Choć samo miasto Arba Minch (nazwa oznacza „40 źródeł”, które znajdują się w okolicy) jest ciekawe, nasz program jest na tyle napięty, że nie mamy czasu na jego zwiedzanie. Tym bardziej, że już mamy opóźnienie. Jednak o samym mieście należy wspomnieć. Jest to największe miasto południowo – zachodniej Etiopii. Ciekawe jest to, że to miasto składa się z dwóch oddzielnych osad, połączonych ze sobą czterokilometrową szosą. Niżej położona, większa Sikela to gwarny ośrodek handlowy i mieszkalny, natomiast w nieco bardziej eleganckiej Szeczy dominuje część administracyjna miasta. Arba Minch wyróżnia się przede wszystkim szczególnym położeniem. Leży na wysokości 1300 metrów n.p.m. na przedgórzu przechodzącym w zbocze Rowu Abisyńskiego, na klifie z widokiem na wąski pas gór oddzielających jezioro Czamo i Abbaja. Rozciągające się na zachodzie góry wyrastające na wysokość niemal 4000 tysięcy m n.p.m. sprawiają, że jest to jeden z najbardziej spektakularnych widoków w całej Afryce Wschodniej! Jednak największą atrakcją okolic tego miasta jest Park Narodowy Necz Sar. Właśnie tam jedziemy z samego rana.

Zanim jednak wyruszamy ustalamy z naszym przewodnikiem, że zaraz po wizycie w parku chcemy pojechać z wizytą do plemienia Dorze. Oczywiście nasz przewodnik Golden, zgadza się, choć jest w tym jakiś tak mało przekonujący. Wówczas jednak nie zauważyliśmy tego a może po prostu tak bardzo byliśmy skupieni na tym, aby tam pojechać, że nie zwróciliśmy uwagi na jego wahanie. Zaraz po śniadaniu wyruszamy. Mały szczegół, który okazał się bardzo ważny później. Golden powiedział do nas, podczas śniadania żebyśmy zamówili sobie do picia co chcemy i ile chcemy. Ponieważ we wcześniejszej naszej rozmowie z nim, nie ukrywaliśmy że jesteśmy rozczarowani wczorajszym brakiem odwiedzin u Dorze, pomyśleliśmy, że po prostu chce być dla nas jeszcze milszy. Och jak bardzo się myliliśmy!

Park Narodowy Necz Sar został utworzony w roku 1974, ale decyzja o jego utworzeniu oficjalnie nie została zatwierdzona do dzisiaj. Jest to dziewicza kraina gór i jezior, dorównująca malowniczością najpiękniejszym rezerwatom w Afryce. Chroni teren rozciągający się w obrębie Rowu Abisyńskiego na wysokości dochodzącej do 1650 m n.p.m. Park obejmuje poza wschodnią częścią równiny Necz Sar (nazwa oznacza „biała trawa”, która porasta równinę), ale także spore fragmenty jezior Czamo i Abbaja oraz rozdzielający je masyw górski zwany „Mostem Boga”. Wielość występujących tutaj środowisk powoduje o atrakcyjności tego terenu. Od akacjowych zarośli przez otwarte trawiaste równiny oraz wody jezior po gęsty podmokły las.

Jeżeli jesteśmy w parku to oczywiście wypatrujemy zwierząt. Niestety, zwierząt prawie nie ma. Kiedyś w okolicy zarejestrowano 70 gatunków ssaków, niestety większość z nich zostało wytępionych. Smutny to los w porównaniu z iddylicznymi parkami w Kenii. Jednak naukowcy ciągle maja tutaj wiele do zrobienia. Ciekawostką jest ekspedycja naukowców z uniwersytetu w Cambridge, której udało się zdobyć skrzydło nieznanego ptaka. W 1995 roku został ten ptak opisany jako lelek etiopski. Do dzisiaj nikt jeszcze nie widział żywego osobnika. Na pewno jest to raj dla ornitologów, jak zresztą wiele obszarów Etiopii.

Niemal niezamieszkana równina Necz Sar z powodzeniem pełniła funkcje rezerwatu aż do 1991 roku, kiedy w Etiopii zmienił się system władzy. Nowe władze miały inne problemy na głowie i rezerwat zaczął podupadać. W rezultacie na terenach chronionych zaczęły osiedlać się ludy pasterskie i rolnicze. Nowi mieszkańcy prowadzili intensywny wypas bydła, połów ryb w jeziorach, kłusowali i na duża skalę nielegalnie pozyskiwali drewno na opał. W efekcie z parku zniknęły duże zwierzęta. Wytrzebiono słonie, bawoły, nosorożce czarne, gepardy, żyrafy i inne kiedyś spokojnie żyjące tam duże ssaki.

Po wielu latach w roku 2004 Necz Sar otrzymał wsparcie z dwóch stron. Pierwszym posunięciem było przesiedlenie osiedlających się tam plemion Kori i Guji Oromo. Mimo, że proponowano im tereny oddalone od obecnie zajmowanych zaledwie o 15 kilometrów, gdzie mieli studnie z wodą, szkołę i szpital, początkowo wyglądało, że większość się przeniesie. Jednak w rezultacie okazało się, że nic z tego nie wyszło i nadal zamieszkują tereny chronione. Drugim rodzajem wsparcia było podpisanie umowy na zarządzanie z Fundacją Parków Afrykańskich, niekomercyjną organizacją, która odegrała istotną rolę w rewitalizacji innych parków w Afryce. Niestety już w roku 2008 fundacja całkowicie się wycofała. Powodem były problemy z mieszkającymi w rezerwacie ludźmi.

Znając te problemy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy jeszcze mają szansę oglądać te dziewicze krajobrazy. Panuje tu atmosfera dzikości, nie ma dróg i jeździ się samemu. Oczywiście jak zawsze i wszędzie trzeba zabrać ze sobą uzbrojonego strażnika, tylko przed czym on ma chronić? Rocznie przybywa tutaj zaledwie około 1500 osób. Samochody z trudem pokonują kolejne odcinki terenu, gdyby nie napęd na cztery koła nie dalibyśmy rady. W porze deszczowej te tereny stają się zupełnie niedostępne. Po parku jeździliśmy niemal 6 godzin, czego absolutnie się nie spodziewaliśmy. Na dodatek wyjaśniło się, dlaczego Golden zasygnalizował nam przy śniadaniu żebyśmy wzięli sobie do picia co chcemy. Okazało się, że w ten sposób poinformował nas abyśmy zabrali dla siebie wodę właśnie na wycieczkę po parku, tyle ile będziemy potrzebowali. Nam niestety nie przyszło to do głowy i bardziej pomyśleliśmy o tym, że do śniadania poza kawą i herbata mamy zamówić sobie soki bo rzeczywiście okazały się przepyszne i on wiedział o tym, że je uwielbiamy. W rezultacie okazało się, że na te 6 godzin upiornej jazdy mamy tylko jedną butelkę wody na 4 osoby!!! Kilka godzin bez wody w takiej temperaturze było dla nas koszmarem. Gdy okazało się, że na dodatek będziemy tutaj tak długo (spodziewaliśmy się krótkiej wycieczki) puściły nam nerwy!

Golden tłumaczył się, że przecież prosił przy śniadaniu o zabranie wody a tak długa wycieczka po parku to w ramach przeprosin za brak realizacji programu w dniu wczorajszym. Ładna rekompensata! Tłuczemy się po bezdrożach od kilku godzin i wiedzieliśmy może cztery zebry i jednego dik dika biegnącego gdzieś w zaroślach. Owszem widoki zapierają dech w piersiach, ale dwie godziny zupełnie by nam wystarczyły! Uświadomiliśmy sobie także, że nie będzie już czasu na to aby pojechać do wioski Dorze. Tego było już dla mnie za dużo!

Mimo, że staram się być podczas urlopów bardzo opanowany i naprawdę bardzo, bardzo rzadko denerwuję się czymkolwiek, teraz nie wytrzymałem. Niemal wykrzyczałem, że nie przyjechałem tutaj aby tłuc się po wertepach, gdzie absolutnie niczego nie ma! Przyjechałem do Etiopii dla ludzi tutaj żyjących, bo to jedyne co warte jest moich pieniędzy i trudu! Zwierzęta to mogę obejrzeć w Kenii, gdzie są na wyciągniecie ręki. Część grupy była takiego samego zdania, a część niestety uważała, że te kilka zebr wartych jest siedzenia w samochodach bez wody i chciała jechać dalej. Po raz pierwszy doszło pomiędzy nami do spięcia. Zarówno z przewodnikiem jak i miedzy całą grupą. Nerwy puściły wszystkim. Nieco wystraszony Golden nie wiedział co ma powiedzieć, co ma zrobić, jak się zachować wobec rozzłoszczonej i kłócącej się grupy „białasów”.

Niestety na jakąkolwiek zmianę było już za późno. Byliśmy za daleko aby zdążyć wrócić i pojechać do Dorze. Okazało się, że już nic nie możemy zrobić. Z bólem serca pogodziłem się, że jedno z plemion mieszkających w tych rejonach zostanie dla mnie nieznane. Było mi smutno, ale takie rzeczy się po prostu dzieją. Cała sytuacja wynikała bardziej z tego, że my jako turyści oczekiwaliśmy czegoś, co wg nas było standardem, pilot dba o wodę, ustala z nami program jeżeli coś nam zmienia to jest standard dla nas, ale przecież Golden prosił o zamówienie napoi przy śniadaniu (wiec wg niego ok). Cóż, nigdy więcej wody nam nie zabrakło! Pewnie też zapamięta, że nie każdy turysta będzie szczęśliwy jeżeli zafunduje mu się kilku godzinną wycieczkę po parku, w którym nie ma zwierząt i może już następnych zapyta co o tym sądzą?! Wspólnie nauczyliśmy się, że różnica w oczekiwaniach jest duża i warto wcześniej pewne rzeczy uzgodnić. Jednak w Etiopii jest trochę tak, że wszyscy uczą się dopiero obsługi turystów. Chcą jak najlepiej, starają się – jednak nasza europejska mentalność jest diametralnie inna niż ich. Po za tym, to co przeszkadzało mi najbardziej to fakt, że zawsze słyszałem – tak,  w odpowiedzi na swoje pytania, nawet gdy przewodnik wiedział, że nie jest to możliwe. Obiecują wszystko bo nie chcą zawieść oczekiwań turystów? Przecież skoro nie dotrzymają słowa będzie jeszcze gorzej! Najwidoczniej oni tego nie rozumieją albo ja jeszcze nie nauczyłem się Etiopii, bądź nie jestem w stanie jej zrozumieć nigdy.

Niezależnie od naszych wydarzeń, polecam wizytę w tym parku. Widoki są zdumiewające i przepiękne. Co prawda zwierząt właściwie nie ma, ale taka wycieczka około 2 – 3 godzin dostarczy Wam wielu wzruszeń. To naprawdę piękne miejsce i niestety może już niedługo zniknąć, bo nie zanosi się na to aby obecne władze coś chciały zrobić w kierunku ochrony przyrody. Niestety Etiopia ma ważniejsze problemy do rozwiązania niż ochrona swoich zasobów naturalnych. Wielka szkoda!!!

2 komentarze do “Wśród białych traw”

  1. Zlapalam sie na tym,ze jak widze nowa czesc relacji to robie sobie kawe,biore papierosa,gasze telewizor i uciekam w swiat etiopskich klimatow,od kilku lat Etiopia jest moim marzeniem,wiem tez ze troche mi zajmie zanim tam pojade,ale pojade w 100%!!!!A Twoja relacja bedzie moim najlepszym przewodnikiem,dzieki!  

  2. Hej, Mam nadzieję, że czas będzie Ci płynął miło i szybko, bo Etiopia jest fascynującym krajem i będziesz mogła przekonać się o tym sama jak najszybciej 🙂

Skomentuj