Około południa dojeżdżamy na targ. Skwar z nieba leje się niesamowity. No cóż jesteśmy w jednym z najgorętszych miejsc w Afryce. Nasz kierowca Sisiay, „pociesza”, że prawdopodobnie czekają nas ciężkie noce pod namiotem, gdyż dalej będzie jeszcze cieplej. Mimo tego, że jestem „ciepłolubny” to powoli mam dosyć „pływania” we własnym pocie non stop. Jednak jak zwykle widok, który roztacza się wokół sprawia, że szybko wszystko co mi doskwiera przestaje być ważne. Tym bardziej, że w hotelu była woda, więc mogłem się umyć (obawiam się, że na kempingu znowu będzie „dzień dziecka” czyli bez wody i mycia) ale co ważniejsze „wystroiłem” się dzisiaj w czyściutkie jasno niebieskie spodnie i błękitną koszulkę „nówka sztuka”. Po jakimś czasie chodzenia w brudnych ciuchach, gdy się człowiek ubierze w coś czystego, pachnącego jeszcze jakimś Lenorem czy innym pachnidłem to naprawdę poczuje się jak nowo narodzony :). Ot, kolejne doświadczenie zupełnie nieoczekiwane. Tyle radości sprawiają czyste spodnie :).

Przede mną rozciąga się dosyć duży plac. Czerwona ziemia bardzo przypomną tą, która tak zachwyciła mnie rok temu w kenijskim parku Tsavo. Tutaj jednak ubita ziemia służy za miejsce gdzie rozłożono przeróżne towary. Pod nielicznymi drzewami siedzą w dosyć dużych gromadach kobiety, przede wszystkim z plemienia Hamer wszakże to ich teren. Całość ogrodzona niby płotem sprawia wrażenie zorganizowanej przestrzeni. Ponieważ już nie jestem taki „dziki” jak na targu w Key Afer mogę spokojnie przyjrzeć się nie tylko ludziom, ale także towarom czy w ogóle tym co się dzieje dookoła. Sprzedaje się tutaj głównie różne zboża: soczewicę, sorgo, kukurydzę ale także tytoń czy masło (zawinięte w takie jakby kokoniki z liści spłaszczone po obu końcach, kształtem przypominają naszego oscypka – okrągło, podłużne zawiniątko).

Handluje się również zwierzętami, ale tylko mężczyźni prowadzają kozy uwiązane na sznurkach. Zabawnie sprzedaje się kury, bo zazwyczaj nosi się je pod pachą aby nie uciekły. Trochę jak u nas np. pieski Yorki na rekach :). Dużą część sprzedawanego towaru stanowią przeróżne gliniane dzbany i drewniane tykwy. Rozmiary, kształty, desenie tak przeróżne, ze można dostać oczopląsu. Tm razem są także „stoiska” z koralikami, bransoletkami i przeróżną biżuterią oraz np. drewnianymi karabinami :). Nie brakuje także pamiątek dla turystów. Co prawda żaden z ludów tu mieszkających nie wytwarza, żadnej sztuki ludowej, jednak moją uwagę przyciągają drewniane lalki. Lalki wykonywane w dosyć prymitywny sposób przez ludzi Baana mają w sobie coś, co sprawia, że strasznie mi się podobają. Jest w nich coś pierwotnego co bardzo mi się podoba. Byle jak zrobione, byle jak pomalowane, nawet nie chcą stać pionowo. Ponieważ lubię z każdej podróży przywozić takie pamiątki wybieram dwie najładniejsze lalki i pytam o cenę. W odpowiedzi słyszę 1200 birów za sztukę – to prawie 200 złotych za jedną!!! Chyba upadli na głowę.

Coś czuję, że spędzę na tym targu więcej czasu niż przewiduje nasz program. Stargowanie z takiego pułapu na taki, który jestem w stanie zapłacić za kawałek pomalowanego drewna pewnie będzie wymagało umiejętności (których nie mam) i czasu (też go nie mam). Jednak cena nie schodzi poniżej 1000 birów. Niestety sprzedający zapewne uważa (jak wszyscy w Afryce) , że biały ma tyle pieniędzy ile zapragnie. Gdy mówię, że to bardzo drogo widzę jedynie uśmiech niedowierzania. Mam świadomość, że turysta ma specjalną cenę, zwłaszcza tutaj w Etiopii, ale bez przesady. Postanawiam zatem zrezygnować z zakupu w nadziei, że sprzedający będzie bardzie otwarty, gdy zorientuje się, że starci możliwość sprzedaży w ogóle. Często to działa. Jednak niestety nie tutaj. Puszcza mnie wolno bez słowa. Nigdy nie zrozumiem ludzi w Etiopii. Wolą nie sprzedać wcale niż zaproponować rozsądną cenę. Nie dotyczy to tylko tego miejsca, ale każdego innego, łącznie z Addis Abebą gdzie próbowałem coś kupić. Ceny wszędzie były kosmiczne i sięgały czasami setek $. Niestety jest w tych ludziach przeświadczenie, że biały to bankomat bez dna (temu się nie dziwię) jednak nie rozumiem filozofii, lepiej nie sprzedać nic niż opuścić cenę – przecież i tak zawsze płacimy haracz za bycie turystą. Tutaj widocznie jest wyznawana filozofia – oskubać białego w pięś minut tak, aby później cały rok nic nie robić.

Robię zatem podejście do „stoiska” gdzie można kupić pięknie ozdobione koralikami i muszelkami tykwy. Zupełnie autentyczne naczynia, których używają miejscowe kobiety, nie tam żadna „cepelia” dla turystów. Wybór jest ogromny a ja się zastanawiam tylko jak z taką „torebką” zapakuję się do bagażu. Ale co tam są tak ładne i autentyczne, że muszę kupić. Niestety również i tym razem sytuacja się powtarza. Słyszę jakąś kosmiczną cenę i nie ma mowy o jakiejś sensownej negocjacji. Odchodzę bez tykwy. Szczerze mówiąc jestem trochę zły, bo nie oczekuję, że dostanę coś za darmo ale cena za naczynie do mleka w cenie krowy! To przerasta moje możliwości. Nie lubię jak robi się ze mnie barana nawet w Etiopii.

Niepocieszony i autentycznie zły dalej rozglądam się po targu. Pewnie gdym chciał kupić trochę kukurydzy to też kasowaliby mnie jak za cały spichlerz z zapasami na cały rok dla całej wsi. Skupiam się zatem na podglądaniu ludzi. Każda Hamerka wygląda niemal identycznie. Włosy splecione w misterne warkoczyki, ułożone we fryzurę „na pazia”, zabarwione są na ładny, miedziowo-czerwony kolor mieszaniną koziego masła i ochry. Panujący upał sprawia, że tłuszcz wraz z barwnikiem spływa im na policzki, ramiona i plecy. Nie wspominając już o tym, że masło jełczeje na słońcu i raczej panie nie pachną zbyt przyjemnie :).  Wszystkie kobiety ubrane są również niemal tak samo w sukienki z niewyprawionej, koziej skóry przepięknie zdobionej koralikami i muszelkami. Niektóre zakładają do tego jakieś współczesne bawełniane bluzki ale większość jednak unika współczesnej „mody”. Również mężczyźni wyglądają niezwykle barwnie. Każdy ma na sobie coś w rodzaju mini spódniczki z materiału, nagi tors i strasznie dużo biżuterii naszyjników z koralików, metalowych bransoletek zarówno na rękach jak i na nogach czy przeróżne ozdoby we włosach.

Niektórzy oczywiście przechadzają się w europejskich T – shirtach. Za to niemal każdy trzyma w ręce boroko – małe drewniane siodełko, o którym już pisałem wcześniej. Oczywiście gdybyście potrzebowali takie siodełko do spania lub do siedzenia również na targu w Dimeka są do kupienia w różnych wzorach. Niestety o cenę już nie miałem odwagi zapytać. Ponoć szczególną rolę przypisuje się biżuterii Hamerów i Hamerek. Szczególnie istotna jest tu ilość kolczyków w uszach mężczyzn i ciężkich, żelaznych naszyjników niemal obroży na szyjach kobiet. Liczba kolczyków oznacza ilość posiadanych żon, a naszyjników – bogactwo męża, choć niektórzy mówią, że takie obroże może nosić jedynie pierwsza żona. Słyszałem również zdanie, że jeżeli kobieta ma trzy takie obroże na szyi to oznacza, że jest trzecią żoną. Jak jest prawda nie wiem. Każdy mówił coś innego. Jedno jest tylko pewne, prawo do noszenia tych ciężkich metalowych naszyjników mają tylko mężatki.

Skłonność do dekoracji ciął cechuje zwłaszcza mężczyzn z tego plemienia. Malują łydki lub całe nogi białą glinką, twarz malują w kolorowe kropki i ponoć wszystko to ma swoje symboliczne znacznie. Najbardziej jednak intrygujące jest nakładanie na włosy kolorowej glinianej skorupy tworząc w ten sposób mały kok na czubku głowy, czasami jeszcze dodatkowo ozdabiany kolorowymi piórami. Do noszenia tego typu ozdoby na włosach uprawnieni są mężczyźni, którzy zabili w walce wroga lub też upolowali niebezpieczne dzikie zwierzę. Takie gliniane skorupy najczęściej widać u starszych Hamerów, chyba rzeczywiście trzeba na nie sobie zasłużyć doświadczeniem życiowym.

Generalnie na targu chodzi się bardzo spokojnie. Nie jesteśmy tutaj zaczepiani czy „molestowani” o zdjęcia czy pieniądze. Ludzie zajęci są swoimi sprawami i jeżeli tylko nie włazimy z aparatami zbyt blisko możemy robić co chcemy. Jedyny przejaw zainteresowania Hamerowie zdradzają gdy chcemy coś kupić. Jednak jak już pisałem wyżej to raczej nieopłacalne miejsce. Pomyślałem żeby o targowanie cen poprosić naszego przewodnika. Może jemu pójdzie lepiej i nie będą podawać takich zaporowych kwot. Golden chętnie zgodził się być pośrednikiem. Ruszyliśmy zatem z powrotem do „stoiska” z drewnianymi lalkami. Pokazałem, które chcę. Z tonu rozmowy pomiędzy nimi domyśliłem się, że raczej nie jest to targowanie a ustalane ile tu skroić białego. No i się nie myliłem. Cena, którą utargował nasz opiekun i przewodnik była jeszcze wyższa niż ta, którą ja usłyszałem na „dzień dobry”!  Tego było już za dużo. Chyba zachowałem się niezbyt grzecznie bo powiedziałem wprost, że chyba nie rozumieją co mówią, bo za takie pieniądze to w Polsce kupię rower a nie kawałek drewna. Odwróciłem się na pięcie i poszedłem dalej.  Byłem na prawdę wściekły.

Nasza wizyta powoli się kończyła. Poszedłem jeszcze na drugi koniec targu aby z bezpiecznej odległości zrobić jakieś zdjęcia i popatrzyć na ten, co tu nie mówić niezwykły targ. Miejsce jest magiczne. Przede wszystkim autentyczne. Taki targ dla okolicznych mieszkańców to nie tylko miejsce handlu ale również możliwość spotkania ze znajomymi, miejsce wymiany najświeższych wiadomości i plotek. Dzieje się bardo dużo. Powinienem się jednak już przyzwyczaić do tego, że w Etiopii moje emocje wręcz kipią w każdym miejscu. Tutaj na targu złość przeplatała się z zachwytem. Jak zwykle ze skrajności w skrajność. Tutaj w Etiopii nie może być normalnie :). Wracając powoli  do samochodu zatrzymałem się po raz kolejny przy drewnianych laleczkach. Nie mogłem sobie darować! Musiałem spróbować jeszcze raz, to moja ostatnia szansa. Cena spada tym razem do 500 birów za sztukę, czyli nasze 80 złotych. Wybieram te, które mi się podobają i zadowolony, choć oczywiście z przeświadczeniem, że skroili mnie niemiłosiernie, płacę. Kupuję jeszcze upatrzoną wcześniej tykwę, już „tylko” za 350 birów (ok. 56 zł.) i biegiem pędzę do samochodu, bo reszta grupa już czeka na mnie.

Jestem strasznie zadowolony z tych autentycznych zakupów i już obmyślam jak te pamiątki zagospodaruję w domu. Co prawda podróżowanie przez kolejne tygodnie z tykwą, która nie zmieści się do żadnej walizki raczej mnie nie pociesza, ale co tam może się przyda jako torebka podręczna :). Dopiero gdy wsiadłem do samochodu zobaczyłem, że moje czyste jasno niebieskie spodnie oraz piękna „nówka sztuka” błękitna koszulka mają teraz barwę czerwonej ziemi i są wysmarowane jakąś miedzianą mazią. No tak w ferworze „walki” nawet nie zwróciłem uwagi, że zarówno lalki jak i tykwa i wszytko czego się dotknąłem wysmarowane było dokładnie tym samym co Hamerki mają na głowach. Cały jestem brudny. Nie da się w Etiopii być czystym. Znowu się poczułem swojsko i na miejscu skoro wszyscy dookoła też są brudni :). Poza tym, tylko biały głupek może się tak wystroić na targ Hamerski gdzieś na końcu świata :). Znowu wylazła ze mnie moja bezsensowna w tych warunkach europejskość :).

21 komentarzy do “Hamerski targ”

  1. Adam tak samo bylam rozgoryczona i zarazem zdziwiona zachowaniem Wietnamczykow na targach,za owoce zyczyli sobie 5 dolarow ,gdzie za hotel ze sniadaniem placilam 7-10 dolarow.

    Woleli nie sprzedac tych owocow ,ni zejsc z ceny,reagowali krzykiem i dosc wyrazna gestykulacja.Tam tez nie byo nic za darmo,usmiechali sie do zdjec ,by za chwile zadac za nie zaplaty

  2. No właśnie, w wielu krajach jest takie podejście. Rozumiem, że wszyscy myślą, że skoro mieszkasz w Europie to masz dużo pieniędzy. Poniekąd rzeczywiście tak jest, że ludzie w takich krajach jak Wietnam czy Etiopia mają prawo mówić o nas, że jesteśmy bogaci bo w porównaniu z nimi jesteśmy. Tylko, że tak podchodząc np. do handlu sami nie będą mieli więcej. Tego nie rozumiem. No ale widocznie nasza ekonomia i ich to dwie różne. http://bez-granic.pl/wp-admin/#comments-form

  3. Adam, jak zawsze rewelacyjna opowieść :))))) Uśmiałam się bardzo z twojego targowania się :)) Ale fajnie że udało ci się dobić targu. A możesz wkleić zdjęcie swoich zdobyczy? 🙂
    Zdjęcia – genialne :))

  4. Evitta dodam po południu zdjęcie tych zdobyczy 🙂

  5. super, dzięki 🙂
    a kiedy kolejna opowieść?

  6. Adaś, a czy to z Twojej tykwy wylazł dorodny karaluch ?

    A po za tym potwierdzam, Adam prezentował się z „torebką” tykwą r e w e l a c y j n i e 😉

  7. Oj Evittko 🙂 Gdyby tylko czas pozwalał to pewnie dzisiaj. Jednak nie jest tak dobrze. Postaram się żebyś nie czekała zbyt długo 🙂

  8. Marysiu, karaluch? To chyba z Twojej 🙂 Zresztą robaczki już nie robiły na nas tak „oszałamiającego” wrażenia jak na początku! Przecież to tylko ubarwiało podróż. No tak, tykwa nie mieściła się nigdzie, więc musiałem nosić ją w ręce (pojechała jeszcze na Zanzibar, wróciła do Etiopii i przyjechała do Polski). Na szczęście w Polsce po mleko nie muszę z nią chodzić 🙂 Pozdrawiam Marysiu serdecznie 🙂

  9. Adam a może dorzucisz jeszcze swoje zdjęcie z tą „torebką” tykwą? :)) masz może takie? :)))))

  10. Witaj,
    w sprawie targowania się przytocze anegdotke której byłem świadkiem. W Nakuru kilkunastoletni chłopiec sprzedawał kasety z jambo, jambo bwana etc. cena wyjsciowa za kasetę to było 150 szylingów(2 usd)po negocjacjacjach przedawał po „one hundred” – do chłopca podchedł równiez kilkunastoletni chłopak- tyle ,że z Japonii- spytał: „how much?” usłyszał „one hundred fifty”- nie dosłyszał i spytał jeszcze raz- usłyszał „one hundred”- cofnał sie do rodziców i wrócił z banknotem 100 DOLAROWYM – zapłacił, dostał kasete i odszedł – sprzedawca porzucił swój karton z kasetami i ulotnił sie w pospiechu:)

    i to moze wyjasnienie dlaczego czasami nie chca sie targować:))- wielu z nich liczy na taki strzał, poza tym maja świadomość ile biały człowiek wydaje za nocleg w lodge, za ile potrafi wypic no i skoro tydzień temu udało sie sprzedac tykwe za 1000 to czemu dzis nie spróbowac?:)

  11. Niestety nie mam zdjęcia z torebką ale gwarantuję Ci, że tykwa ładniejsza ode mnie 🙂

  12. No właśnie i takie sytuacje „szastania” kasą powodują to co się dzieje. Jednak mimo wszytko w Kenii czy na Sri Lance ceny wyjściowe też były wysokie. Jednak zawsze udawało się zejść do takiej, którą akceptowały obie strony. Na Zanzibarze to już w ogóle była bajka tylko kupować:) Zauważyłem, że tam gdzie jest dużo turystów sprzedawcy chcą handlować a tam gdzie turystów jest jak na lekarstwo nie bardzo. Jakoś z moje wiedzy o ekonomii wychodzi, że powinno być odwrotnie. Ale ja się nie znam 🙂

  13. a może jest tak, że na zanzibarze handluja z białymi od setek lat a w płd. etiopii od kilkunastu? kiedy sprzedam jedna tykwe za 1000 warta 100 zarobie 900, kiedy sprzedam 2 po 500 zarobie tylko 800:)))- a nie jest to moje główne źródło utrzymania w przeciwieństwie do beach boys, sklepikarzy etc- targi w etiopii raz w tygodniu a nie codziennie:)nasza ekonomia- sprzedawac wiecej i wiecej, za mniej i mniej… Hamerzy tez do tego dojda i cos sie zmieni…

  14. No właśnie i tu sedno sprawy z tą ekonomią. Handel z turystami nie jest ich głównym źródłem utrzymania więc nie bardzo im zależy. Ale oczywiście to się będzie zmieniało. Szybko dojdą do tego, że kiedy sprzedadzą 10 tykw po 300 to zarobią 2 000 🙂 a jeżeli tylko 1 z 1000 to zarobią 900 🙂

  15. Adam a co jeszcze udało ci się kupić w Etiopii?? Co polecasz? Ja też z podróży zawsze coś przywożę…. A do tego ja baba, więc wiadomo :)))))))

    to czekam na fotki i dalszą opowieść :)))))

  16. Evitta to raczej nie jest kierunek zakupowy 🙂 Właściwie nie ma tam co kupić. Oczywiście jest sporo miejscowej biżuterii, takiej którą kupują sami miejscowi a że się pięknie stroją w bransoletki czy koraliki to widać 🙂 Natomiast są to wyroby bardzo proste aczkolwiek dla Ciebie jako kobiety może interesujące. W końcu biżuteria etniczna jest modna 🙂 W Addis chciałem kupić krzyże z Lalibeli jednak cena ok 200$ powalała i targować też nie chcieli. Więc nie kupiłem.

  17. Szkoda że taki problem z tym targowaniem…. trudno :((
    A czy na przykład można kupić też kawę, herbatę, czy coś takiego??

  18. Oczywiście tego typu zakupy zrobisz ale nie na targu tylko w sklepie w każdej większej miejscowości, w której zatrzymasz się na nocleg. Jeżeli chodzi o kawę to na południu zazwyczaj jest dostępna tylko taka surowa, nie palona. Kawa to w ogóle osobna bajka. Nigdzie na świecie nie piłem tak rewelacyjnej jak właśnie w Etiopii. No ale przecież to ojczyzna kawy. Będę jeszcze o kawie pisał.

  19. To super :)))) Bo mam dużo pytań :))) np. jak wygląda taka surowa kawa?? I jak się ją przyrządza?? A herbata?

  20. Surowa kawa to po prostu zebrane ziarenka, które są zielone i jeszcze trzeba je poddać obróbce aby powstał pyszny napój. Właśnie sposób przygotowania tych ziarenek i cały ceremoniał parzenia jaki jest w Etiopii powoduje, że kawa jest tam wyśmienita. Dokładnie to jeszcze opiszę. Herbata to niestety nic specjalnego po prostu torebka i wrzątek 🙂

  21. Już nie mogę się doczekać :))

Skomentuj