma tak fantastyczny aromat i smak.

W poprzednim  wpisie opisywałem naszą wizytę w wiosce ludzi Borena, gdzie właśnie byliśmy zaproszeni na taką autentyczną ceremonię parzenia kawy. Z opisanych wcześniej powodów niestety nie brałem w tej ceremonii udziału, ale oto krótka relacja od tych którzy tam byli i  „przetrwali”. Okazało się, że Borenowie nie używają do parzenia kawy wody a oleju. Kobieta, która parzyła kawę wrzuciła do rozgrzanego oleju całe ziarenka kawy i to „gotowała” nad ogniem. Powinno być dodane jeszcze masło, ale cały jego zapas kobiety ze wsi sprzedały na targu, więc było bez masła.  Po kilku minutach gdy napój zrobił się dostatecznie gorący, kobieta umoczyła w nim palce i posmarowała sobie tym czoło wykonując przy tym jakby modlitwę. Te kilka znaków musiał zrobić każdy z obecnych. Potem przelano napój do innego naczynia, które wędrując z rąk do rąk trafiało do każdego. Ziarenka kawy nie były zmielone, więc „picie kawy” w tym przypadku polegało na rozgryzaniu ziarenek i popijaniu tego ciepłym olejem z tej jednej miski. Niestety nie było to smaczne i w niczym nie przypominało tego co my nazywamy kawą. Opisywaliśmy tą ceremonię naszemu kierowcy i on również był bardzo zdziwiony, że kawę parzono w oleju. Nam jednak wydaje się, ze to po prostu bardzo lokalny zwyczaj Borenów, być może ze względu na trudny dostęp do wody kiedyś zamienioną ją właśnie na olej i masło. Poza tym parzenie całych ziarenek kawy bardzo przypomina też zwyczaj jeszcze z przed wieków (opisany na początku tego wpisu). Dodawanie masła czy soli do kawy jest bardzo popularne nie tylko w Etiopii. Oczywiście strasznie żałowałem, że zrezygnowałem z tej ceremonii bo być może straciłem coś czego już nigdy w życiu nie zobaczę, ale mówi się trudno…

W restauracjach dostaniemy kawę zaparzoną normalnie. Jednak w większości restauracji są osobne, jakby wydzielone stanowiska gdzie kawę się parzy i podaje. Bardzo ładnie urządzone i przygotowane tak aby picie kawy rzeczywiście było czymś więcej niż tylko dostarczeniem do organizmu dawki kofeiny. Miękkie siedzenia, dywany lub rozrzucona na podłodze świeżo ścięta trawa. Oczywiście ziarna są palone na miejscu, mielone i zaparzane. Dostajemy wspaniały napój. Zazwyczaj do kawy podaje się słodki popcorn oraz stawia na stół rozżarzony węgielek, który posypany jest pachnącym kadzidłem. Unoszący się, pachnący dym z kadzidła nadaje piciu kawy dodatkowej zmysłowości. W restauracjach unosi się ten zapach wszędzie. Kadzidło w połączeniu z filiżanką aromatycznej, mocnej i zawsze czarnej i bardzo słodkiej kawy przenosi na chwilę w inny wymiar. Chyba za tą kawą będę tęsknił najbardziej. Gdziekolwiek zamówiłem w Etiopii kawę to zawsze smakowała ona wybornie.

Etiopski zwyczaj każe wypić zawsze trzy filiżanki kawy. „Pierwsza filiżanka, abol, jest jak zauroczenie, gwałtowne uczucie: rozgrzewa krew, otwiera serce i duszę, skłania do rozmowy. Po pierwszej kawie dżebenę (dzbanek) ponownie napełnia się wodą i stawia na ogniu. Oczekiwanie umila rozmowa na wszelkie tematy. Po jakimś czasie gospodyni znów z wysoka rozlewa do filiżanek brązowoczarny napój. Ta filiżanka nazywa się t’ona. Jest słabsza od poprzedniej, gdyż do wody nie dodaje się nowych porcji zmielonych ziaren. Jest jak spokojna kontemplacja, nie ma już takiego posmaku nowości, jak pierwsza, dlatego można się skupić na jej smakowaniu i zadumać nad sprawami tego świata. Dżebena po raz trzeci napełniana jest wodą i pozostaje na ogniu aż napar będzie gorący. Wszak – jak mówi etiopskie powiedzenie: „kawa i miłość są najlepsze, gdy są gorące”. I znów filiżanki wypełnia brunatny płyn – trzecia ma nazwę baraka. I jest błogosławieństwem w drodze, można ją chłonąć w milczeniu. Gdy opadną emocje po pierwszej, gdy znuży nas kontemplacja po drugiej, przy trzeciej można po prostu odpocząć po słodkim zmęczeniu zmysłów, gorących i serdecznych rozmowach, przemyśleniach”. Piękne, prawda?

 

2 komentarzy do “Bunna”

  1. wiesława :

    Pięknie powiedziane! Ale, czy aby ta trzecia kawa nie jest już lurą?!

  2. Gwarantuje Ci, że ta trzecia nie może być lurą biorąc pod uwagę, że przy pierwszej serce wyskakuje z piersi 🙂 Jest strasznie mocna i teraz wiem, że można ją wypić tylko z dużą ilością cukru inaczej nie da rady, a jestem wyjątkowo „uzależniony” od kawy i lubię mocną 🙂

Skomentuj