Kierując się dalej drogą na południe dojeżdżamy do miasteczka Key Afer. Jak zwykle po drodze widoki zapierające dech w piersiach, ale także nie da się nie zauważyć jak wiele dróg się tutaj buduje . Widać na każdym kroku jak zmienia się ten kraj. Nowa droga to podstawa rozwoju tych terenów i coś czego najbardziej brakuje w Etiopii. Doskonale wiedzą o tym chińskie firmy, budujące tutaj niemal wszytko. Właściwie jedzie się kawałek nową asfaltową szosą aby za chwile zjechać na gruntową drogę i potem znowu na asfalt i tak cały czas. Za kilka lat podróżowanie po tych rejonach będzie wygodne i pewnie drogi zapchają się autobusami z turystami. Samo miasto omijamy bo mimo, że jest stosunkowo duże (jak na tutejsze warunki), to nie ono jest atrakcją dzisiejszego popołudnia. Skoro dzisiaj jest czwartek to w mieście odbywa się targ! Właśnie na ten jeden z najbardziej kolorowych i wielokulturowych targów jedziemy.

Wśród mieszkańców Key Afer przeważają Ari, ale w samym mieście jak i w jego okolicach mieszkają też Banowie i Hamerowie. Na targu pojawiają się także przedstawiciele plemienia Tsemay. Lud Ari zamieszkuje chyba najbardziej rozległe terytorium spośród wszystkich grup etnicznych doliny Omo – ich kraina rozciąga się od północnych granic Parku Narodowego Mago przez góry w okolicach Dżinki i właśnie Key Afer i dalej na północ. Dwadzieścia lat temu szacowano populacje tego ludu na 100 tysięcy osób. Jednak szybko rosła i zapewne dzisiaj jest to już populacja licząca kilkaset tysięcy ludzi. Ari mieszkający w górach i na nizinach. Utrzymują się z różnych zajęć ale wszyscy są rolnikami uprawiającymi różne zboża oraz na wyżej położonych terenach kawę, hodują zwierzęta i wytwarzają bardzo dobry miód. W miastach większość Ari nie nosi już swoich tradycyjnych stroi. Jedynie na wsiach można jeszcze zobaczyć kobiety ubrane w tradycyjne gori – suknie z liści „fałszywego banana” (roślina wygląda tak samo jak bananowiec, jednak nie rodzi owoców).

Docieramy na miejsce. Słońce jak zwykle świeci jakby chciało nas spalić, czerwony kurz wdziera się w każdy zakamarek naszych ciał. Wysiadam z samochodu i idę w kierunku gdzie na gołej ziemi rozłożył się targ. Mnóstwo ludzi, zamęt, głośne rozmowy, kolorowo a ja wystraszony stoję i patrzę na to wszystko. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w tak egzotycznym miejscu i nie wiem za bardzo co z sobą zrobić i jak się zachować? Ruszyć przed siebie czy uciekać z powrotem do samochodu? Pierwsze wrażenie jest oszałamiające! Nieznajomość czegoś takiego powoduje, że po prostu jestem wystraszony. Jak zachowają się ci ludzie, jak ja mam się zachowywać? Nie mam pojęcia co mnie czeka ale ciekawość jest tak ogromna, że coraz śmielej zapuszczam się w ten kolorowy i jakże inny świat.

Najbardziej w oczy rzucają się kobiety z plemienia Hamer. Jest ich tutaj zdecydowanie najwięcej, są też najbardziej „egzotycznie” ubrane. Na głowach cienko zaplecione warkoczyki pokryte masłem i glinką co nadaje im kolor ochry i niezbyt przyjemny zapach. W tym upale masło się psuje, topi i wielu z nich po prostu to wszystko spływa po twarzy. Ubrane w skóry bogato zdobione muszelkami i koralikami. Fantastyczne i jak dla mnie, na początku trochę surrealistyczne spotkanie. Spotakłem prawdziwą Afrykę, ta plemienną, kolorową inną niż wszystko co znałem do tej pory, choć to tylko mały plac targowy. Nawet nie wyobrażałem sobie czegoś takiego.

Ciężko odróżnić kto jest z jakiego plemienia. Szybko przeglądam przewodnik, usiłując wyczytać coś więcej. Szybko okazuje, że nie mogę skupić się na czytaniu, znacznie bardziej ciągnie mnie w ten tłum. Czuję się trochę jakbym przyjechał z innej planety. Zdecydowanie tutaj nie pasuję, czuję się jak intruz. Jakbym nie miał prawa tego oglądać. Szybko jednak wypatrują nas dzieci – ciężko nie zauważyć kilkorga białych :)! Od tej pory mamy już po kilkoro dzieci uwieszonych u naszych rąk i nóg. Będą nam towarzyszyć już cały czas. Chodzą z nami, śmieją się do nas i proszą o kupno ubrania, butów itp. Sprytnie prowadzą do straganów gdzie to wszystko można kupić. Jednak to waśnie dzięki tym maluchom przełamują się w mnie pierwsze bariery.

Próbuję skupić się na obserwacji ludzi, którzy tutaj załatwiają swoje codzienne sprawy. Mężczyźni Tsemay wyróżniają się bardzo szczupłymi i smukłymi sylwetkami. Wielu z nich jest kolorowo ubranych z wymalowanymi twarzami, rękoma, nogami i wystrojonych w koraliki  z pewną wiotkością poruszania się przypomina bardziej geja niż wojownika. To plemię należy do jednego z najmniej licznych i najmniej znanych grup etnicznych Etiopii. Ich populacja szacowana jest na poziomie ok. 5 tysięcy ludzi. Tsemay utrzymują się z różnorodnej działalności rolniczej, głównie z uprawy sorgo i kukurydzy. Zajmują się także hodowlą zwierząt, zwłaszcza bydła oraz pszczelarstwem. Plemię to ma wiele wspólnego politycznie i duchowo z plemieniem Arbore i dosyć często wchodzą w związki małżeńskie z Hamerami. Podobnie jak u innych plemion, również i u nich struktura społeczna oparta jest na wieku. Wyróżnia się cztery stałe grupy wiekowe, przechodzące na wyższy stopień co dziesięć lat, kiedy to odbywa się inicjacja nowego pokolenia chłopców w wieku od 11 do 22 lat.

Większość mężczyzn w dłoniach trzyma małe stołeczki, wyglądające trochę jak małe łódeczki. Można także je tutaj kupić. Stołeczki te noszą zawsze przy sobie. Przydają się żeby na nich przysiąść ale także służą jako „poduszki”. Mężczyźni podkładają sobie te stołeczki pod szyję i w taki właśnie sposób śpią! Dotyczy to zwłaszcza Hamerów. Starsi mężczyźni w oznace swojego męstwa na głowach formują sobie z włosów małe koki i pokrywają je glinką. Dzięki podkładaniu sobie na noc tych stołków tak fryzura nie ulega zniszczeniu. Co ciekawe, takie stołeczki były już znane i używane w starożytnym Egipcie. Mamy zatem po balsamowaniu zmarłych przez ludzi Konso kolejny przykład wpływów starożytnej cywilizacji egipskiej w Etiopii.

Niemal wszyscy ludzie są pięknie przystrojeni licznymi ozdobami z koralików. Ponoć po kolorach można rozpoznać kto jest z jakiego plemienia. Niestety dla mnie okazuje się to nie do zapamiętania a bardziej nie do odróżnienia. To co dzieje się dookoła nie pozwala mi się skupić. Jestem tak zafascynowany, że właściwie zachowuję się jak w jakimś letargu. Nie przeszkadzają nawet Ci, którzy ubrani są w brudne podarte podkoszulki, których sprzedaje się tutaj mnóstwo. Podejrzewam, że jeszcze kilka lat i większość zamieni skóry na bawełnę made in China.

Na targu handluje się zwierzętami, ubraniami ale zwłaszcza płodami rolnymi. Z ręcznie zrobionych tykw, kobiety Bana sprzedają miód. Miód wymienia się również na inne towary, które są z kolei specjalnościami wyrabianymi przez kobiety z innych plemion. Kobiety Ari wytwarzają i sprzedają najlepsze masło. Nie brakuje również owoców, warzyw, zbóż ale także ozdób i wszelkiego rodzaju tykw i pojemników na mleko, wodę, piwo itp. Mam wrażenie, że pieniądz nie jest tutaj w powszechnym użyciu. Ciągle podstawą jest handel wymienny.

Miejsce jest absolutnie fantastyczne. To właśnie tutaj po raz pierwszy mam kontakt z tak fascynującym światem. Mam wrażenie, że wszystko co widziałem do tej pory nie było jeszcze tą magiczną Afryką, mimo tego, że wcześniej przecież twierdziłem, że właśnie było! Z kolejnymi przebytymi kilometrami, kolejnymi odwiedzanymi miejscami wszystko nabiera innego wymiaru. Wszystko się zmienia, zmienia się przede wszystkim we mnie. Pisałem już, że ilość emocji podczas tego wyjazdu była niewyobrażalna. Ten targ, to miejsce było kolejnym, które bardzo mnie zaskoczyło, tak mocno, że emocje znowu były ogromne. Sam już nie wiem czego jeszcze mogę spodziewać się w kolejnych dniach podróży, skoro każdy kolejny dzień tak bardzo „zwala mnie z nóg”. Głowa mi pęka, myśli niemal rozsadzają czaszkę nie wiem co zapamiętać a co zapomnieć. Niemal fizycznie czuję, jak brakuje we mnie miejsca, żeby to wszytko chłonąć.

Generalnie ludzie na targu nie zwracali na nas większej uwagi. Oczywiście nie chcieli być fotografowani, więc zdjęcia trzeba robić dyskretnie. Tylko dzieci były non stop przy nas. Za wszystkie zdjęcia osób trzeba oczywiście zapłacić, jak wszędzie. Stawką jest 1 – 2 birry i zawsze trzeba ustalić tą cenę wcześniej. Najbardziej niedostępne były kobiety z plemienia Hamer. Często były one także, może nie agresywne, ale stanowczo pokazywały swoje niezadowolenie krzycząc i wymachując rękoma. Oczywiście większość tych ludzi ma świadomość, że dzięki turystom i ich ciekowości mogą zarobić trochę pieniędzy. Nie ma dla mnie w tym nic dziwnego. Czy biały, czy czarny, czy plemienny każdy jest tylko człowiekiem, który zawsze skorzysta z dodatkowego materialnego zysku. Za te drobne dla nas pieniądze dostajemy coś co zostanie z nami już na zawsze.

Choć nie jest łatwo podejść do obcego człowieka i zapytać go czy pozwoli sobie zrobić zdjęcie, to jednak targowanie się o cenę   zdjęcia (która na początku zawsze jest zawyżona) jest przy okazji szansą na nawiązanie pierwszego kontaktu. Niektórzy mówią kilka słów po angielsku, ale nie to jest ważne. Gesty okazują się jak zwykle językiem uniwersalnym, pozwalającym na nawiązanie kontaktu. Uśmiech, uścisk dłoni, poklepanie po ramieniu jest doświadczeniem bezcennym i absolutnie niezapomnianym. Poza tym taki bezpośredni kontakt sprawił, że obie strony odbierają się jak równych sobie ludzie, znika bariera. Dwa odmienne światy spotykają się w tym miejscu, obok straganów w słońcu i kurzu. Po pewnym czasie spędzonym tutaj i moim oswojeniu się z tym nowym widokiem uczucie strachu zniknęło zupełnie. Została jedynie fascynacja i poczucie ogromnego szczęścia, że mogłem to zobaczyć , poczuć i choć przez chwilę być częścią tego świata. Nie można zapomnieć tych wrażeń, gdy po raz pierwszy w życiu wysiadamy z samochodu w sercu Afryki a dookoła nas rozciąga się prawdziwy, plemienny afrykański targ!

Tak bardzo zafascynowało mnie to miejsce, że w ogóle zapomniałem się dopytać ile mamy tutaj czasu i gdzie będą czekały na nas samochody. Gdy okazało się, że na targu nie było już widać żadnych białych, zorientowałem się, że czas wracać. Okazało się, że wszyscy z naszej grupy zupełnie „zdziczeli” widząc co się dzieje dookoła i nikt nie wie gdzie są nasze samochody. Trochę czasu to trwało gdy okazało się, że mamy zaproszenie do jednej z pobliskich chat na mały poczęstunek. Miejscowi mężczyźni poczęstowali nas alkoholem własnego wyrobu, który jak dla mnie był zbyt mocny i raczej daleki w swoim zapachu i smaku do tego co ja znam jako alkohol. Nasze krzywienie się jak zwykle wywołało salwy śmiechu obserwujących nas miejscowych. Po krótkim pokazie tradycyjnego tańca i śpiewu, oklaskach, poklepywania po plecach i sporej dawce śmiechu pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. Długo jeszcze patrzyłem przez szybę na znikający targ i barwne postaci wracające drogą do swoich rodzin, chat  gdzieś daleko… byłem szczęśliwy.

4 komentarzy do “Jeżeli dziś czwartek to jedź na targ!”

  1. wiesława :

    Kurde, ja, zanim tam dotrę, to….., chyba już tego świata nie będzie!!!!!!!!!! Trochę za wcześnie się urodziłam, a świat idzie do przodu (nie wiem, czy to dobry kierunek???????????????). Pozdrawiam i (jak zwykle) czekam na cdn.

  2. Wiesiu, ja ma tylko nadzieję, że wraz ze zmianami (które tam są bardzo potrzebne, bo każdy człowiek powinien żyć godnie) Ci ludzie nie stracą swojej fenomenalnej kultury! Zachowają to co mają jako jedyni na świecie między innymi po to, żeby każdy mógł zobaczyć jaki świat jest różnorodny. Choć oczywiście to trudny proces i niestety nie idzie w dobrym kierunku 🙁 Pozostaje nam tylko być dobrej myśli, że ten świat mimo wszytko ocaleje i zdążysz go zobaczyć 🙂

  3. Z przyjemnością obejrzałam zdjęcia i film. 4 lutego 2010 r. byłam na tym niezwykłym targowisku. Do tej pory czuję „niedosyt” Etiopii, w której byłam zaledwie 19 dni. Marzę o tym by tam powrócić 🙂
    Serdecznie pozdrawiam 🙂

  4. Witaj 🙂
    Teresa, ja też ciągle czuję niedosyt tego miejsca. Etiopia to kraj niezwykły i można tam wracać, bo zawsze nas czymś oczaruje. Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj