Z wielkim żalem opuszczałem kolorową krainę jaką jest dolina rzeki Omo. Już nigdzie nie spotkam tak barwnych ludzi, tak innego świata. Świata, który z jednej strony dla nas europejczyków jest przerażający a z drugiej tak bardzo fascynujący. Każdego dnia emocje przeżywane wśród tych ludzi doprowadzały mnie prawie do bólu głowy. Odczuwałem niemal fizyczny brak miejsca w mojej głowie aby pomieścić te wszystkie kolory, zapachy całą tą inność. Angażowałem wszystkie swoje zmysły a mimo to miałem wrażenie, że tak dużo tracę z tego świata, tak wiele nie jestem w stanie zarejestrować. Wypierałem ze swojej głowy wszystko to co pamiętałem ze swojego codziennego życia. Tytuły ostatnio obejrzanych filmów, przeczytanych książek czy informacje z telewizyjnych wiadomości. Tutaj to wszystko było zbędne. Moje zwoje mózgowe potrzebowały więcej wolnej przestrzeni na zapamiętanie tego wszystkiego co działo się teraz wokół mnie. To stało się najważniejsze. Choć to dziwne ale naprawdę miałem wrażenie, że nie jestem w stanie pomieścić, zapamiętać tak wielkiej inności. Było to tak diametralnie inne, tak diametralnie fascynujące, że wydawało się snem, wydawało się nierealne, nieprawdziwe.

Gdy podczas tej podróży znowu za oknem samochodu zmienił się krajobraz czułem jakby to wszystko co zdarzyło się w ubiegłym tygodniu nie było prawdą. To tylko wspomnienia książek, stron internetowych przeczytanych przez wyjazdem. Nawet zdjęcia wyglądają jak fotomontaż. Niesamowita kobieta z plemienia Mursi, piękna dziewczyna z plemienia Arbore czy roześmiane dzieciaki z plemienia Karo i gdzieś nieśmiało ja wciśnięty w kadr. Mam wrażenie, że ktoś dokleił mój portret w tą scenerię, tak bardzo nie pasuję do tego wszystkiego.  To wszystko nie może istnieć ja nigdy nie mogłem tam być. Takie myśli towarzyszyły mi gdy zmierzaliśmy w stronę Konso.

W Konso już byliśmy i znowu jedziemy do tego miasta, to znak, że nasza podróż nieubłaganie dobiega końca a droga zatacza koło. Jednak na szczęście mamy jeszcze kilka dni pobytu w Etiopii a po prostu nie da się pojechać inaczej niż przez Konso. Dalej już prowadzi droga na północ do Addis Abeby. My jednak odbijamy jeszcze nieco na południowy – wschód i zmierzamy niemal do granicy z Kenią. Kolejne miejsca daleko na południu tego fascynującego kraju jeszcze przed nami.

W Konso zatrzymaliśmy się na lunch. Restauracja, prawdopodobnie jedyna, gdzie można zjeść coś przyzwoitego i bezpiecznego, coś co bardziej odpowiada żołądkom turystów jest niestety zamknięta. Nie dojechało zaopatrzenie więc nie ma co ugotować. Nic nie ma do jedzenia więc nie dostaniemy tu obiadu. Taka jest Etiopia. Nie można po prostu pojechać do hurtowni czy na bazar i kupić wszystko co jest potrzebne do prowadzenia knajpy. Czasami zdarza się, że nic nie ma. Co prawda nigdy nie byliśmy głodni ale za frytki chętnie oddał bym co nieco ze swojego wyposażenia J. Niestety tylko pomarzyć. Po drugiej stronie dużego ronda w Konso jest restauracja dla miejscowych. W końcu nie jesteśmy książętami, więc decydujemy, że spokojnie możemy zjeść coś co tam serwują. Oczywiście poza indżerą nic innego nie ma. Jakoś nie bardzo mamy ochotę na ten przysmak etiopski. Za moment okazuje się jednak, że mogą dla nas zrobić spaghetti. Trochę to potrwa ale dadzą radę.  Hurra! Będzie obiad. Zamawiamy napoje i spokojnie czekamy aż przygotują posiłek dla nas.

Popijając ciepłą colę obserwujemy ulicę i miejscowych, którzy wybrali się tutaj na obiad, jak zajadają się tym fantastycznym plackiem. Nasz kierowca również zamawia indżerę. Gdy ją dostaje mam wrażenie, że to raczej przypomina to co my zostawiamy w toalecie niż jedzenie. W smaku też nie jest najlepsze co kierowca potwierdza. Dobrze, że jednak znalazł się makaron. Sama restauracja to raczej obskurna nora. Nasze pojawienie się tam wywołało dosyć duże zamieszanie. Nie często bywają tutaj biali. Nie ma co się dziwić. Wnętrze raczej nie zachęca do jedzenia. Czekając aż „wjadą” nasze kluski siedzimy na zewnątrz i próbujemy przekonać miejscowego młodzika, który próbuje nam sprzedać jakieś badziewie za gigantyczne pieniądze, że nie jesteśmy bankomatami. Dosyć trudno przychodzi mu zrozumieć, że nie stać nas na wydawanie pieniędzy na prawo i lewo. Nasze próby przekonania go, że ciężko pracujemy aby tutaj przyjechać kończą się gdy z jego ust słyszymy, że może i bankiem nie jesteśmy ale za to turystami a to przecież to samo. No tak, nie ma sensu dalej brnąć w ten temat. Choć pewnie sporo w tym racji, że pieniądze które my wydajemy aby pojechać na wakacje dla miejscowych są nieosiągalne. Nie ma co się dziwić.

Rozglądamy się dookoła w poszukiwaniu toalety. Znacznie łatwiej zadbać o swoje potrzeby fizjologiczne gdy jest się w drodze. Po prostu zatrzymujemy się gdzieś przy krzakach, każdy robi co musi i jedziemy dalej. Sprawa nieco się komplikuje gdy jest się w mieście, nawet takim jak Konso. Przecież nie pójdę za róg pod drzewo. Po pierwsze nie robię tego na co dzień ale przede wszystkim tutaj każdy krok białego obserwuje co najmniej kilka par miejscowych oczu, więc trochę tak głupio. Okazuje się, że restauracja posiada swoją toaletę. Jednak od razu słyszymy, że to raczej standard lokalny. Co to znaczy? No cóż, w Etiopii wszystkiego można się spodziewać. Może to być dziura w ziemi albo całkiem normalny kibelek (choć to drugie jest raczej mało prawdopodobne).

Wysyłamy osobę najbardziej potrzebującą na zwiady. Poczekamy aż wróci i zda relację czy aby toaleta nie jest zbyt lokalna J. Nasz „tester” wrócił w jeszcze szybszym tempie niż biegł do owego przybytku. Czerwona twarz, łzy w oczach i torsje szarpiące całym ciałem powiedziały nam wszystko. Nie damy rady – zbyt lokalnie! Śmiechu było mnóstwo ale problem pozostał nie do rozwiązania. Trzeba trzymać do momentu wyjazdu gdzieś na drogę. Z ciekawości oczywiście co odważniejsi musieli przekonać się na własnej skórze jak to wygląda. Oczywiście ja też koniecznie chciałem to zobaczyć. Daruję wszystkim czytelnikom szczegółowego opisu tej toalety, bo szkoda waszych klawiatur gdyby coś wam się wyrwało z żołądka podczas czytania. W każdym bądź razie ja nie zdołałem nawet tam podejść. Dla bardzo ciekawych napisze tylko tyle. Wyobraźcie sobie małe pomieszczenie z betonową podłogą na której znajduje się wszystko to co ludzie wydalają (i to tak leży) a do tego ponad 30 stopniowy upał.  Mam zdjęcie tego przybytku ale darujcie nie zamieszczę tego tutaj w obawie przed utratą przez Was apetytów na najbliższe kilka dni.

W tak gładki sposób zmieniam temat z toalety na restaurację, bo oto podano nasze spaghetti. Sterta klusek polana jakimś niezidentyfikowanym sosem, oto nasz obiad. Wygląda tak jak wszystko dookoła tutaj – koszmarnie. Jednak pchani jakimś zbiorowym oszołomieniem zabieramy się do jedzenia, choć właściwie nie da się tego jeść. Smak dziwny, kluski niby gotowane a zimne, sos niby pomidorowy a jakiś nieznany. Po dwóch kęsach postanowiłem tego nie jeść. Znowu z pewnym zażenowaniem oddaję niemal całą porcję jedzenia w kraju gdzie sporo ludzi ciągle cierpi głód. Znowu marudzę, ze nie dobre, że nie takie, że nie jestem głodny. Pozostali zjadają swoje „pyszne” kluski z większym lub mniejszym apetytem, ale nikt nie jest zachwycony. Cóż, jeść trzeba. No właśnie w tym jedynym, jedynym przypadku właśnie trzeba było nie jeść!

Niespodzianka nadchodzi. Już po kilku godzinach tego samego dnia okazało się, że część naszej grupy cierpi na „zaskakujące i poważne” schorzenie, które potocznie nazywamy … rozwolnieniem. Przez ponad tydzień udało nam się nie cierpieć na jakiekolwiek sensacje żołądkowe i właśnie w Konso nasza dobra passa się skończyła. Nasza podróż do hotelu będzie dzisiaj trwała dłużej, bo niestety co chwilę któryś z samochodów musi się zatrzymać. Szybko wyskakuje z niego kilka osób i jeszcze szybciej biegnie w stronę najbliższych krzaków gdzie znikają na chwilę aby po paru minutach pojawić się z powrotem podciągając spodnie. Mam tylko nadzieję, że skoro zjadłem tak niewiele to mnie to nie do padnie. Nie czuję żadnych oznak „rewolucji” żołądkowych. Przynajmniej jak na razie. Nie możemy zrozumieć co nas pokusiło, aby jeść w tej restauracji. Już od wejścia było widać, że coś takiego jak minimalne standardy higieniczne, to tutaj temat tak samo obcy jak loty w kosmos. Czekając na posiłek nawet żartowaliśmy, kto będzie tak odważny i pójdzie zajrzeć do kuchni. Nikt nie chciał, bo było wiadomo, że to co tam zobaczymy może nasz przyprawić o brak apetytu na najbliższe tygodnie. Jednak nie znalazł się nikt mądry, kto zaproponowałby żebyśmy zrezygnowali z tego obiadu. Przecież nie umieraliśmy z głodu. Spokojnie mogliśmy jeszcze kilka godzin nie jeść, lub kupić tylko jakieś owoce. Nie, my jak te barany, dają jedzenie to jemy. Teraz pozostało tylko rzucać retoryczne pytanie „po co my tam jedliśmy” na przemian z „kto ma jeszcze papier toaletowy”?

Pamiętajcie o tym, że w takich podróżach najcenniejszy jest papier toaletowy w kieszeni plecaka czy spodni, zawsze trzeba go mieć przy sobie. Tym bardziej, że przecież mieliśmy jeszcze kilka godzin jazdy przed sobą. Zatrucie okazało się na tyle poważne, że niektórzy z nas męczyli się jeszcze przez następne dwa tygodnie a pomogły dopiero antybiotyki w Polsce. Ja na szczęście dzielnie się trzymałem do samego wieczora i byłem dumny ze swojej mądrości, że zostawiłem te kluski w spokoju. Nic mnie nie ruszyło. Szczęście, rozum to jedno a nasze organizmy to drugie. Wieczorem już w hotelu (na szczęście) moje jelita odmówiły współpracy. Jednak darujcie, opisu szczegółów nie będzie…

Skomentuj