Wioska choć interesująca byłaby tylko martwą osadą gdyby nie mieszkali tutaj ludzie. Jak mawia pewien klasyk to „oczywista oczywistość”. Grupa etniczna ludu Konso wg różnych szacunków liczy od 250 do niespełna 300 tysięcy osób i zamieszkuje tereny wielkości od 500 km2 do 1000 km2, tutaj również nie ma jednoznacznych danych. Większość zamieszkuje tereny wiejskie, ale coraz częściej przenoszą się do miast. Choć silnie kultywują swoje tradycje to jednak coraz częściej widać przejmowanie wzorców tzw. kultury europejskiej. Przejawia się to przede wszystkim w strojach. Niestety już tylko nieliczne kobiety ubierają się charakterystyczne długie spódnice we wzory, które szyte są w taki sposób, że wokół bioder tworzy się falbankę. Kiedyś góra stroju to były tylko zazwyczaj koraliki, różne inne ozdoby i nagie piersi, dzisiaj zarówno kobiety jak i mężczyźni ubierają się już na modłę europejską a raczej chińską. Wszyscy mają na sobie kiepskie i brudne T-shirty.

Każda wioska składa się kilku mniejszych społeczności – klanów. Klan jest patrylinearną (dziedziczenie po ojcu) jednostką społeczną Konso. Członkowie tego samego klanu nie mogą zawierać między sobą małżeństw, a w każdej wiosce Konso, każdy z dziewięciu rodów jest reprezentowany przez pochodzącego z wyboru lokalnego przywódcę. Główny wódz klanu pełni zarówno rolę przywódcy religijnego, jak i naczelnego sędziego – wraz z rodzina żyje w całkowitej izolacji, aby nie angażować się w codzienne życie społeczności. Ma to zapewnić bezstronność podczas rozstrzygania sporów wewnętrznych oraz osądzania zbrodni, czym do dziś zajmuje się częściej wódz niż aparat państwowy (to jeden z przykładów jak mało „państwowości” jest w plemionach południa). Status wodza podlega dziedziczeniu a niektóre rody mieszkają w tym samym miejscu od ponad 500 lat. Prawdopodobnie jednak do czasów dzisiejszych ciągłość władzy zachowały jedynie trzy rody z dziewięciu, które istniały w przeszłości.

Życie mieszkańców każdej wioski koncentruje się wokół mara, czyli „domu wspólnoty”. Jest to wysoki budynek z otwartym z jednej strony parterem, podparty drewnianymi pniami, z drewnianym stropem przykrytym strzechą (taka trochę chata bez ścian). Parter tworzy zacienione miejsce, w którym mieszkańcy mężczyźni, chłopcy i dziewczęta, ale nie dorosłe kobiety – mogą odpoczywać, plotkować i podejmować ważne dla społeczeństwa decyzje. Jest to wspólne niemal dla całej osady miejsce gdzie spędzają niemal cały wolny czas. Zacieśniają więzy między sobą i nikomu nie przychodzi do głowy aby siedzieć samemu we własnym domu. Zresztą Afryka w ogóle nie lubi singli! tutaj ktoś kto jest sam nie przeżyłby zbyt długo. W Afryce sukces zależy od siły grupy a nie od indywidualizmu tak jak w Europie.

Zwyczajowo chłopcy, którzy ukończyli 12 lat śpią na górnej kondygnacji mara do chwili ożenku. Zwyczaj nakazuje również żonatym mężczyzną spędzać tutaj część nocy. Zwyczaj ten do dziś kultywowany, pochodzi z dawnych burzliwych czasów, kiedy mężczyźni i starsi chłopcy często musieli szybko przygotować się do obrony w obliczu niespodziewanego ataku wrogich plemion, które przecież są sąsiadami Konso. Mara służy również jako pomieszczenie gościnne dla mężczyzn z innych wiosek, ot taki miejscowy hotel! Kobietom i dziewczętom nie wolno spać w mara. Jednak w niektórych wioskach robi się wyjątek dla turystek, które chciałyby spędzić noc w takim domu. Mogą one wyjątkowo spać w tym domu. Cóż pieniądze białego człowieka zmieniają tradycje.

Społeczeństwo Konso ma strukturę Kata, czyli pokoleniową, podobną jak wśród Masajów i Samburu żyjących w niedalekiej Kenii czy Tanzanii. Mimo, że układ poszczególnych cykli pokoleniowych różni się w poszczególnych wioskach, w każdej co 18 lat praktykuje się inicjację nowego pokolenia, składającego się z chłopców w wieku od ośmiu do dwudziestu pięciu lat.  Co osiemnaście lat przechodzi do następnej grupy wiekowej i w związku z tym nabywa się nowe prawa i obowiązki. Zgodnie z tradycją młodym mężczyznom, którzy nie przeszli inicjacji, wolno było się ożenić, ale dzieci urodzone przez ich żony zabijano tuż po porodzie (!)– dzisiaj ten zwyczaj na szczęście nie jest już praktykowany. Natomiast mężczyzna o ile jest dostatecznie majętny może mieć więcej niż jedną żonę. Mimo, że wielożeństwo jest tutaj normą to jednak dzisiaj jest to rzadko spotykane.

  

Ceremonie wprowadzające Kata odbywają się w grudniu, styczniu i wrześniu – niestety nie uda się nam ich zobaczyć, gdyż nie jesteśmy w tym terminie. Kulminacyjnym punktem uroczystości jest wzniesienie na ceremonialnym placu wioski tyczki pokoleniowej (nazywa się Olahita) – po policzeniu tych konstrukcji i pomnożeniu wyniku przez 18 można z łatwością określić wiek osady. Tyczki te nie są szczególnie otaczane jakąś czcią wśród mieszkańców. Raczej służą maluchom do nauki wspinaczki, czy tak jak w naszym przypadku dzieci, które wspięły się na tyczki mogły nas lepiej pooglądać 🙂

  

Ustawianie tyczek i kamieni stanowi ważną część kultury i obrzędów tych ludzi. Na każdym wiejskim placu widzi się wiele tzw. Kamieni Zwycięstwa, upamiętniających ważne wydarzenia w dziejach osady – najczęściej udaną obronę przed najazdem. Jednym z bardziej znanych obrzędów ludu Konso jest ustawianie drewnianych rzeźb (waga lub waka) na nagrobkach zmarłych. Rzeźby te często opisywane są jako totemy, co jest dużym błędem, ponieważ totemy w Afryce pełnią zupełnie inna rolę. Tradycyjne waga stawia się na grobie każdego ważnego mężczyzny lub wojownika Konso, otaczając je mniejszymi figurkami wyobrażającymi żony, pokonanych wrogów, czy zabite groźne zwierzęta. Na nagrobku znajduje się poważna twarz zmarłego, ozdobiona powiększonymi, wystającymi zębami wykonanymi z kości zwierząt – osobliwe wrażenie pogłębia imponującej wielkości penis, który zazwyczaj zmarły trzyma w dłoni! Co ciekawe, zarówno z nagrobków, jak i z Kamieni Zwycięstwa wywodzą się bez wątpienia średniowieczne stele zachowane na grobach w okolicach współczesnego miasta w Etiopii – Dili (będziemy to miejsce oglądać w drodze powrotnej z południa).

  

Zwyczaj wznoszenia rzeźbionych nagrobków w dużej mierze znikł w ostatnich dziesięcioleciach i wiele najpiękniejszych przykładów tych rzeźb zostało zabranych do różnych muzeów. Tłumaczone jest to chęcią ochronienia tych zabytków przed zniszczeniem i przed sprzedażą turystom! Zapewne to było powodem, że nie zobaczyliśmy ani jednego tradycyjnego grobu we wsi. Niestety, tak jak zanika tradycyjny strój również i ten zwyczaj to już raczej przeszłość. Nagrobne rzeźby Konso oglądałem jedynie w Muzeum Etnograficznym w Addis Abebie, choć oczywiście można na nie trafić jeszcze w niektórych wioskach (zazwyczaj tam gdzie dociera najwięcej turystów pozostawiono kilka sztuk).

  

Większość z ludzi Konso wyznaje animizm, choć bywa i tak, że przyjmują jakaś religię (protestantyzm, etiopski chrześcijanizm). W animizmie zakłada się powiązanie świata materialnego i duchowego. Współistnienie ciała z duszą, która często po śmierci człowieka przechodzi na zwierzęta, rośliny lub inne przedmioty materialne.  Być może właśnie stąd wywodzi się niezwykły zwyczaj dotyczący śmierci wodza, choć obyczaje związane ze śmiercią każdego członka społeczeństwa są bardzo ciekawe. Przywiązują oni do nich wielką wagę. Inny rodzaj uroczystości odbywa się gdy umiera dziecko, inny gdy kobieta a jeszcze inny gdy umiera mężczyzna.

Gdy umiera kobieta zbierają się członkowie jej rodziny, znajomi i sąsiedzi. Śpiewają i tańczą, klaszcząc przy tym głośno w dłonie. Ponoć to pomaga duszy zmarłej kobiety w spokojnym odejściu z tego świata. Kobiety smarują twarz zmarłej masłem, zdejmują z niej wszystkie ozdoby, owijają ciało w płótno i w kozią skórę a następnie zakopują w dole. Pogrzeb dziecka odbywa się w ciszy. Członkowie plemienia uważają, że małe dziecko jeszcze nie zdążyło „dorobić” się duszy, która jest domeną tylko dorosłych. Czuwanie nad ciałem zmarłego dziecka trwa dwa dni, po czym nagie ciało składa się do grobu i zakopuje. Gdy umiera męski członek plemienia usuwa się z jego ciała wszystkie wnętrzności. W miejsce wyjętych oczu wkłada się skorupki jajek. Ciało poddaje się balsamowaniu i umieszcza w skalnych niszach daleko od wioski. Swoją drogą ciekawe skąd wziął się ten zwyczaj, tak przecież podobny do tego co robili starożytni Egipcjanie? Czyżby oba narody kiedyś dawno temu miały okazję się ze sobą spotkać? Zarówno rodzina jak i inni członkowie plemienia odwiedzają taki grób dosyć często. Ciało zmarłego leży w takiej specjalnej wnęce kilka lat. Dopiero potem buduje się docelowy grób w zagrodzie lub niedaleko domu, gdzie zmarły mieszkał i przenosi się do niego jego szczątki. To właśnie dopiero na takim grobie ustawiano rzeźby nagrobne waga.

  

Jeszcze inaczej wyglądają zwyczaje pogrzebowe w przypadku śmierci wodza.  Zwyczajowo po śmierci głównego wodza klanu Konso zaprzecza się temu faktowi. Mówi się, że oficjalny balsamista (ktoś w rodzaju szamana), pielęgnuje (czyli mumifikuje) wodza i rozpuszcza się plotkę o ciężkiej chorobie przywódcy. Dopiero po dziewięciu latach i dziewięciu miesiącach (!) podaje się do publicznej wiadomości informację o jego zgonie. Jednocześnie całą winę przypisuje się balsamiście, który nieumiejętnie „leczył” wodza i skazuje się go na grzywnę. Niestety, skąd i kiedy pojawił się ten zwyczaj do dzisiaj nie wiadomo. Przypuszcza się, że odłożenie podania wiadomości o śmierci wodza daje krewnym czas na rozwiązanie ewentualnego problemu braku męskiego następcy. Ale bardziej prawdopodobne wydaje się, że świadomość, że wódz pielęgnowany przez balsamistę raczej nie wyzdrowieje, pozwala pogodzić się z myślą o odejściu przywódcy i załagodzić ból. W naszej kulturze nazywamy to żałobą. Dzisiaj jednak już nie czeka się tak długo jak kiedyś z ogłoszeniem śmierci wodza. Gdy w 1990 roku w wieku ponad 100 lat zmarł wódz Kalla Koyote pochowano go po 7 miesiącach, gdy zmarł w 2004 roku Walda Dawit Kalla – jego syn, który był kolejnym wodzem pochowano go raptem po dziewięciu dniach. Także i ten zwyczaj raczej nie ma szans w dzisiejszym świecie na przetrwanie. Kolejna cząstka tej kultury nie wytrzymuje konfrontacji z dzisiejszymi czasami.

Wszystkie prace w wiosce związane z utrzymaniem domu i dzieci nalezą oczywiście do kobiet. Jednak Konso to chyba jedyne plemię jakie spotkałem do tej pory, gdzie kobiety mają też specjalne prawa. Starsze kobiety, które już nie mają sił do pracy są przez cała społeczność zwalniane ze swoich obowiązków. Nie muszą już nic robić a pozostali mieszkańcy są zobligowani do dbania o nie. To coś na kształt opieki socjalnej bądź emerytury. Podobnie dzieje się w przypadku kobiet, które urodziły dziecko. Przez trzy miesiące po porodzie nie muszą one wykonywać żadnych prac. Zajmuje się jedynie sobą i swoim malutkim potomkiem. Mieszkają w specjalnej chacie gdzie mają zapewnione wszystko czego potrzebują. Również młode pary – po ślubie przez trzy miesiące mieszkają w innej, specjalnie wydzielonej chacie i mogą właściwie nawet z niej nie wychodzić. Mają możliwość zajmować się tylko sobą a cała społeczność dba o ich przyziemne potrzeby. Pewnie w zamian za to oczekujące kolejnego, nowego, malutkiego członka we wspólnocie :).

Trudno nazwać tych ludzi „dzikimi” czy zacofanymi, bo jak widać rozwinęli wiele fantastycznych zwyczai  żyją w całkiem nieźle rozwiniętej kulturze a do tego są bardzo muzykalni, grają na wielu instrumentach, co jest rzadkością wśród ludów zamieszkujących południe Etiopii. Samo zachowanie ludzi i dzieci we wsi raczej nie odbiegało od tego, do czego zdołałem już poniekąd przywyknąć podczas tej podróży. Dorośli raczej trzymali się z boku a dzieci, jak to dzieci wszystkie biegały dookoła, łapały nas za ręce, pozowały do zdjęć, śmiały się, wołały na nas „you, you”, śpiewały piosenki, prosiły o cukierki i były strasznie ciekawskie :).  Za to we wsi nie widziałem ani jednej sztuki żadnej broni. Wizyta była interesująca i jak się później okazało w porównaniu z innymi plemionami bardzo spokojna i przyjacielska. Jedyne co pozostało to pewien niedosyt, że w tak krótkim czasie nie można poczuć prawdziwego „ducha” tych ludzi i miejsca w którym mieszkają. Niestety, aby lepiej poznać ten lud trzeba by było tutaj pomieszkać, obserwować ich codzienność, stać się na chwilę jednym z nich. Może wówczas byłoby łatwiej odpowiedzieć na pytanie: „Ile z tej fascynującej kultury, tradycji przekazywanej przecież od setek lat ma szansę przetrwać?” Ta krotka wizyta pokazała ile już zanikło!!! Zdążyć to jeszcze zobaczyć, to był główny cel mojego wyjazdy na południe Etiopii, po tej wizycie mam wrażenie, że to już „ostatni dzwonek”.

Skomentuj