Opuszczam Addis Abebę jednocześnie z radością i ze smutkiem. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy z tego, że tak różne emocje niemal w tym samy czasie będą normą podczas naszej podróży. Skrajność wydaje mi się dobrym słowem aby scharakteryzować Etiopię. Skrajne tutaj jest wszystko. Poczynając od klimatu, poprzez ukształtowanie terenu, kuchnię kończąc na ludziach ich zwyczajach, wyglądzie, zachowaniach. Jednak to wszystko jeszcze przed nami. Na razie czuję się zmęczony stolicą. Znowu nie zdaję sobie sprawy, że zmęczenie również nie opuści mnie przez kilka najbliższych tygodni. Jednak zmęczenie fizyczne jest niczym w porównaniu ze zmęczeniem emocjonalnym, które  jest nieodłączną częścią tego kraju. Jednak nie wyprzedzając wydarzeń wracamy do Addis.

Wyjeżdżając ze stolicy miałem opinię, że nie warto już tam wracać. Sądziłem, że miasto można sobie spokojnie odpuścić. Nie warte jest naszego zainteresowania i zmęczenia. Dzisiaj z perspektywy czasu mam jednak nieco inne zdanie. Oczywiście Addis jest wielkim, chaotycznym i brudnym miastem. Jednak jest wyjątkową mieszanką w Afryce. Z jednej strony aspiruje niemal do stolicy Afryki (a może i do miasta o europejskim charakterze) a z drugiej strony ciągle tkwi w poprzednim stuleciu i głęboko w Afryce. Być może, że właśnie taka mieszanka powoduje tak trudny odbiór tego miejsca. Z jednej strony oczekujemy nowoczesnej metropolii a drugiej afrykańskiego klimatu. Dostajemy jedno i drugie ale w formie dla nas Europejczyków niestrawnej, trudnej do ogarnięcia naszymi zmysłami. Być może temu miastu należy poświęcić więcej czasu. Być może gdy spędzimy tutaj kilka dni uda się odkryć inną twarz „Nowego Kwiatu”, bo togo, że to miasto ma inna twarz jestem pewien. Może innym razem uda mi się zmienić zdanie o stolicy Etiopii? A może rzeczywiście lepiej od razu pojechać dalej? Tym razem na te pytania nie umiem odpowiedzieć. Podejrzewam, że każdy z Was miałby inne zdanie i inne spostrzeżenia a to chyba świadczy tylko o tym , że mimo wszystko warto się tam zatrzymać na chwilę.

Tymczasem, wreszcie ruszamy na południe. Zaczynamy ten etap podróży, który ma być esencja naszego wyjazdu. Jednak jeszcze minie kilka dni zanim tak naprawdę dotrzemy do celu. Droga będzie długa i męcząca. Szacuje się, że nie więcej niż  20% wszystkich przybywających do Etiopii turystów kieruje się na południe od Addis.  To bardzo niewiele. Powszechne jest przekonanie, że jedynie północ kraju jest warta zobaczenia. Tymczasem większość afrykańskich krajów blednie w porównaniu z południową Etiopią. Parki narodowe, łańcuchy jezior w Wielkim Rowie Abisyńskim, bujne lasy i pustynne równiny i fenomenalne krajobrazy. Piękno i różnorodność to cechy tego rejonu Etiopii. Jednak jest coś co przebija to wszytko. Perłą południowej Etiopii jest przede wszystkim dolina rzeki Omo, odludna strefa przy granicy z Kenią, na której terenie kilkanaście grup etnicznych mieszka – oraz zdobi swoje ciała – w sposób nieuznający nadejścia XX wieku, nie mówiąc już o XXI! Przed nami właśnie podróż w ten rejon cudów.

Mamy do pokonania około 500 kilometrów do miasta Arba Minch. Tam będzie nasza baza na kilka pierwszych dni. Podróż zabierze nam cały dzień. Na szczęście droga jest asfaltowa i w lepszym stanie niż nasze polskie drogi (choć nie wszędzie). Jednak w Afryce drogi nie koniecznie są dla samochodów. Drogi służą ludziom i zwierzętom. Dlatego co chwilę trzeba zwalniać bo całą szerokością drogi ludzie prowadzą stada bydła, pasą się kozy czy powoli spacerują osiołki. Także ludzie skupiają się wzdłuż drogi. Cala Afryka żyje wzdłuż drogi. Czasami ma się wrażenie, że miasto składa się tylko i wyłącznie z zabudowań zlokalizowanych tuż przy drodze. Oczywiście nie ma chodników, poboczy. Jest tylko droga, która jest jak główna żyła miejskiego organizmu, bez której niczego by nie było. To tutaj skupia się wszystko:  odpoczynek, nawiązywanie kontaktów, handel, zabawa, gotowanie, pranie itp. Po prostu codzienne życie.

Podziwiamy zręczność naszego kierowcy w wymijaniu, omijaniu czy rozpędzaniu stad krów. Gdybyśmy przez przypadek przejechali jakieś zwierzę to my byśmy mieli problem. Krowa, koza, osioł jest zbyt cenny tutaj. Zastanawiamy się czy równie poważne konsekwencje by nas czekały gdybyśmy potrącili pieszego i odnosimy wrażenie, że niestety byłby to mniejszy problem niż przejechanie krowy! Mimo, że droga jest dobra to z powyższych powodów te 500 kilometrów zajmie nam cały dzień. Można ten odcinek pokonać samolotem, co jest zdecydowanie łatwiejszym sposobem. Jednak wówczas tracimy to co jest bardzo cenne gdy przyjeżdża się po raz pierwszy do tego kraju.  Tracimy to co mimo naszego zmęczenia nie pozwoliło nam zmrużyć oka podczas jazdy. Spodziewałem się raczej, że prześpię większość drogi jednak było inaczej.

Wystarczy wyjechać z Addis i za oknem samochodu zaczyna się prawdziwa Afryka. Nie zobaczymy już murowanych budynków, oddalamy się od cywilizacji, którą znamy. Wkraczamy do prawdziwej Afryki, do Etiopii o jakiej marzyłem, do krainy przyrody, pięknych krajobrazów i małych domków. Jednocześnie wydaje się, że bieda jest mniejsza niż w mieście, choć bardzo skromnie to jednak jakoś bardziej ludzko jest w około. Oczywiście zdają sobie sprawę, że ta egzotyka za oknem, dla mnie jest tylko ładnym obrazkiem a dla ludzi tutaj żyjącym ciężką walka o każdy dzień życia swojego i swojej rodziny.

Mijamy wioski gdzie stoi zaledwie kilka domków i nie ma niczego więcej. Nie ma prądu, wody, sklepu. Nie ma nic. Uderza widok ludzi a zwłaszcza dzieci niosących w dużych żółtych, plastikowych kanistrach wodę. W upale, kurzu wodę trzeba przynieść do domu i dla zwierząt. Oczywiście ciągle towarzyszą nam okrzyki you, you, you… samochodów tutaj niewiele, więc jeżeli już jedzie to wiadomo, że to turyści. Zaczynamy również coraz częściej słyszeć kolejny okrzyk, który będzie nam towarzyszył już do końca podróży – „Highland”. Jest to nazwa popularnej tutaj wody mineralnej a dzieci krzycząc jej nazwę prosząc w ten sposób o puste butelki, które służą im do noszenia i przechowywania wody. Pytamy naszego kierowcy jak mamy się zachować? Czy mamy rozdawać to co mamy? Przecież puste butelki są nam zupełnie zbędne a dla nich tak cenne. Kierowca odpowiada pytaniem, czy zależy nam na prawdzie? Trochę mnie to zaskoczyło. Poprosiłem o prawdę nawet gdyby miała być dla nas nie miła. Kierowca poprosił nas żebyśmy niczego nie dawali dzieciom stojącym przy drodze, ponieważ takie praktyki powodują, że dzieci nie chodzą do szkoły, nie pracują, wypasają bydło czy kozy właśnie przy drogach, co powoduje niebezpieczeństwo wypadków, czy wreszcie biegnąc za samochodem wpadają pod koła. Lepiej zatrzymać się gdzieś w jakiejś wiosce i tam dać to co chcemy. Mądra to była rada!

Zatrzymujemy się w miejscowości Sodo, jakieś 120 kilometrów od Addis. Tutaj w hotelu Bekele Mola jemy lunch. Sodo to tętniąca życiem stolica prowincji Ualaita (Wolaita). Liczące ponad 50 tysięcy mieszkańców miasto położone jest na wysokości 2100 m n.p.m. w górzystej części krawędzi Rowu Abisyńskiego. Nikt właściwie nie zatrzymuje się w tym mieście na dłużej. Typowe tranzytowe miejsce w drodze na południe. Tak też jest z nami. Jednak wyraźnie czuje się tutaj prowincję i koloryt afrykańskiego miasta. Czekając na posiłek wychodzę na ulicę poobserwować zwykłe uliczne życie, tak inne od tego, które mam w Polsce na co dzień. Jeżeli kiedyś przyjdzie Wam się tutaj zatrzymać to zapewne zachwycą Was piękne widoki pobliskich gór i panorama na jezioro Abaka, gdzie zatrzymujemy się na krótki postój i sesję zdjęciową, bo miejsce jest piękne. Wszakże znajdujemy się na krawędzi Wielkiego Rowu i to już samo w sobie jest atrakcją.

Hotel Bekele Mola serwuje przede wszystkim zachodnie jedzenie. Teoretycznie w karcie jest kilka dań jednak przy grupie kilku osobowej może się okazać, że porcji nie wystarczy dla wszystkich i trzeba zamówić coś innego, tym bardziej że zatrzymują się tutaj chyba wszyscy turyści. Zamówiłem kurczaka, który okazał się zupełnie niejadalny. Miałem wrażenie, że kurczaki w tym kraju trafiają na talerze dopiero jak same zdechną. W sumie zamawiałem kurczaki w trzech różnych restauracjach i zawsze okazywały się zupełnie niejadalne, więc odradzam :). Natomiast zdecydowanie w większości restauracji były podawane bardzo dobre zupy. Co prawda niemal wszystkie na bazie zupy pomidorowej, jednak zawsze były smaczne, gęste i pożywne. Poza tym zawsze w karcie znajdziecie spaghetti, to niewątpliwe pozostałość po włoskiej okupacji.

To właśnie tutaj, przed restauracją spotykamy grupę turystów podróżującym ciężarówką, czymś w rodzaju hotelu na kółkach. Po raz pierwszy widziałem tego tupu wynalazek! Przerobiona ciężarówka mercedesa, która z tylnej części naczepy ma miejsca do siedzenia w tyle jakby małe boksy do spania. Na prawdę dobry pomysł, choć zastanawiam się jak się śpi w takich „szufladach”.

Jednak sądząc po uśmiechniętych minach turystów z tego wynalazku musi być to w miarę wygodny sposób. Na pewno ten pojazd był dla nas atrakcją i uwieczniliśmy go na zdjęciach. Link do strony niemieckiego biura oferującego podróże takimi wynalazkami znajdziecie tutaj może to dobry sposób podróżowania po ciężkich rejonach świata dla tych, którzy cenią sobie większą wygodę?

Podróż mijała dosyć szybko i wygodnie a to dzięki wygodnym samochodom ale przede wszystkim dzięki niesamowitym widokom dookoła. Zdecydowanie Etiopia dzięki swojemu położeniu geograficznemu należy do jednych z najpiękniejszych krajów świata. Wielką zaletą jest również to, że ciągle jest to kraj nie odkryty przez masową turystykę. Oczywiście widzi się turystów jednak rzadko i małe grupy. Dzięki temu jest spokojnie i przede wszystkim prawdziwie. Mało jest już na świecie tak pięknych miejsc. W programie na ten dzień mieliśmy zaplanowaną pierwszą wizytę w tradycyjnej wiosce plemienia Dorze, mieszkającego w miejscowości Czencza (Chencha), niedaleko Arba Minch. Niestety okazało się, że droga zajęła nam więcej czasu i niestety dzisiaj już nie damy rady tam pojechać. Przewodnik obiecuje nam zrealizować ten punkt programy w dniu następnym. No cóż wiem, że planu nigdy nie uda się zrealizować w 100% mimo, że właśnie dla ludzi tutaj mieszkających przejechałem te tysiące kilometrów. Jednak jutro też jest dzień, więc nie ma problemu. Nasza przygoda tak naprawdę rozpocznie się jeden dzień później. W Afryce wszyscy mają czas, ja także!

4 komentarze do “W drodze do Arba Minch”

  1. no ten hotel na kolkach to swietna sprawa,dla wielbicieli objazdowek….hehe..:)
    Namolnosc afrykanskich dzieci,do zludzeni aprzypomina mi te w Wietnamie….:(ciagnace za rekaw,za spodnie,a jezeli nie dostaly co chcialy to potrafily plunac w twoja strone…..przykre to i smutne.

  2. wiesława :

    No to może tak z okazji naszego święta (co tam, że komunistyczne, ale jest…) dostaniemy następną część wspaniałych opowieści?!

  3. Moniko, niestety takie zachowanie jest chyba normą w biednych krajach. Mam jednak nadzieję, że w miarę rozwoju zarówno Azji jak i Afryki to się zmieni. Zresztą w Polsce jeszcze kilkadziesiąt lat temu dzieci zachowywały się podobnie. Miejmy nadzieję, że również tam coś się zmieni na lepsze. Jednak mimo wszytko te dzieciaki są kochane 🙂

  4. Wiesiu Ty to potrafisz 🙂 Wszystkiego naj, naj lepszego dla wszystkich Pań z okazji święta! Co do „prezentu” to cóż nie wykluczam….. 🙂

Skomentuj