Drugi dzień pobytu w Dżince okazał się dla nas już łaskawszy. W hotelu pojawiła się woda (nie ważne, że tylko zimna) i prąd. Mogłem z siebie zmyć kurz afrykańskich dróg (no nie do końca bo jakoś nie mogę się przekonać do zimnego prysznica nawet w Afryce) i naładować baterie w aparacie, wiec pozbyłem się stresu, że moja „maszynka” odmówi współpracy w najmniej oczekiwanym momencie.

Po tym jak nie udało nam się zmieścić w programie wizyty w wiosce plemienia Dorze nasz etiopski przewodnik Golden obiecał wynagrodzić nam to dodatkową wizytą w wiosce Ari. Mieliśmy już okazję spotkać się z tymi ludźmi podczas wizyty na targu w Key Afer. Jednak tamto spotkanie było jakby bezwiedne, bo Ari nie są tak kolorowi jak inni przedstawiciele okolicznych plemion i właściwie nie zwracałem na nich uwagi w tym całym ferworze pierwszego spotkania z tak niesamowitą odmiennością. Dzisiaj mieliśmy pojechać do jednej z ich wiosek. Był to jak już wspomniałem prezent od naszego etiopskiego biura. Okazało się, że słowa dotrzymali, więc zaraz po obiedzie wyruszamy do pobliskiej osady, aby poznać nieco lepiej ludzi z plemienia Ari.

Według spisu powszechnego, który przeprowadzono w 2007 roku populacja Ari wynosi 290 453 osób z czego w miastach mieszka tylko lekko ponad 15 tysięcy osób. Reszta to mieszkańcy wsi. Dwadzieścia lat temu szacowano populacje tego ludu na 100 tysięcy osób. Widać jak szybko rośnie populacja tego plemienia. Ari mieszkający w górach i na nizinach. Utrzymują się z różnych zajęć ale wszyscy są rolnikami uprawiającymi różne zboża oraz na wyżej położonych terenach kawę, hodują zwierzęta i wytwarzają bardzo dobry miód. W miastach większość Ari nie noszą już swoich tradycyjnych stroi, jedynie z okazji świat i innych dużych uroczystości w wiosce kobiety zakładają tradycyjny strój.

Jadąc do wsi miałem nadzieję, że zobaczymy kobiety właśnie ubrane w tradycyjne gori – suknie z liści „fałszywego banana”. Jednak okazało się, że już wszyscy również tutaj porzucili tradycyjny ubiór na rzecz chińskiej bawełny. Nie ma już śladu po spódnicach gori. Sama wieś położna na zboczach góry okazała się dużą, dobrze zorganizowaną osadą, nawet z własnym targiem. Oczywiście nasz przyjazd wywołał jak zwykle zresztą, małą sensację zwłaszcza w śród dzieci. Gdy tylko wysiedliśmy z naszych aut od razu zostaliśmy otoczeni ciekawskimi dzieciakami. W Afryce odnosi się wrażenie, że dzieci znajdą się nawet na totalnym pustkowiu, czego zresztą doświadczaliśmy wielokrotnie. Dziecięca ciekawość jest tak duża, że potrafią nawet zostawić kanister z wodą, który dźwigają przez kilka kilometrów gdy tylko widzą turystów. Woda się wylewa a dzieci biegną do nas, choć przecież i tak będą musiały wrócić się i nabrać wodę jeszcze raz i znowu ją dźwigać.

Otoczeni wesołymi dziećmi, wąską ścieżką podchodzimy w górę do wioski. Choć nie ma tutaj oczywiście żadnych oznak współczesności to jednak wioska sprawia bardzo dobre wrażenie. Panuje tutaj porządek jest czysto a ludzie zajmują się swoimi codziennymi sprawami. Po raz pierwszy w Etiopii ludzie witają nas uśmiechami, pozdrawiają i chętnie podchodzą aby się z nami przywitać i opowiedzieć o sobie i swoim życiu. Nie ma tutaj żadnego ciągnięcia za rękawy, proszenia o zdjęcia i okrzyków you, you. Jest naprawdę miło i sympatycznie. Możemy swobodnie chodzić gdzie chcemy i oglądać wszystko co nas ciekawi. Towarzyszy nam młody przewodnik, który również jest Ari i mówi po angielsku.

Zatrzymaliśmy się przy jednym z domów, który właśnie jest w budowie. Na razie to tylko drewniany szkielet, który zamieni się w dom. Możemy wypytać o szczegóły a miejscowy przewodnik chętnie odpowiada na nasze pytania. Taki drewniany szkielet obkładany jest później gliną, która wysychając na słońcu tworzy mocne ściany. Jednak tutaj mała niespodzianka. Ari dekorują swoje domy z zewnątrz pięknymi malowidłami. To niecodzienne w tych okolicach, gdyż większość mieszkających w tym rejonie plemion nie wykształciła żadnej sztuki. U Ari jest inaczej. Na ścianach domów, które są barwy kawy z mlekiem widać namalowane różne wzory. Te malunki tworzą jedynie kobiety i to tylko takie, które maja ku temu zdolności. Takie malowidła ścienne nazywane są w miejscowym języku bartsi co możemy przetłumaczyć jako „dające piękno”. Rzeczywiście po wizerunkach niemal zwykłych szałasów „murowane” domy i jeszcze pięknie ozdobione robią wrażenie i od razu rzucają się w oczy. Choć jak przekonam się później akurat w tej wiosce pomalowanych domów jest bardzo niewiele. Wydaje się, że i ta tradycja zanika.

Każda z kobiet, która zajmuje się dekoracją domów ma własny, niepowtarzalny styl. Nie tylko ma własne wzory ale używa innych niż pozostałe materiałów, barwników, kolorów czy narzędzi. Każdy wzór czy motyw ma swoje znaczenie. Najczęściej do malowania kobiety używają po prostu swoich palców, piór ptaków czy kijków. Różne kolory „farby” uzyskuje się poprzez domieszki węgla drzewnego, czerwonej glinki, krowiego nawozu i tylko sobie znanych składników. Wszystko jest oczywiście naturalne i pochodzi wprost „zza płotu”.  Możemy również zerknąć do środka chat, gdzie jest bardzo skromnie ale czysto i widać, że dba się tutaj o porządek. Wreszcie miałem możliwość przysiąść na progu małej chaty i obserwować zwykłe życie mieszkańców południa Etiopii. Bez krzyków, wołania o zdjęcia, wołania o pieniądze itd. Wreszcie spokój.

Kobiety Ari słyną również z wyrobu glinianych naczyń. Ponoć są mistrzyniami w wyrobie miejscowej ceramiki. Obserwowaliśmy jak starsza kobieta z czerwonej gliny w ciągu zaledwie kilku minut ulepiła mały dzbanek. Naprawdę był ładny i starannie wykonany. Wiele takich naczyń większych i mniejszych stało rozstawionych dookoła lub były „wypiekane” w specjalnych ogniskach. Ari sprzedają wytworzone przez siebie naczynia na pobliskim targu i zapewne mają duży zbyt, bo naczynia choć proste to są bardzo ładne.

Jednak Ari to przede wszystkim lud rolniczy. Ciężko pracują na swoich poletkach gdzie uprawiają przede wszystkim kukurydzę ale także pszenicę, jęczmień, kawę, kardamon i kilka innych roślin okopowych. Oczywiście mają również zwierzęta, choć są to zazwyczaj małe stadka kóz czy kilka krów. W wsi spotykamy również psy. Niestety wyglądają bardziej na bezdomne bo były strasznie chude i zaniedbane, więc raczej Ari nie traktują psów jako maskotek domowych. Zresztą psy nie przepadają za białymi, bo warczały i szczekały na nas bardzo:).

Mieliśmy okazję również przyjrzeć się a także spróbować, produkcji miejscowego alkoholu. W specjalnej chacie nad strasznie dymiącym ogniskiem rozstawiona była cała „maszyneria” gdzie jedna z kobiet przerabiała zacier kukurydziany na alkohol. Niestety nie miałem odwagi, go spróbować bo jak zwykle sam zapach mnie odstraszył. Szczerze mówiąc strasznie współczułem tej kobiecie. W chacie nie dało się praktycznie oddychać od dymu. Często w Afryce spotyka się ludzi o zaczerwienionych oczach czy wręcz z takim mętnym wzrokiem. Bardzo często choroby oczu są wynikiem właśnie działania dymy, bo paleniska są wewnątrz chat a dym nie bardzo ma gdzie uchodzić. Dlatego też wchodząc do takiej chaty czuje się mocny zapach jakby wędzarni a ściany są okopcone.

Cała wizyta była niezwykle przyjacielska i spokojna. Tak bardzo się to różniło od naszych dotychczasowych doświadczeń. Nawet dzieciaki, których z minuty na minutę było coraz więcej były jakieś inne. Te najmłodsze na nasz widok uciekały do chat wstydząc się a może bojąc się nas a niektóre reagowały płaczem i chowały się za mamine spódnice. Te starsze za to znakomicie nawiązywały kontakt. Coś tam opowiadały, śmiały się popisywały jakimś sztuczkami były po prostu radosnymi dziećmi. Mimo tego, że często nagie i jak to zwykle bywa umorusane straszliwie i obdarte potrafiły zrywać z drzewa mango i nas nimi częstować. Dawały nam mango bo to jedyne czym mogły się z nami podzielić. Było to bardzo fajne, bo takie normalne. Dotychczas to raczej tylko my dawaliśmy a nigdy niczego nikt nam nie dał tak bezinteresownie.

Z wizyty w wiosce Ari byłem strasznie zadowolony. Choć nie udało mi się zrozumieć reguł bardzo popularnej w całej Afryce gry bala, mimo tego, że chłopcy, którzy w nią grali bardzo się starali wytłumaczyć mi o co w niej chodzi. Zabawę miałem przednią a oni chyba jeszcze większą, że biały jest taki głupi :).  Doświadczyłem tam zwykłego ludzkiego zainteresowania czegoś takiego czego strasznie brakowało mi w tym kraju. Dotychczas nigdzie ludzie nie okazali się tacy mili, otwarci i w pewnym sensie bezinteresowni (choć oczywiście za wstęp do wioski zapewne nasz przewodnik zapłacił). Wreszcie też ja miałem okazję poczuć się jak człowiek. Było fajnie. Tak mógłbym zakończyć ten wpis – było fajnie!

Jednak to właśnie w tej małej, zagubionej gdzieś na południu Etiopii wiosce wydarzyło się coś co, zmieniło mnie (i nie tylko mnie) na całą resztę podróży po tym kraju. Coś co zapadło tak głęboko w mojej głowie, że do dzisiaj na samo wspomnienie tego wydarzenia mam łzy w oczach. To ciągle jest we mnie żywe. Mimo, że minęło sporo czasu od wizyty w tym miejscu bardzo często wraca do mnie pewien zastany tam obraz. Zniknął z mojej świadomości, pewnie już na zawsze, mit romantycznej Afryki, który tak pielęgnowałem niemal od dzieciństwa. Przepadł, umarł i nigdy nie wróci… a wszystko to zawdzięczam małej dziewczynce o imieniu Kidżi.

Skomentuj