Nie pamiętam już kiedy tak się wyspałem jak tej pierwszej nocy w Yabello. Czysta, biała pościel, ciepła woda w łazience i wreszcie wygodne łóżko. Wystarczyła jedna noc aby zregenerować siły. To chyba bardziej świadomość dobrych warunków w hotelu dodała mi sił niż rzeczywisty odpoczynek. Niezależnie od tego siły są potrzebne bo dzisiaj wstajemy gdy jeszcze jest ciemno. Jest godzina 5.30 rano! Dla mnie to męki koszmarne, bo zaliczam się do śpiochów. Jednak potulnie wstaję codziennie rano bo wiem, że czeka nas kolejny ekscytujący dzień. Wyśpię się w domu. Na zewnątrz jest dosyć zimno więc ubieramy się w długie rękawy i jemy śniadanie. Nie wszyscy są w stanie zjeść coś pożywnego ale mamy świadomość, że przed nami ciężki dzień więc niemal na siłę wpychamy w siebie omlety i chleb z dżemem.

Opuszczamy hotel jeszcze przed 7 rano. Przed nami 100 kilometrów jazdy do Chew Beth – małego kraterowego słonego jeziora. Dosyć dobrą żwirową drogą dojeżdżamy do niewielkiej wioski położonej właśnie na krawędzi urwiska gdzie w dole znajduje się jezioro. Poranne słońce odbijające się w wysokich skałach tworzy niezwykły spektakl. Stajemy na krawędzi i widzimy na dole, setki metrów niżej małe niemal czarne oczko słonej wody. Z tej wysokości jeziorko wydaje się malutkie a droga prowadząca do niego nie taka straszna. Owszem ścieżka prowadząca w dół wije się stromo pomiędzy skałami ale dochodzimy do wniosku, że pokonanie tych 200 metrów nie jest zbyt trudne i nie powinno być męczące. Schodzimy w dół.

Jezioro zwane jest przez osoby posługujące się językiem amharskim Czeu Bet („dom soli”), natomiast w języku Oromo nazwa akwenu brzmi Ili Sod. Atramentowy zbiorniki tam gdzieś w dole wywiera spore wrażenie. Urzeka urodą i budzi ciekawość. Jednocześnie trochę przerażają nagie, spalone słońcem wysokie zbocza wulkanu powoduje, że czuje się pewien respekt. Widok z krawędzi wysokich skał zapiera dech w piersiach. Jak się później okazało nie tylko sam widok :). Na szczęście nie jest jeszcze zbyt gorąco, więc schodzi się całkiem dobrze.

Oczywiście od samego początku towarzyszą nam miejscowi a zwłaszcza dzieciaki, które zwietrzyły szansę zarobku i w wiaderkach z wodą niosą zimne butelkowane napoje. W miarę marszu w dół robi się coraz goręcej a nasza wycieczka rozciąga się na ścieżce niczym wstążka. Każdy idzie własnym tempem. Trzeba uważać na kamienie, wystające korzenie bo łatwo tutaj się potknąć a spadać jest gdzie. Podziwiam piękne formacje skalne uważając jednocześnie na osiołki, które od czasu do czasu zagradzają niemal całą i tak wąską ścieżkę. Osiołki służą przede wszystkim do transportowania pod górę wydobytej soli. Tym razem jednak stoją „bezrobotne” i przyglądają nam się z zupełną obojętnością wcale nie ustępując pierwszeństwa.

Towarzyszące nam dzieciaki opowiadają przez całą drogę o sobie. Kilkoro z nich zupełnie poprawnie posługuje się podstawowym angielskim, więc można z nimi pogadać umilając sobie w ten sposób drogę w dół. My  z kolei podziwiamy jak oni mogą zupełnie boso pokonywać tą drogę nie kalecząc sobie przy tym stóp, bo my to najchętniej założylibyśmy buty trekingowe. Całe szczęście, że nikt z nas nie wybrał się w klapkach J!  Po około 30 minutach zeszliśmy na sam dół. Z tej perspektywy jezioro już nie wydawało się takie malutkie.

Sól z tego jeziora wydobywa się w systemie 15 dni pracy i 15 dni przerwy, tak aby utrzymać jej stężenie na stałym poziomie. Jednak wydobycie tego „białego złota”, jak kiedyś określano sól, nie jest tu proste. Uzbrojeni w długie tyczki mężczyźni wchodzą do czarnej wody. Tam na głębokości około półtorej metra wbijają te kije w muliste dno jakby chcieli je spulchnić. Po kilku energicznych uderzeniach nurkują pod wodę i rękoma wybierają czarne błoto bogate w sól. Na samą myśl, że miałbym się wykąpać w tym jeziorze przechodzą po moim ciele ciarki a co dopiero nurkować.

Widać, że nie jest to łatwa praca. Wydobyte z dna błoto zawiera wiele kryształków soli. Błoto suszy się na słońcu i podczas tego procesu wyraźnie widać jak w słońcu błyszcze się sól. Pozyskiwana w ten sposób sól trafia na okoliczne rynki ale jest również sprzedawana w pobliskiej Kenii. Tak wydobyte błoto pakuje się do worków i albo na własnych plecach albo na grzbietach osiołków transportuje się do góry. My mimo, że bez dodatkowego obciążenia, nieco obawiamy się drogi powrotnej.

Słońce jest już wysoko i robi się dosyć gorąco a przed nami wspinaczka tą samą drogą ale pod górę. Dobrze, że mamy ze sobą zapas wody. Zresztą dzieciaki nadal oferują napoje, które tutaj przyniosły. No cóż, trzeba zebrać siły i ruszyć do góry. O ile zejście nie należało do zbyt męczących to teraz było diametralnie inaczej. Zrobiło się gorąco i wspinaczka stała się dosyć ciężka. Po kilku minutach intensywnego marszu każdy z nas dostał niezłej zadyszki. Miało się wrażenie, że słońce spali nasze głowy i wypocimy z siebie wszytki płyny, które nasz organizm zdążył zgromadzić. Niemal za każdym zakrętem miałem wrażenie, że to już koniec ale jednak okazywało się, że jeszcze został kawałek do pokonania. Kolejny zakręt i kolejny a za nim kolejny i końca nie widać.

Miejscowe dzieciaki próbują nam dodać otuchy albo krzycząc, że już blisko, albo odliczając ile zakrętów jeszcze do końca. Pocieszają, że jeszcze tylko osiem, siedem, sześć…. Gdy co chwilę przysiadamy szukając cienia, aby chwilę odsapnąć dzieci albo wachlują nas swoimi rękoma, albo śmiejąc się mówią, że już prawie koniec i dobrze nam idzie. Mają przy tym niezły ubaw. Widzimy, że same też są spocone jednak z nas pot leje się strumieniami. Właściwie niemal nic nie widzę bo pot zalewa mi oczy, a może to woda, która wylewam sobie na głowę. Sam już nie wiem. Na dodatek jeszcze te osiołki tarasują drogę. Choć osiołki służą również do transportu niedających rady na podejściu turystów (700 birrów kosztuje wjazd na osiołku – ponad 100 zł.) my dziarsko nie korzystamy z tego rodzaju transportu i dzielnie wspinamy się o własnych siłach, choć zdecydowanie mamy ich już bardzo mało.

Wreszcie po ponad godzinnej wspinaczce z twarzą czerwoną niczym burak docieram do celu. Niemal wczołguję się na skraj urwiska skąd jeszcze kilka godzin temu podziwiałem piękno okolicy. Teraz wydaje mi się to miejsce niemal przeklęte. Na dodatek w między czasie miejscowi rozstawili stragan i usiłują nam jeszcze coś sprzedać. Nie mam siły na nic a tym bardziej na kupowanie czy targowanie się. Z grzeczności zerkam tylko okiem i szybko uciekam w cień pobliskiego drzewa. Gdy wlałem już w siebie kolejny litr wody i mój oddech nieco się uspokoił zorientowałem się, z właśnie jest południe. Pora gdy właściwie w Afryce życie niemal zamiera z powodu upału a ja tymczasem musiałem pokonać kilkaset metrów wspinaczki. Padałem ze zmęczenia ale było warto!

A morning in Chew Beth from P9 paolo novelli on Vimeo.

2 komentarzy do “Dom soli”

  1. Ahhh jak sie stesknilam za Twoimi opowiesciami z magicznej Afryki,dopiero dzisiaj mialam czas,zeby na spokojnie nadrobic zaleglosc.

    Zastanawialam sie co jeszcze ciekawego moze Cie spotkac,a tu prosze wielka rewolucja….:)

    Dziewczynka przepiekna..:-0

    Pozdrawiam i czekam na wiecej

  2. Moniko, jeszcze troszkę przed nami 🙂 Więc zaglądaj!

Skomentuj