Późnym popołudniem dotarliśmy do miasta Dżinka (Jinka). To tutaj zostajemy na najbliższe dwa dni. Ta mała, prowincjonalna mieścina w zasadzie niczym nie różni się od innych takich miejscowości w całej Afryce. Jednak ja, jakoś pałam do niej szczególnym sentymentem. To właśnie z tego miejsca mam najwięcej wspomnień i tych dobrych i tych złych. Każde inne małe miasto etiopskie nie zostawiło w mojej głowie po sobie niemal żadnego śladu. Dżinka to zmieniła. Oczywiście inne miasta tylko, albo mijaliśmy albo zatrzymywaliśmy się na noc w hotelach. W Dżince mieliśmy trochę więcej wolnego czasu a to z powodu, że właśnie ta miasto uznawane jest za „bramę” do doliny Omo, więc dojazdy do wiosek rdzennych mieszkańców nie zabierają już tak wiele czasu jak dotąd.

Pierwszą rzeczą, która zachwyca w Dżince jest lotnisko. Choć to prawdziwy „koniec świata” można dolecieć tutaj wygodnie samolotem. Wydawałoby się – nic wielkiego, przecież do wielu miejsc dolecimy samolotem. Tak, owszem! Jednak nie wszędzie jest takie lotnisko! Za całe lotnisko służy kawałek łąki! Po prostu pas trawy jest miejscem gdzie startują i lądują samoloty! W około i na samym lotnisku toczy się zwykłe życie. Na łące pasą się kozy, krowy, dzieci grają w piłkę, jeżdżą na rowerach czy wreszcie plotkują kobiety. Oczywiście plączą się jeszcze „białasy” zdumieni czymś takim. Lotnisko które jest a jakby go nie było.

Żadnych terminali, żadnych budynków, płotów nie mówiąc już o bramkach prześwietlających nasze bagaże! Nie ma nic, jest tylko trawa. Strasznie miałem nadzieję, że przyleci jakiś samolot, bo to musiałby być widok niezwykły. Niestety nic nie przyleciało. Jednak z opowieści wiem, że gdy nadlatuje samolot, to cały ten „bałagan” czmycha na boki, odsłaniając miejsce gdzie samolot ląduje. Pasażerowie wysiadają, kolejni wsiadają, samolot odlatuje a kozy i krowy wracają na pastwisko. No i po zamieszaniu 🙂 Takie rzeczy tylko w Afryce!

Dżinka ze względu na swoje położenie jest odizolowana od reszty Etiopii. Mimo tego, że mieszka tutaj niemal 30 tysięcy ludzi panuje tutaj senna atmosfera i wyczuwa się coś w rodzaju zawieszenia gdzieś pomiędzy wsią a czymś co aspiruje do bycia miastem. Miasto łączy dwa światy. Jest tutaj bank, sklepy, hotele, targ czy nawet muzeum. Jednak jak spojrzy się na wybudowane rondo, gdzie nawet postawiono jakiś znak drogowy tylko nikt nie pomyślał, że jeszcze muszą być ulice(!) wyraźnie widać że to Afryka. Po co komu rondo skoro nie ma ulicy?  Ubita ziemia, po której hula wiatr podnosząc tumany kurzu nawet przy najszczerszych chęciach nie będzie ulicą. Fantastycznie to wygląda!

Także tutaj spotkania z miejscowymi ludźmi a zwłaszcza z dziećmi były najprzyjemniejsze. O dziwo nikt na siłę nie chciał być naszym przewodnikiem po okolicznych wioskach ale to być może dlatego, że wszyscy zainteresowani już wiedzieli, że mamy własne samochody i jesteśmy zorganizowaną grupą. Dzieci oczywiście jak to dzieci zaraz „oblepiły” nas z każdej strony. Jednak nie były natarczywe i nie krzyczały za nami tak jak do tej pory. O dziwo większość z nich mówiła po angielsku podstawowe słowa i proste zdania. Na tyle dobrze, że można było jakoś tam się porozumieć. Pozwalało to na poznanie ich imion, wieku, wypytaniu i szkołę czy rodziców i rodzeństwo.

Dzieci oczywiście towarzyszyły nam w każdym wyjściu do miasta. Kilkoro białych i wianuszek dzieciaków codzienny obrazek. Także tutaj dzieci mają w zwyczaju łapanie obcych za rękę i tak już zostają. W pewnym momencie można trzymać dwoje maluchów za ręce i mieć jeszcze dwoje uczepione do nóg. Z takim „balastem”  spacerujemy piaszczystymi „ulicami” Dżinki. Czuję się z tym bardzo nieswojo. Mam wrażenie, że wszyscy dorośli na mnie patrzą i widząc taki widok mogą pomyśleć, że mam niecne zamiary! Pocieszam się tym, że każdy biały wygląda tak samo. Ratuje mnie tylko aparat fotograficzny. Pokazuję na migi, że nie mogę cały czas ich trzymać za rękę bo muszę trzymać aparat. To pomaga, choć trochę i na chwilę.

Po pewnym czasie, gdy dzieci już wybrały każde swojego „białasa” zazdrośnie pilnowały aby czasem nie odbiło go jakieś inne dziecko. Te młodsze były odpychane i musieliśmy interweniować, że tak nie wolno. Jednak „nasze” maluchy pilnowały nas również przed wszędobylskimi młodymi kieszonkowcami. Chłopiec, który szedł ze mną nagle odepchnął innego, który do mnie podszedł z tyłu. Zwróciłem mu uwagę, że tak nie wolno na co on mi pokazuje, że tamten usiłował wyciągnąć mi pieniądze z kieszeni! No i rzeczywiście przyłapany na gorącym uczynku złodziejaszek szybko uciekł. Kurcze mam własną obstawę w Dżince J. Oczywiście dzieci prosiły o cukierki, pieniądze, kupno piłki itp. Jednak robiły to jakby mimo chodem, bardzo dyskretnie. Po wcześniejszych moich doświadczeniach było to nawet sympatyczne, bo przecież od początku spodziewałem się jakiegoś interesu.

Zauważyłem, że dzieciakom sprawia ogromną frajdę sam fakt, że ktoś poświęca im swoją uwagę. Po wstępnym zapoznaniu się, dzieciaki śpiewały piosenki, popisywały się naśladując taniec Michaela Jacksona i miały wielki ubaw z samego faktu, że nam się podoba. Spotkane dziewczynki chwalą się zeszytami ze szkoły i pokazują swoje lekcje z angielskiego. Cieszą się jak przepytuje się je ze słówek a one pięknie odpowiadają. Zadowolone są z tej chwili zainteresowania i tej króciutkiej lekcji angielskiego, nie proszą o nic więcej.

Trzeba przyznać, że wystarczy z chłopcami pokopać piłkę, pochwalić z taniec a przestają w ogóle myśleć o pieniądzach, cukierkach. Stają się po prostu zwykłymi dziećmi spragnionymi zabawy i uwagi. Niestety tak to już jest, ze w krajach afrykańskich dzieci nie dostają prawie żadnej pozytywnej uwagi od dorosłych. Prędzej mogą spodziewać się kija na plecach niż wspólnego fikania koziołków. Więc gdy zaczynamy poświęcać im swoją uwagę, bawić się z nimi dzieciaki stają się przeszczęśliwe. My zresztą również. Jeszcze długo opowiadamy tym, którzy zostali w hotelu  o tym niezwykłym spacerze.

To było jedno z tych najlepszych doświadczeń jakie mnie spotkało w Etiopii. Może dlatego, że troszkę już się oswoiłem z tym krajem, ale przede wszystkim wreszcie miałem trochę czasu na to  aby wyjść na zwykłą ulicę, miałem czas abym się opatrzył miejscowym i mógł nawiązać taki zwykły ludzki kontakt. Przez chwilę nie byłem tylko „bankomatem” a zostałem człowiekiem. Tego najbardziej zawsze brakowało mi w Afryce. Znalazłem to w małej, „zapadłej dziurze” na dalekim południu jednego z najbiedniejszych krajów świata.

 

 

4 komentarze do “Jinka, miasto na lotnisku”

  1. wiesława :

    Skoro od czasu pobytu Martyny J. nic się tam nie zmieniło, to może to potrwa jeszcze wiele lat!!!! Oby, jest większa szansa, że ta zawitam! Pozdrawiam! A czekam na ciąg dalszy, to już chyba nie muszę się powtarzać! 🙂

  2. Mieścina rzeczywiście nic się nie zmienia i ma swój urok 🙂 Jak dla mnie. Choć niekoniecznie pobyt tam należy do „fajnych”. Dlaczego napiszę już w następnym wpisie. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Adaś, super. Czytając te wspomnienia coraz częściej łapię się na tym, że chciałabym tam wrócić. Może kiedyś ?

  4. Mrysiu, to przedziwne ale jakoś mam ogromny sentyment i nawet tęsknotę za tym miejscem. Jednocześnie sama wiesz najlepiej, że warunki były tak chyba najgorsze jakie zastaliśmy w Etiopii. Okazuje się, że im gorzej tym lepiej? 🙂 Może zrobimy jeszcze kiedyś podobną trasę. Pamiętasz zapewne o plemieniu „grubasów”, którego nie wiedzieliśmy!

Skomentuj