Po południu Golden – nasz etiopski przewodnik – zorganizował nam wizytę w wiosce Borenów. W ramach kolejnego gratisu od biura mieliśmy uczestniczyć w tradycyjnej ceremonii parzenia kawy. Kawa zajmuje w Etiopii miejsce szczególne tym bardziej ciekawie się zapowiadało to wydarzenie.

Bezpośrednio do wioski nie da się dojechać samochodem gdyż nie prowadzi do niej żadna droga. Czekała nas wspinaczka pod górę na szczycie, której znajdowała się mała osada Borenów. Oczywiście na samą myśl o kolejnej dzisiaj wspinaczce odechciało nam się iść gdziekolwiek ale Golden zaręczał, że nie będzie to męcząca wspinaczka. Tak też się okazało. Gdy dojechaliśmy na miejsce przed nami rozpościerało się łagodne wzgórze i wąska ścieżka prowadząca do wioski. Wspinaczka nie była męcząca i trwała nie więcej niż 30 minut. Za to miejsce było bajecznie piękne.

Dookoła nas, aż roiło się od wielkich kopców termitów a kolor ziemi – ceglasto czerwony – przyprawiał o zawrót głowy. Kolejne miejsce, które zachwyciło nas swoją niewyobrażalną urodą. Można było stać i sycić oczy tym niewiarygodnym widokiem. Taka droga to naprawdę czysta przyjemność. Mijaliśmy kobiety, które dźwigały na głowach i plecach duże żółte kanistry z wodą. Zmierzały do wioski pozdrawiając nas przyjaźnie. Biegające dzieci oczywiście pojawiające się niewiadomo skąd uśmiechały się do nas szeroko. W miejscu gdzie turyści nie docierają masowo jest znacznie spokojniej i przyjaźniej.

Lud Borena , chyba najściślej trzymający się pasterskich tradycji spośród plemion południowej Etiopii, zamieszkuje rozległe pustynne tereny ciągnące się od krawędzi Rowu Abisyńskiego na północ od miasta Dili (to właśnie do wioski w tych okolicach zawitaliśmy), daleko na południe, aż do rzeki Uaso Ngiro u podnóży góry Kenia. Pod względem lingwistycznym i etnicznym Borenów uważa się za południową gałąź Oromów, ale ze względu na półkoczowniczy tryb życia mają więcej wspólnego z nomadami zamieszkującymi kenijskie pustynie niż z nowoczesnymi etiopskimi grupami etnicznymi.

Wśród pierwszych Europejczyków, którzy odwiedzili ich niegościnną ojczyznę Borenowie o charakterystycznej smukłej sylwetce zyskali sławę nieustraszonych wojowników, co miało związek z ich dominacją w tym regionie. W późniejszym okresie, gdy północną część terenów zajęli abisyńscy górale, wiele rodzin ludu Borena zostało zmuszonych do przeniesienia się na południe, gdzie żyli z rabowania bydła i najazdów na osady rolnicze w północnej Kenii. Jednakże w obrębie Etiopii Borenowie cieszyli się reputacją ludzi spokojnych i dostojnych. Istnieje wśród nich silne tabu zakazujące podnoszenia głosu w gniewie oraz agresywnego zachowywania się bez powodu.

Borena ściśle przestrzegają tradycji odnoszących się do zwyczajów i stroju, wspaniale ożywiają surową, monotonną krainę, którą zamieszkują. Kobiety, ubierające się podobnie do niektórych mieszkanek doliny Omo, noszą kolorowe suknie, a ramiona okrywają szalami, natomiast strój mężczyzn ogranicza się do sarongów, a obrazu dopełnia noszona na ramieniu włócznia lub strzelba.

Struktura społeczna opiera się na uporządkowanym systemie wiekowym, a przejście na kolejny etap wiąże się z większym zakresem odpowiedzialności. Miarą bogactwa i wartości jest wielkość stada bydła. Istnieje przekonanie, że pierwszą informacją, jaką przekazują sobie nowo poznani mężczyźni z tego ludu, jest właśnie liczba posiadanych zwierząt – dopiero później pojawiają się pytania o zdrowie żony, dzieci i podobne drobiazgi. Ponoć zamężnym kobietom Borena wolno było sypiać z dowolnie wybranym mężczyzną – wystarczy, by wbił w ziemię swoją dzidę przed chatą wybranki, a mąż ma obowiązek dać kochankom swobodę do chwili, aż zostanie ona wyjęta.

Jeszcze około 2000 roku tereny te był niemal niedostępne dla turystów ze względu na panujące tutaj konflikty. W porze deszczowej 1999 – 2000 region zamieszkany przez Borenów  nie otrzymał zwykłej – i tak skąpej – ilości opadów, co spowodowało suszę o tragicznych konsekwencjach dla mieszkańców. W niektórych rejonach zginęło nawet 90% trzody, wyschły także uprawy mające uzupełnić niedobory mięsa i mleka w diecie. Klęska suszy zaostrzyła konflikt o dostęp do wody i ziemi między Borenami a sąsiednimi Somalijczykami zamieszkującymi na wschodzie. Dzisiaj tereny te są całkowicie bezpieczne, może poza terenami bezpośrednio graniczącymi z Somalią.

Gdy dotarliśmy do wioski oczywiście momentalnie wywołaliśmy zaciekawienie całej społeczności, a właściwe kobiet i dzieci przebywających we wsi. Jednak spokojnie mogliśmy pochodzić pomiędzy chatami i rozejrzeć się wokoło. Choć dzieci były nas strasznie ciekawe to większość z nich, zgłasza te najmłodsze szybko uciekały do środka chaty gdy tylko zbliżaliśmy się bliżej. Widok białych ludzi stanowił dla nich zarazem ciekawy obrazek jak i wywoływał strach.

Skromne chaty zazwyczaj były dobrze utrzymane a dookoła panował porządek. Często w Afryce widzi się sterty śmieci, zwłaszcza plastikowych torebek, które leżą dookoła wiosek. Tutaj było czysto i otoczenie dosyć zadbane. Jedynie miejscowe psy wywoływało w nas trochę strachu. Ewidentnie wioskowe psy nie lubią białych ludzi. Obszczekał nas każdy jeden pies we wsi. Musieliśmy uważać aby, któryś nas nie ugryzł bo raczej na pewno żaden nie był szczepiony a raczej nie wyglądały na okazy zdrowia.

Jeszcze jedna rzecz bardzo była widoczna a raczej słyszalna – to wszechobecny kaszel dzieci dobiegający niemal z każdej chaty. W tych skromnych warunkach ten kaszel spowodował, że niemal automatycznie w naszych białych głowach zaświtało pytanie – czy to nie gruźlica? Niestety obawiam się, że nie były to oznaki przeziębienia a jednak groźnej choroby. Wychodziło na to, że we wsi panuje niestety gruźlica. Trochę to powstrzymało nasze beztroskie chodzenie po wsi. Cześć grupy postanowiła skończyć tą wizytę i wrócili do samochodów. Ja postanowiłem, że jeszcze zostanę z innymi bo przecież czekała nas jeszcze ceremonia parzenia kawy.

Oczywiście myśl o kolejnych chorych dzieciach nie dawała mi spokoju ale cóż taka jest Afryka – myślałem sobie. Dam radę. Po tym gdy już obeszliśmy całą wioskę zostaliśmy zaproszeni do porządnie wyglądającej chaty na skraju wioski gdzie właśnie miano nam pokazać jak Borenowie parzą kawę. Tutaj kolejna myśl przeleciała mi przez głowę. Skoro kawa to musi być woda – a woda jest z tych studni i nie nadaje się do picia. No ale wodę na kawę trzeba zagotować więc ewentualne drobnoustroje zginą. Tylko czy na pewno wodę przegotują? Co będzie jeżeli okaże się, że jednak nie?! Nie bardzo wypada odmówić gdy ktoś zaprasza i częstuje. Co zrobić?

Idąc w stronę chaty biłem się z myślami – co zrobić? Zostać do końca czy wycofać się póki jeszcze mogę? Z jednej strony strasznie byłem ciekawy tej ceremonii, bo to jedyna okazja zobaczyć kawałek zwykłego, ludzkiego życia w tym zakątku Afryki, ale z drugiej strony bałem się ryzyka ewentualnego złapania jakiejś choroby (zwłaszcza po ostatnich problemach żołądkowych). Postanowiłem, że jednak zaryzykuję, przecież woda będzie gotowana nad ogniskiem więc nic nie może się stać. Szedłem pierwszy i gdy od chaty dzieliło mnie klika metrów zobaczyłem jak kobieta, która miała dla nas przyrządzić kawę stojąc na progu tej chaty myje sobie nogi polewając je wodą z żółtego baniaka. Nic niezwykłego w tym nie ma, gdyby nie kolor wody. Woda, którą polewała nogi miła barwę rdzy! Woda z której za chwilę będę musiał wypić kawę zanim się ją zaparzy już wygląda jak kawa!

Nie dałem rady. To był ostatni moment na to żeby się wycofać. Te kaszlące dzieci,  biegające chore psy i perspektywa picia brudnej wody okazała się ponad moje siły. Pożegnałem się i ruszyłem w dół zbocza do czekających w dole samochodów. Było to dla mnie jedno z najbardziej traumatycznych wydarzeń. Poczułem się, że zawiodłem sam siebie. Wydawało mi się, że dam radę przecież nie jestem jakiś strasznie delikatny. Miałem o sobie wrażenie, że jestem silny, otwarty na rożne rzeczy, że niewiele może mnie zniechęcić żeby z czegoś zrezygnować. Tutaj w tej wsi stało się jednak coś czego się nie spodziewałem. Uświadomiłem sobie, że człowiek nie zna sam siebie. Można mówić dam radę ale jak przyjdzie co do czego to zareagujemy inaczej.

Byłem zły na siebie, było mi smutno i byłem rozbity. Mogłem wycofać się na początku wizyty (jak zrobiła to część grupy) albo zostać do końca (jak zrobili pozostali) jednak nie byłem w stanie. Gdybym wszedł do tej chaty musiał bym wypić tą kawę, nie byłem w stanie się przełamać. Okazało się, że Afryka znowu mnie zaskoczyła. Tym razem dowiedziałem się, że nie jestem taki odważny jak zawsze mi się wydawało. Znowu nauczyłem się czegoś o sobie.

Schodząc z tego wzgórza biłem się z myślami czy dobrze zrobiłem, ale szybko moje myśli przeszły na wołanie – idziesz zupełnie sam, gdzieś pomiędzy zaroślami i nikt nie wie gdzie jesteś! Lekko się wystraszyłem, bo to był pierwszy raz gdy zupełnie sam wędrowałem sobie po Etiopii. Nie bałem się dzikich zwierząt, bo raczej ich tutaj nie ma ale jak zareagują na mnie spotkani przypadkowo ludzie. Tutaj idący sobie biały to raczej niecodzienny widok. Z duszą na ramieniu schodziłem w dół. Oczywiście pomyliłem drogę i poszedłem w zupełnie przeciwnym kierunku.

Na szczęście spotkałem grupę dzieciaków, które zorientowały się, że zabłądziłem i szybko pokazały mi palcami właściwy kierunek zanosząc się przy tym śmiechem. Zrobiło mi się trochę lżej ale to były maluchy więc nie było czego się obawiać. Najbardziej boję się grupek podrostków, którzy mogą chcieć się popisać przed rówieśnikami jacy są odważni. Samotnie wędrujący biały może okazać się łatwym łupem. Przyspieszyłem kroku i nawet już nie zwracałem uwagi na otaczającą mnie przyrodę. Okazało się jednak, że spotkani po drodze ludzie byli tak samo zaskoczeni jak ja gdy nagle spotykaliśmy się na ścieżce. Pozdrawiali uśmiechem i szli dalej. Nic się nie stało i cały dotarłem do drogi gdzie czekały na nas nasze samochody. Słońce już zachodziło  gdy wracaliśmy do hotelu. Ciągle biłem m się z myślami czy okazałem się tchórzem czy raczej wykazałem się zdrowym rozsądkiem?  Na pewno dowiedziałem się czegoś o sobie, czegoś co mnie samego zaskoczyło. Kolejna lekcja…

 

 

 

 

10 komentarzy do “We wsi Borenów”

  1. wiesława :

    Ci co zostali na tej kawie to były osoby z Twojej grupki? Ciekawa jestem, jak wyglądało to przygotowanie kawy i czy im to nie zaszkodziło?! Pozdrawiam Wiesława.

  2. Hej 🙂 Tak, Ci którzy zostali we wsi byli z naszej grupy. Jak wyglądała ta ceremonia już w następnym wpisie. Kawa w Etiopii to osobna historia więc zasługuje na osobny wpis 🙂

  3. Wiesz Adam cienka linia oddziela tchorzostwo i zdrowy rozsadek.tak samo jak i brawura czesto ociera sie o glupote.Dostles lekcje od zycia,ze tak na prawde nigdy nie poznamy siebie do konca,do smierci bedziemy sie zaskakiwac…..kiedys calkiem niedawno madra kobieta ujela to bardziej poetycko….”zrodzilismy sie bez wprawy i pomrzemy bez rutyny..”

  4. Dobrze powiedziane! pozdrawiam 🙂

  5. wiesława :

    Ano, mądre to powiedzenie i prawdziwe!!! Ale kiedy będzie opowieść o tym parzeniu kawy! I czy znajomi żyją 😉

  6. Wiesiu, żyją 🙂 Niestety nawał pracy i planowania kolejnego wyjazdu zabierają cały mój czas. Mam nadzieję, że w sobotę będzie już opowieść o kawie 🙂 Cierpliwości 🙂

  7. wiesława :

    Można wiedzieć, gdzie planujesz kolejny wyjazd?

  8. Wiesiu właśnie problem w tym, że „macam” kilka kierunków 🙁 Niestety latem jest dosyć ciężko bo ceny wysokie (wakacje). Nie chodzi przecież o to żeby wydać fortunę 🙂 Europa jest jak dla mnie za droga no i poza tym latem generalnie nastawiam się na odpoczynek a nie na zwiedzanie. Niestety większość kierunków poza Europę to pora deszczowa, więc też odpada. Mocno pilnuję kilku wysp na Oceanie Indyjskim, ale niestety ceny biletów lotniczych powalają z nóg! Zawsze latem mam problem, może masz jakiś pomysł? 🙂

  9. wiesława :

    Nie mam żadnego pomysłu! Ja jeżdżę tylko zimą. No i niestety, ale z biurami podróży! Z drugiej strony, hm- to mam pomysł! Patrzyłeś się na oferty biur podróży? W ubiegłym roku spotkaliśmy W Manaus Polaka, podróżował z synem. I wyobraź sobie, że nasza wycieczka była tańsza od jego. My byliśmy przez biuro, a on jeździ załatwiając sobie wszystko sam! Może, przeglądając, oferty biur podróży, wpadnie ci jakiś pomysł!!

  10. Oczywiście przeglądam również ofert biur, bo wbrew pozorom czasami kupuję gotowe oferty. Zwłaszcza latem lubię jechać gdzieś z biurem i mieć wszytko „podane pod nos” 🙂 Zobaczymy czy coś się uda. Jeżeli nie to zawsze jest jeszcze wrzesień, październik itd. 🙂

Skomentuj