Jadąc do wioski Hamerów dowiadujemy się po drodze od naszego przewodnika, że mamy duże szczęście, bo akurat dzisiaj odbywa się wielkie święto Hamerów. Będziemy mogli uczestniczyć w ceremonii podczas, której młodzi chłopcy stają się mężczyznami. Oczywiście jeszcze przed wyjazdem do Etiopii dużo czytałem na ten temat i miałem nadzieję, że uda nam się być dokładnie w tym dniu gdy takie święto będzie się odbywało akurat w tym rejonie. Niestety ustalając program nikt nie był w stanie nas zapewnić, że to się uda. Tymczasem okazuje się, że jednak jesteśmy szczęściarzami! Ceremonie te odbywają się jedynie w miesiącach styczeń – marzec, gdy po porze deszczowej mężczyźni i kobiety są silni i dobrze odżywieni.

Oczywiście „przeleciało” mi przez głowę, że może być to specjalnie dla turystów zorganizowany pokaz. Coraz częściej słyszy się o takich praktykach i wiele się naczytałem o tym, jak zjeżdżają się turyści a Hamerowie odgrywają przedstawienie. Nie mam pewności jak będzie tym razem ale nie mam również na to żadnego wpływu więc będzie co będzie. Z wielkim zaciekawieniem i lekkim strachem czy nie będzie to jedno wielkie rozczarowanie zbliżamy się do wioski. Nawet gdyby miało się okazać to tylko reżyserowanym spektaklem to i tak chciałbym to zobaczyć, aczkolwiek mieć szczęście i zobaczyć te sławne i prawdziwe obrzędy tego plemienia byłoby wspaniale.

Już z oddali słychać jakieś trąbki, dzwonki, śpiewy i hałas to niewątpliwie znak, że coś się dzieje. O tyle dobrze się zapowiada, że nie będzie tak jak ktoś opisywał, że musiał czekać kilka godzin, aż zjadą się wszyscy turyści z okolicy do wioski aby ceremonia się rozpoczęła. Schodzimy ze skarpy wprost do ogromnego koryta wyschniętej rzeki. Widok piękny, niczym z Parku Jurajskiego, tylko ten straszliwy upał! Na drugim „brzegu” pod drzewem zebrała się dosyć sporo grupa Hamerów. Najwidoczniej wszystko już się zaczęło. Ustalamy jeszcze cenę za możliwość wstępu do wioski. Nasz Hamerski „opiekun” żąda 250 birów (czyli jakieś 40 złotych) od osoby. Tradycyjnie próbujemy „zbić” nieco cenę dla zasady, jednak nie ma o tym mowy. Hamer pozostaje nieugięty i jak to zwykle tutaj, wcale mu nie zależy czy zostaniemy czy nie. Oczywiście płacimy. Na szczęście okazuje się, że dzięki tak wysokiej cenie (proszę pamiętać, że w Etiopii to dużo pieniędzy) nie musimy już płacić za żadne zdjęcia. Wolno nam fotografować bez dodatkowych kosztów.

Szczerze mówiąc na samym początku towarzyszył mi lęk. Mimo już jakiś doświadczeń w kontaktach z ludźmi zamieszkującymi te tereny, to co zobaczyłem tutaj plus wszystkie te trąbki dzwonki i tańczący ludzie z karabinami w rękach spowodowały przyspieszone bicie serca. Ach ta Etiopia, nigdy nie może być tak jak człowiek założył, że będzie. Zawsze jest inaczej i zawsze emocje tak ogromne, że nawet nie przypuszczałem, że tyle ich posiadam. Staję z boku i obserwuję. Wiem już, że muszę się przyzwyczaić i włączyć w głowie guziczek „spokój nic złego się nie dzieje”. Jednak ten tłum ludzi robi wrażenie. Trochę się czuję tutaj nie na miejscu. Zupełnie nie pasuję do otoczenia. Mam wrażenie, że świecę jak żarówka i wszyscy dokoła widzą, że jestem zagubiony. Naprawdę, uwierzcie mi, że człowiek przy bezpośrednim spotkaniu z czymś takim nie bardzo potrafi się odnaleźć. Jest to tak diametralnie inne od tego co znamy, co jest w naszej świadomości, że na początku nie mogłem się odnaleźć. Nie wiedziałem czy mam trzymać się zupełnie z boku czy może wręcz odwrotnie wmieszać się w ten tłum. Cokolwiek bym zrobił i tak to nie moja „bajka”.

Tym razem pomaga mi trochę aparat. Czuję się lepiej gdy „chowam” się za tą puszką niczym za zasłoną. Jakoś trudno mi nawiązać nawet kontakt wzrokowy z tymi ludźmi. Patrząc przez wizjer aparatu i szukając ciekawego ujęcia czuję się jakby usprawiedliwiony dlaczego tu jestem. Nie wiem może to już kwestia przyzwyczajenia, że aparat mimo wszystko usprawiedliwia naszą obecność tutaj. Ludzie tutaj mieszkający wiedzą, że biały i aparat to jedno i to samo, więc poniekąd mi też daje to poczucie spokoju. Tak czy owak, ta czarna „puszka” na początku spełniała dla mnie rolę ochronną. Musiało minąć kilkanaście minut gdy poczułem się tutaj lepiej, choć cały czas miałem dziwne wrażenie, że nie powinno mnie tu być. Jakoś tak bardzo intymnie traktowałem tych ludzi a bardziej to co oni robili.

Większość osób zgromadzonych pod drzewem to młode dziewczyny. Oczywiście pięknie ugrane w swoje skurzane sukienki, półnagie. Chociaż są i takie, które mają również staniki i bawełniane koszulki. Jednak mają osłonięte piersi. Jak się później domyśliłem pewnie chronią się w ten sposób przed przypadkowym uderzeniem w to właśnie miejsce. Są jakby w transie. Skaczą, śpiewają. Większość na nogach ma bransoletki z dzwoneczkami, które wydają podczas podskoków dosyć głośne dźwięki. W rękach mają trąbki, gwizdki a niektóre również atrapy (wyrzeźbione z drewna) karabiny. Cały ten hałas powoduje na początku irytację dla naszych uszu jednak później staje się tak nieodłącznym elementem rytuałów jak palące słońce. Młodzi chłopcy również wystrojeni w koraliki, bransoletki malują swoje ciała. Tworzą zwłaszcza na twarzach piękne kolorowe wzory. Możemy obserwować jak starannie malują swoje twarze pomagając sobie wzajemnie. Zabawne jest to, że niektórzy przeglądają się nawet w lusterkach czy wystarczająco atrakcyjnie wyglądają. Czyżby próżność gości i tutaj?

Jest wśród nas kilkoro turystów, jednak nie ma ich tutaj zbyt wielu. W całym tym kolorowym tłumie my białasy na szczęście nie rzucamy się w oczy. Niektórzy bardziej odważni podskakują naśladując taniec Hamerek, które zresztą bardzo chętnie pozwalają się im przyłączyć do wspólnych tańców. Niektórzy decydują się na pomalowanie swojej bladej twarzy w kolorowe wzory. Ta możliwość interakcji z tymi ludźmi widoczna była tutaj po raz pierwszy. Nigdzie wcześniej nie mieliśmy możliwości być tak blisko z miejscowymi ludźmi. Jednak sami Hamerowie nie do końca byli obojętni na to co robimy. Oczywiście były groźne spojrzenia czy oznaki niechęci, gdy uważali, że turyści zbyt mocno się „integrują”. Zwłaszcza gdy robiliśmy zdjęcia. Na samym początku zdjęć robiliśmy jak zwykle dużo, bo wszystko co nas tutaj spotkało było dla nas niezwykłe, ale skoro mieliśmy oficjalne zezwolenie na fotografowanie cały czas mogliśmy skupić się przede wszystkim na oglądaniu tego co dzieje się dookoła. Po raz pierwszy mieliśmy czas i możliwość skupienia się na otoczeniu a sami Hamerowie już później nie zwracali większej uwagi na nasze aparaty, choć wymagało to pewnej dyskrecji.

Dowiaduję się, że dzisiaj jest trzeci dzień tych uroczystości. Dzień najważniejszy i kulminacyjny. To co obserwujemy dookoła jest fascynujące i przerażające jednocześnie. Pierwszy widok poranionych i zakrwawionych pleców kobiet poraża. Niemal ze wstrętem odwracamy głowy. Znowu spotykamy się z czymś czego nie rozumiemy, z czymś co w naszej kulturze jest okrucieństwem. W Europie za coś takiego ponosi się karę, tutaj jest to przejawem pełnego oddania. Tak się zastanawiam czy w naszej kulturze kiedyś występowało coś co było by choć trochę podobne w swoim wymiarze, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Choć może zwyczaj bicia wierzbowymi witkami po nogach w drugi dzień Świąt Wielkanocnych? Nie jest, czy nie było (bo nasze tradycje też zanikają) to aż tak brutalne, ale pewne podobieństwo jest. Tak czy owak, myślę sobie, że chyba jesteśmy świadkami autentycznie odbywającego się święta, bo raczej tylko „pod turystów” nie byłoby tyle krwi i bólu.

Kobiety grając na trąbach, gwizdkach rytmicznie podskakują wyśpiewując jednocześnie (bardziej wykrzykując) pieśni w których wychwalają swoje klany i rody. Zachowują się niczym w transie. Podejrzewam, że są pod wpływem alkoholu, choć nie są pijane. Krążą wokół zgromadzonych chłopców, tańczą ze sobą (a czasem z odważną turystką). Większość z nich w rekach trzyma dosyć długie cienkie gałązki. Jak zwykle w tych rejonach to kobiety wyglądają groźniej od mężczyzn. Widać, że to one nadają tu główny rytm. Widać, że w tej części uroczystości to zdecydowanie one są najważniejsze i to wokół nich skupie się zarówno nasza uwaga jak i uwaga młodych chłopców z plemienia. To dziewczęta czasami nawet w dość brutalny sposób zabiegają o uwagę chłopców. Sytuacje w których dochodzi do kłótni między nimi o pierwszeństwo nie są rzadkością. Przeganiają rywalki od wybranego chłopaka, krzyczą na siebie aby za chwilę się przytulić czy razem tańczyć. Skomplikowana to gra, ale pełna pasji i oddania.

Co pewien czas dziewczyna wyciąga z grupy chłopaka i prowadzi go kawałek dalej, na środek wyschniętego koryta rzecznego. Wręcza mu ową gałązkę i podnosi do góry rękę na znak swojej gotowości. Ten bierze witkę do rąk  i z dużym zamachem… z całej siły uderza dziewczynę po plecach. Słychać tylko świst przeszywanego powietrza i odgłos uderzenia witki o skórę na plecach. Kobieta wykonuje podskok i ukłon i jeszcze z większa siłą dmuch w trąbkę. W ten sposób dziękuje chłopakowi. Zachowuje się tak jakby uderzenie nie sprawiało jej najmniejszego bólu, ba mało tego, prosi o więcej! Na jej plecach pojawia się rana z której spływa krew! Gdy jeden mężczyzna kończy podchodzi do innego i znów używając gwizdka czy trąbki prosi o kolejną chłostę. Stoję obok i odwracam głowę na ten widok. Dla mnie na razie to za dużo. Tyle się dzieje dokoła, takie zamieszanie, hałas, że muszę uważać abym przypadkiem sam nie dostał po plecach. Odchodzę na bok, muszę jakoś „przetrawić” to co się tutaj dzieje, zrozumieć.

Ten szokujący dla nas rytuał ma jednak zasadnicze znaczenia dla tej społeczności. Kobiety Hamerskie są niezwykle dumne i odważne. To jeden ze sposobów na okazywanie właśnie tego. Jej plecy niemal „mówią” zobaczcie jestem odważna, nie boję się niczego, pochodzę z wielkiego rodu. Moje blizny (w rany później wciera się popiół, który ma właściwości lecznicze a zarazem powstają w ten właśnie sposób wypukłe blizny) są tego dowodem. Jednak to chęć posiadania blizn jest główną przyczyną dla której kobiety poddają się temu obrzędowi. Nie świadczą one również o urodzie kobiety, jak to bywa wśród innych plemion. Ważniejsze i najważniejsze jest okazanie pewnej solidarności z własnym ludem, własnym bratem, rodziną, społeczeństwem.

Wyrażenie swojego oddania, lojalności i miłości do brata (który w dalszej części uroczystości będzie stawał się mężczyzną). Pokazania mu z jak dumnego rodu pochodzi i dodania mu poprzez swoje cierpienie odwagi. Biczowanie ma też inny cel. Jest jakby rodzajem kredytu udzielonego bratu. Ponieważ Hamerki mają zwykle mężów znacznie starszych od siebie (kobiety wychodzą za mąż mniej więcej w wieku 17 lat, wiek mężczyzn którzy się żenią to powyżej 30), wcześnie zostają wdowami, a że nie mogą powtórnie wyjść za mąż, automatycznie stają się głowami rodzin, które muszą wykarmić. Jest to bardzo trudne zadanie dla samotnej kobiety. Przecież taka kobieta ma jeszcze sporą gromadkę dzieci do wychowania. Może ona wówczas zwrócić się do swojego brata o pomoc. Jej blizny mają mu przypomnieć o tym, jak to kiedyś ona cierpiała i poświęcała się dla niego.

Jednak poddanie się takiej chłoście jest dla kobiet zupełnie dobrowolne. Same podejmują decyzję czy chcą się poddać temu rytuałowi czy nie. Kobieta, która rezygnuje z tego nie jest w żaden sposób gorsza dla plemienia od tych, które mają blizny. Jednak jak widziałem w tej wsi większość kobiet miała dużo blizn. Wydaje się, że rytuał ten mimo całej swojej brutalności jest niesamowicie dla tych ludzi ważny. Choć są oczywiście we współczesnej Etiopii naciski aby zaprzestać zadawaniu bólu i ran to wydaje się, że jeszcze długo ta tradycja będzie kultywowana. Choć również obserwowałem sytuację, gdzie uderzenia były markowane. Lekkie muśnięcie witką po plecach nie powodowało żadnego bólu i żadnych ran. Może z biegiem czasu pójdzie to właśnie w tą stronę? Jednak większość uderzeń była naprawdę silna i musiała sprawiać kobietom niesamowity ból.

Z jednej strony takie powody tych rytuałów świadczą o ogromnym znaczeniu więzi społecznej dla tych ludzi. Żyją w bardzo trudnych warunkach i silne wzmacnianie łączących ich więzi zapewne sprzyja przetrwaniu tego plemienia. To piękne, jednak ból i cierpienie dla nas jest ciężkie do zaakceptowania. Więzy krwi to najważniejsze co mamy. W naszej kulturze już często nic nie znaczą w kulturze Hamerów ta krew jest prawdziwa. Dumę w tym narodzie widać na każdym kroku. Zadziorność, siłę tych kobiet również. Jeżeli jest to ich sposób na przetrwanie w trudnym świecie jestem w stanie to zaakceptować. Są przecież w życiu rzeczy, które warto poświęcić dla własnej rodziny czy społeczności. To silne poczucie własnej tożsamości daje tym ludziom niezwykłą siłę choć dla nas szokujący to obyczaj.

Tak oto, z mieszanymi uczuciami stałem i patrzyłem na nieznany mi do tej pory świat. Nie widziałem żadnych oznak bólu, cierpienia. Wręcz odwrotnie, wszyscy emanowali jakąś tajemniczą pozytywną energią i radością. Upewniłem się, że nie jest to tylko show dla turystów. Spodziewałem się, że spędzimy tutaj może z godzinę. Tymczasem okazało się, choć jeszcze wówczas nie byłem tego świadom, że to dopiero początek, że spędzimy tutaj kilka godzin i każda minuta będzie równie fascynująca…

 

 

 

4 komentarze do “Witką przez plecy”

  1. Ale mieliście farta 🙂 ale przeżycia….. niesamowite :))

  2. Oj tak, mieliśmy szczęście 🙂 Choć na początku bardziej sądziłem, że to raczej będzie „pokazowa” ceremonia dla turystów. Jednak była prawdziwa i strasznie nam zazdrościli wszyscy Ci turyści, z którymi spotkaliśmy się na noclegu a nie wiedzieli, że jest taka okazja! Było fantastycznie 🙂

  3. Bardzo fajny serwis, ciesze się, że tu trafiłem 🙂

  4. A ja ciesze się, że Ci się spodobało. Zapraszam zatem co jakiś czas 🙂

Skomentuj