Kolejnego dnia zaraz po wczesnym śniadaniu wsiadamy w samochody i jedziemy dalej na południe. Dwa dni spędzone w Dżince były dla mnie jak z bajki i to z takiej gdzie jest dobra wróżka i zła czarownica. Mimo, że najtrudniejsze pod względem fizycznym, bardzo trudne emocjonalnie, to jednak wyjeżdżam stąd szczęśliwy jak nigdy. Poczułem, że dotknąłem tutaj całego czaru, realności i tajemnicy tego zakątka Afryki, choć również zderzyłem się z brutalną rzeczywistością w jakiej żyją ludzie tu mieszkający. Potrzebowałem rano jakiegoś wydarzenia, które by mi pomogło mimo wszystko bardziej cieszyć się tym wszystkim co mnie tutaj spotkało, czegoś pozytywnego aby przestać myśleć tylko o nieszczęściach tych ludzi. Z pomocą, jakby życzenia się spełniały, przyszli mi ci sami chłopcy z którymi dzień wcześniej po południu spacerowaliśmy po miasteczku.

Okazało się, że czekają pod bramą hotelu. Przyszli się pożegnać, tak po prostu! Nie wierzyłem, że zrobią nam taką niespodziankę. Uścisnęliśmy sobie ręce jak dorośli faceci, chłopcy obiecali, że będą grzeczni, że będą chodzić do szkoły i dbać o młodsze rodzeństwo. No i oczywiście uczyć się angielskiego :). Przytakiwali z tak poważnymi minami, że nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Jakby się bali, że wrócę za jakiś czas i zapytam ich mam czy dotrzymali słowa :). Było to niesamowicie sympatyczne, bo nikt z nas nie oczekiwał, że chłopcy się pojawią. Było naprawdę przyjemnie. Gdy odjeżdżaliśmy w tumanach kurzu pomachali jeszcze na pożegnanie i biegiem ruszyli grać w piłkę, na lotnisku bo przecież to Jinka :).

Tymczasem my kilka godzin mieliśmy spędzić w drodze. Przed nami bowiem podróż do krainy jednego z bardziej charakterystycznych i jednego z najważniejszych plemion zamieszkujących te rejony. Podróż do krainy Hamerów. Spalona słońcem ziemia, wyschnięte trawy i drzewa, czerwona ziemia. Oto ziemia tego ludu. Hamerowie o charakterystycznych wysokich kościach policzkowych, wyrafinowanych strojach z koralików, muszelek i skóry oraz grubych miedzianych naszyjnikach, należą do najłatwiejszych do rozpoznania ludów zamieszkujących dolinę Omo. Mieliśmy już okazję ich spotkać podczas naszego pobytu na targu w Key Afer. Z tamtego spotkania zapamiętałem jedynie groźne spojrzenia kobiet z tego plemienia, które bardzo pilnowały aby nie robić im zdjęć i ich fascynujące stroje. Coś czuję, że nie będzie to znowu wizyta miła i przyjemna.

Hamerowie zamieszkują głównie tereny wokół miast Turmi i Dimeka. W obu tych miastach co tydzień odbywają się efektowne i kolorowe targi. Naszym celem jest Dimeka. Miasto to jest głównym ośrodkiem krainy Hamerów. Właśnie w soboty odbywa się tutaj targ, który tętni gwarem Hamerów, ściągających do miasta z wiosek odległych nawet o wiele kilometrów. Dimeka leży na południowym skraju terytorium Benów i tutejszy targ przyciąga wielu członków tego rolniczego ludu, podobnych z wyglądu do Hamerów, z którymi łączą ich silne związki kulturowe oraz mieszane małżeństwa. Zapowiada się kolejny „shopping w centrum handlowym” mieszkańców doliny Omo :).

Potem będziemy zmierzać do Turmi gdzie zostajemy na kolejne dwa dni. Turmi to silnie zakorzenione w tradycji miasteczko i ważny węzeł komunikacyjny w dolinie Omo. W promieniu 2 kilometrów leży kilka tradycyjnych wiosek Hamerów, gdzie mam nadzieję będziemy mogli poznać kulturę tego plemienia. Jeszcze nie tak dawno wjeżdżając do tego miasta trzeba był zapłacić „opłatę wjazdową”, dzisiaj już za sam wjazd do miasta nikt nie pobiera żadnego haraczu. Jednak moje i wszystkich innych myśli zaprzątnięte są czymś innym. W planach mamy spędzenie tutaj dwóch nocy ale pod namiotami. Trochę się boimy jakie będą warunki na polu namiotowym, skoro hotele jak do tej pory nie grzeszyły standardem. Obawiamy się, że niestety najgorsze jeszcze przed nami. Oczywiście już poniekąd jestem przyzwyczajony i pogodzony z warunkami noclegowymi, ale do tej pory przynajmniej miałem cztery ściany i czasami okno. Teraz może się okazać, że przyjdzie nam jeszcze „walczyć” w zupełnych warunkach polowych. Cóż nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – oby chociaż była jakaś studnia z wodą i „kawałek” prądu dla naszych ciągle spragnionych energii baterii :).

Z takimi nadziejami i lękami jedziemy w kurzu i coraz większym upale na spotkanie kolejnego „państwa” w Etiopii. Z nosem przyklejonym do szyby patrzę na zmieniający się krajobraz, na wyschnięte rzeki i gdzieniegdzie idących dokądś ludzi. Gdzie można iść na takim odludziu w takim upale i kurzu? Znowu dopada mnie współczucie dla tych ludzi mieszkających w tak trudnych warunkach. Zastanawiam się, jakie ja mam prawo do narzekania na swój los? Dlaczego często denerwuje się, że czegoś nie mam? Co sprawia, że nie umiem docenić warunków w jakich żyję, kraju w którym mieszkam, sąsiadów których mam? Przecież w porównaniu z tym czego tutaj doświadczam to moje życie jest jak w bajce. Powraca myśl o Kidżi, łzy płyną po policzkach, krajobraz za szybą samochodu się rozmazuje i na sercu robi się ciężko… odwracam głowę, żeby nikt nie widział. Znowu trudno poradzić sobie z emocjami.

4 komentarzy do “Kraina Hamerów”

  1. w Jinka rozegralismy mecz na lotnisku- o mały włos nie odpłynałem- cóz- serce i mózg chca ale nogi nie nadążały:)w Turmi juz wybudowali 2 przyzwoite lodge- BUSKA i EVENGADI- dla tych co nie akceptuja noclegów w namiotach:), na targu popilismy z Hamerami miodówke- ciekawym czy próbowałeś? w Evengadi wpadliśmy na piwo i sie zdziwilismy mocno- spotkalismy pluton żołnierzy amerykańskich- przedstawili sie nam jako”weterynarze”pomagający okolicznej ludności w hodowli bydła…

  2. Heh, miodówki z Hamerami nie piłem, jakoś nie było okazji, chyba był za wcześnie 🙂 Przynajmniej dla mnie 🙂
    W rezultacie trafiliśmy właśnie do Buska Lodge, choć do namiotów, ale o tym jeszcze napiszę! To ciekawe dlaczego tam stacjonuje tylu amerykańskich żołnierzy? Właśnie przez nich nie było dla nas miejsca w jednej z najlepiej położonych i najładniejszych lodgy w Arba Minch. Zajmują wszytko na kilka miesięcy. Ciekawe czy to też byli „weterynarze”?

  3. wiesz- było nie było to etiopia wjechała na czołgach do somalii probujac ustanowic nowy rzad…bez szkolen prowadzonych przez us army – „weterynarzy” to operacja zakonczylaby sie jeszcze wiekszym fiaskiem niz sie zakonczyla:)napisze kiedys wiecej o tym i o spotkaniu pewnego amerykanskiego emeryta z firmy spod znaku OIL -ciekawe rzeczy mi o somalii opowiedzial…

  4. To może być ciekawa opowieść 🙂 Tym bardziej, że właściwie ciągle trwa konflikt pomiędzy tymi państwami. Coś mi się wydaje, że ci ‚weterynarze” to raczej nie o krowy tam dbają!

Skomentuj