Zajęty myśleniem o tym jak zrozumieć ten kraj nawet nie zauważyłem jak minęły 3 godziny jazdy (85 kilometrów) dzielące Arba Minch od kolejnego miasta gdzie mamy postój. Dojechaliśmy do Konso, choć właściwie nazywa tego miejsca to Karat – Konso albo, po prostu Karat. Wszystkie trzy nazwy występują zamiennie co wprowadza nieco zamieszania w analizowaniu trasy na podstawie różnych dostępnych map. Na każdej z nich umieszczona jest inna nazwa. Tak różne nazewnictwo tego miejsca często jest spowodowane chęcią odróżnienia ludu Konso, które zamieszkuje te tereny od samego miasta.

Miasto położone jest nad rzeką, która niestety w porze suchej wysycha, więc dla nas jakby nie istnieje. Karat – Konso to ostatnia w miarę duża osada na naszej trasie i ostatnie miasto położone jeszcze na znacznej wysokości w górach. Leży bowiem na wysokości 1650 m n.p.m. Piękne widoki to już codzienność dla mnie. Tutaj jednak moją uwagę przykuły pola tarasowe, niczym w Azji! Okazało się, że tutaj to bardzo charakterystyczne widok ze względu na system uprawy roli przez zamieszkującą te tereny ludność. Miasto pełni rolę administracyjnej stolicy tego regionu Etiopii. Jest to Specjalny Region Autonomiczny, który wchodzi w skład Stanu Narodów, Narodowości i Ludów Południa. Ponieważ ten górzysty region do niedawna utrzymywał niewielkie kontakty z pozostałymi regionami Etiopii, uważany jest za bastion tradycji.

Jednak nie można oczekiwać, że zauważymy to od razu gdy tutaj przyjedziemy. Wręcz odwrotnie. Miasto jak każde inne w tej części świata. Kurz, murowane budynki bez ładu i składu, sporo ludzi, autobusy czyli jednym słowem afrykański zamęt. Na dodatek Karat – Konso pełni rolę jakby bramy do doliny Omo. To ważny węzeł komunikacyjny co widać po ilości samochodów na ulicach. Właściwie to na jednym dużym skrzyżowaniu, bo więcej ich po prostu tutaj nie ma skupia się życie tego miejsca. Mieszka tutaj około 5000 tysięcy ludzi. Tak naprawdę to mam wrażenie, że wszyscy skupiają się wokół ronda. Stacja benzynowa, kilka hoteli, coś na kształt dworca autobusowego i rozrzucone dookoła domy o bardzo wątpliwej urodzie. No i te tłumy miejscowych ludzi, którzy jak na Afrykę przystało wszytko załatwiają przy drodze.

Jak to zazwyczaj bywa pierwsze wrażenie bywa mylące. Nie ulega wątpliwości, że miasteczko niewiele różni się od setek innych tej wielości osad w Etiopii. Jednak jest tutaj coś, co poza możliwością jazdy dalej na południe powoduje, że każdy podróżnik zatrzyma się tutaj na kilka godzin czy nawet na kilka dni. Lud Konso zamieszkujący okoliczne wzgórza wykształcił unikatową i złożoną kulturę równie fascynującą, jak tradycje nizinnych plemion z regionu Omo. Poza tym takiego systemu kultury nie spotkamy w żadnym innym miejscu na świecie. Dlatego postój w tym miejscu to nie tylko potrzeba ale i obowiązek.

Jednak w samym mieście trudno zauważyć jakiekolwiek ślady tego dziedzictwa kulturowego, chyba, że trafimy na dzień targowy, wówczas zapewne będzie szansa na spotkanie z ludźmi Konso. Natomiast w zwykły dzień w tumanach kurzu można jedynie liczyć tutaj na w miarę przyzwoity lunch w pobliskim Konso Edget Hotel. Jednak nie byłbym sobą gdybym usiedział na miejscu. Wystarczy odejść od stolika i wyjść na ulicę, aby dostrzec kobiety w długich spódnicach w paski z charakterystyczną „falbanką” w pasie. To właśnie kobiety z plemienia Konso ubrane w swoje charakterystyczne spódnice, które przyszły na zakupy do miasta z okolicznych, rozsianych po wzgórzach wiosek. Kupuję banany od starszej pani która swój kram rozłożyła na kartonie wprost na ulicy i zaraz po lunchu ruszamy do jednej z rdzennych osad na bliskie spotkanie z ludźmi z „kamiennych wsi”…

Skomentuj