Następnego dnia rano budzę się z lekkim bólem głowy. No tak, tak właśnie zazwyczaj kończą się „proszone” kolacje. Ale od początku. Nasz etiopski przewodnik Golden, który z ramienia biura opiekował się nami przez całą trasę zorganizował nam wczoraj imprezową kolację. Chociaż w Buska Lodge jedzenia nie brakowało, to jako niespodzianka dla nas, wieczorem czekał na nas grill. Z ochotą przystaliśmy na taką propozycję, bo zawsze to kolejna możliwość poznania i zobaczenia czegoś innego, nowego.

Wieczorem wsiedliśmy w nasze samochody i ruszyliśmy gdzieś przed siebie. Było już zupełnie ciemno, ale w tych rejonach świata ciemno robi się już o godzinie 18.00. Zabawne jest to, że w ciągu zaledwie dziesięciu minut dzień przechodzi w noc. Jesteśmy przyzwyczajeni, że u nas jest przecież jeszcze wieczór, tutaj w Afryce jest jasno i zaraz jest ciemno. Podobnie jest zresztą rano. Noc momentalnie przechodzi w dzień. Więc jeżeli ktoś ma ochotę obserwować romantyczny wschód słońca nie może zaspać :).

Przygotowana dla nas kolacja miała się odbyć pod „gołym”,  romantycznym, afrykańskim niebem. Jednak nie była to żadna polana a po prostu podwórko na zapleczu restauracji. Plastikowe stoliki i krzesła (każde inne) skromnie i byle jak. Jednak nie miało to żadnego znaczenia, bo przecież to kolejna przygoda no i przecież Etiopia. Na miejscu czekało na nas kilku miejscowych chłopców, którzy wszystko przygotowywali. Tym razem mogliśmy zjeść kolację razem z naszymi kierowcami. Do tej pory, choć już byliśmy z nimi bardzo zżyci, kierowcy zawsze odwozili nas do naszych hoteli i jechali do swojego miejsca odpoczynku. Niestety ze względów oszczędnościowych biuro nie kupowało kierowcom noclegu w tym samym miejscu gdzie my spaliśmy. Dla nich to zbyt drogie miejsca!

Sypiali w jakiś okropnych warunkach, bo często nasz kierowca, gdy pytaliśmy jak minęła mu noc, narzekał, że było brudno, nie miał gdzie się umyć no i na dodatek jedzenia raczej też nie było. Zdarzało się, że pierwszym posiłkiem był dla niego dopiero lunch. Tym bardziej mieliśmy dla niego szacunek, bo zawsze był czysty i uśmiechnięty, choć często zmęczony. Tym razem mogliśmy całą naszą grupą rozsiąść się przy kolacji. Razem z nami zabrała się Lexi amerykanka, która samotnie podróżowała po Afryce. Zostawiła Nowy Jork i ruszyła przed siebie na podróż po Afryce wschodniej. Zapowiadała się wesoła noc!

Grill tak naprawdę okazał się ogniskiem, nad którym pieczono dla nas kozy. Tutaj mała różnica, my pieczemy mięso bezpośrednio nad ogniem, tutaj mięso powbijane jest na kije i ustawione obok ogniska. Atmosfera szybko zrobiła się  bardzo luźna i wesoła. Choć może na samym początku nieco inaczej sobie wyobrażaliśmy tą kolację. Znowu gdzieś we mnie odezwał się „cywilizowany” świat. Szybko jednak „pogoniłem” wizje europejskiego pikniku i znacznie bardziej odpowiadała mi atmosfera tego afrykańskiego, nieco prowizorycznego.

Po kilku minutach na stole pojawia się piwo, ryż, kapusta i pieczona kozina. Oczywiście musimy zjeść fury tego mięsa. Należy docenić starania się miejscowych, bo takie ilości mięsa w Etiopii, kraju gdzie wielu ludzi nie ma co jeść, to naprawdę oznaka wielkiej gościnność z ich strony. Jesteśmy głodni a mięso wygląda naprawdę bardzo apetycznie. Jednak znowu odzywa się we mnie rozsądek białego człowieka. Siedzi mi ten rozsądek na ramieniu niczym diabełek. Przeszkadza w smakowaniu świata ciągle ostrzegając i podpowiadając na co można sobie pozwolić a na co nie. Nie mogę się go pozbyć i krzyknąć: ahoj przygodo, piekła nie ma! Tyle się traci a może jednak nie…?

Mięso było pół surowe. Choć z zewnątrz pięknie przyrumienione to w środku różowe i surowe. Nie ma tutaj weterynarzy, nikt nie bada mięsa czy nie ma w nich żadnych pasożytów. Kozy dzisiaj się gdzieś pasły teraz są na naszych talerzach. Gdyby mięso było upieczone to byłaby szansa, że potencjalne pasożyty już by nie żyły, w tym jednak wypadku mogłoby być inaczej. Jednak odmówić byłoby niegrzecznie. Widząc jak bardzo się starają abyśmy byli zadowoleni, aby nam się podobało. Nie mam sumienia powiedzieć, że nie będę tego jadał. Przez cały ten wyjazd bardzo mi zależało, aby nie pokazywać dystansu jaki dzieli nas europejczyków od tych ludzi, mieszkających tutaj. Choć pochodzimy z innych kultur, niczym z innych planet, to przecież jesteśmy takimi samymi ludźmi. Tak samo czujemy, jedynie mieliśmy szczęście (a może nie?) urodzić się w innej części naszego globu.

Jednak obawa o moje zdrowie nie pozwala mi jeść surowego mięsa. Rozsądek mimo wszystko bieże górę. Bierzemy po kawałku na nasze talerze i udajemy, że jemy poczym dyskretnie mięso „wędruje” w ciemną noc. Na szczęście jest ryż i kapusta. Zajadamy się więc z uśmiechem wegetariańską opcją i chwalimy naszych gospodarzy za wyborną ucztę. Wielka góra mięsa na szczęście przypadka do gustu naszym kierowcom a i szybko okazało się, że chętnych do posiłku jest znacznie więcej. Przysiadają się chłopcy, którzy piekli kozy, ich znajomi i nie wiadomo kto jeszcze. Na stolikach pojawiają się kolejne butelki piwa i coraz więcej miejscowych ludzi.

Atmosfera była naprawdę rewelacyjna. Było bardzo swojsko, integracyjnie. Na opowieściach o życiu, podróżach, przeplatanych toastami za wszystko i za wszystkich czas leciał jak szalony. Wypiliśmy chyba całe piwo z pobliskiej knajpy i na stole pojawił się mocniejszy alkohol. Impreza rozkręciła się jeszcze bardziej :). Pod tym czarnym niebem, gdzieś na byle jakim podwórku poczułem, że ludzie niezależnie od tego skąd pochodzą jakim życiem żyją na co dzień są dokładnie tacy sami. Nie ma to znaczenia czy jesteś amerykanką z Nowego Jorku, chłopakiem z Etiopskiego plemienia Hamer czy turystą z Polski wszyscy możemy się śmiać, dziwić z tych samych rzeczy. Każdy z nas ma marzenia i obawy, każdy ma wzloty i upadki. Przeżywanie takich właśnie chwil daje najwięcej, zapada w pamięć. Właśnie dla takich chwil warto podróżować. To także jedna z zalet podróżowania bez dużego biura podróży, które nie jest w stanie dostarczyć takich spotkań. Gdyby jeszcze nie ten ból głowy rano! Ciekawe czy także kaca wszyscy mieliśmy takiego samego :)?

 

3 komentarzy do “Piknik pod wiszącym niebem”

  1. i to sa te wspaniale chwile,o ktorych sie pamieta do konca zycia!

  2. oj tak Moniko i warto podróżować 🙂

  3. Ja nie wyorazam sobie zycia bez podrozy,Ja podrozami zyje praktycznie caly rok.Planuje,czytam,ogladam….mozna powiedziec,ze stalo sie to moim zyciowym hobby,moja heroina;)

Skomentuj