Naszym „domem” na kolejne dni staje się hotel Goh. Położony, jak na Dżinkę przystało przy lotnisku, na skraju pasa startowego, ale nie martwię się tym, że samoloty nie dadzą nam spać :). W przewodniku hotel opisano jako „nowoczesny, najlepszy w tej kategorii cenowej”- najniższej zresztą. No cóż, autor pisząc o nowoczesności miał chyba na myśli fakt, że w pokojach są okna i drzwi. To jedyne oznaki nowoczesności! Pokoje raczej przypominają cele więzienne. Małe, ciasne i na dodatek w oknach metalowe kraty a metalowe drzwi (raczej nie do pokonania z zewnątrz) uroku również nie dodają. Zastanawiam się czy to z braku innych materiałach budowlanych czy na wypadek jakiejś rewolty? Generalne można czuć się w takiej klitce bezpiecznie 🙂

Przez pierwsze dni gdy zjeżdżaliśmy na nocleg do hoteli z reguły pierwszym pytaniem było czy ktoś ma w pokoju ciepłą wodę? Nigdy jej nie było. Teraz już pytanie zmieniło się na inne: czy w ogóle jest woda?! Już nie potrzebuję ciepłej, potrzebuję w ogóle wody, może być zimna! Niestety i tym razem w hotelu nie ma wody i oczywiście prądu. Ponoć w całym mieście nie ma prądu. Na szczęście jest studnia i wiadra w łazienkach, więc wodę można sobie zorganizować. Ciągle moje wewnętrzne ja „błaga” o ciepły prysznic. Jeszcze nie umiem wyzwolić się z luksusów mojego codziennego życia w Polsce. Jestem brudny, bo właściwie niemal od tygodnia nie miałem okazji się umyć (tak ja rozumiem tą czynność) i niestety mi to zaczyna dokuczać. Czuję się z tym źle. Jak dobrze, że wymyślono antyperspiranty, przynajmniej nikt z nas nie śmierdzi 🙂

Nie wiem czy to z powodu nagromadzenia emocji i wrażeń, czy po prostu mam tego już dosyć ale to właśnie w Dżince nastąpił we mnie jakiś przełom. Usiadłem na murku przed pokojem, wściekły i zły, zmęczony, spocony i spragniony zimnej coli, nie zważając na to, że wybrudzę ostatnią parę czystych spodni i pomyślałem, że to ponad moje siły. Nie mam w sobie przełącznika, który wcisnę na tryb Afryka. Jestem z innej cywilizacji i mimo, że się staram zrozumieć, dopasować i nie oceniać, nie wartościować tylko chłonąć, nie daję rady. Przyszedł kryzys.

Nie jestem samotnikiem, ale są chwile gdy muszę być sam. Pewnie nie wyruszyłbym w świat zupełnie sam, bo lubię towarzystwo, jednak podczas każdej podróży muszę się, choć na chwilę odłączyć od grupy i pobyć samemu. Do tej pory nie miałem okazji, udało się to właśnie tutaj. Chyba wszyscy przeżywali jakiś kryzys, bo poznikali w pokojach. Długa droga na południe oraz ta inność, którą spotykaliśmy codziennie dała nam w kość. Kolejne miejsce bez wody i prądu również było ciężkie do zniesienia. Tak siedząc na tym murku w piachu i kurzu, palącym słońcu nie bardzo wiedziałem jak opanować te złe emocje.

Schowałem się w cień obok rosnącego drzewa i tak siedząc już bezpośrednio na ziemi pod tym drzewem nagle niemal na głowę spadł mi jakiś zgniły owoc, który rozwalił się na ziemi tuż obok obryzgując mnie lepiącym miąższem. No tak, jeszcze będę się kleił i odganiał pewnie od natarczywych afrykańskich much! Wszystko przeciwko mnie. Podnoszę głowę i widzę piękne zielone drzewo na którym aż roi się od dojrzałego mango. Cudny widok. Żółto, pomarańczowe owoce wyglądają na tle tej całej beznadziejności jak bombki na bożonarodzeniowej choince. Jednak jest w tym miejscu coś fajnego, coś ładnego, coś co pozwala zapomnieć o codziennych trudach podróżowania po Etiopii. Drobiazg, który sprawił, że momentalnie wrócił mi optymizm i wiara w to, że przecież nie warto się denerwować tym wszystkim, przecież to moja ukochana Afryka. Tutaj tak właśnie powinno być, spodziewałem się tego wszystkiego. Liczyłem się z brakiem wody, prądu, niewygodami. Jest cudnie! Złość zamieniła się w radość a właściwe w szyderczy śmiech z samego siebie. Jak ciężko nam się wyzwolić z naszych nawyków, przyzwyczajeń i europejskich oczekiwań! Jak ciężko zrozumieć tak inny świat!

Dostaję tutaj w Dżince właśnie to wszystko po co tutaj przyjechałem. Dostaję prawdziwą Afrykę, nie tą romantyczną z filmów i książek, czy nawet nie tą „ugrzecznioną” jak w Kenii. Doświadczam na własnym ciele a bardziej we własnym umyśle pewnej traumy, którą chyba trzeba przejść aby zrozumieć, aby się pogodzić, aby się cieszyć. To się dzieje tu i teraz, pod tym drzewem pełnym owoców mango, siedząc na ziemi w kurzu doświadczam czegoś, czego nawet nie umiem nazwać. Jednak jest to tak silne, ze zostaje już ze mną do końca. Dobry humor wraca i nie ma już żadnego znaczenia, że moje spodnie z niebieskich zrobiły się szare a innych czystych już nie mam. No i co z tego, że będę brudny? Tutaj nikogo to nie interesuje. Jest cudnie!

Z własnymi emocjami sobie poradziłem, ale z odczuwanym pragnieniem już sam nie dam rady, więc czas na znalezienie jakiegoś baru. Na szczęście okazuje się, hotelowa restauracja działa. Uff.. siadam pod parasolem, trzeba uważać bo ten niby parasol „ledwo żyje” a nie chciałbym aby spadł mi na głowę, ale co tam. Jest cudnie! Po dłuższej chwili podchodzi Pani kelnerka, sympatyczna dziewczyna z uśmiechem od ucha do ucha, proszę o colę (w duszy licząc, że będzie zimna, choć to raczej mało prawdopodobne skoro nie ma prądu). Znowu mija z 15 minut gdy kelnerka wraca z uśmiechem i informacją, że coli nie ma. Cholera a mi się tak chce pić! Jestem uzależniony od tego napoju a poza tym ponoć picie go w tropikach zapobiega rewolucjom żołądkowym (tego nie jestem pewien – ale mam wiarę) natomiast wiem, że im więcej jej piję tym więcej chce mi się pić, w to wierzę – pragnienia colą raczej się nie ugasi. Pytam więc co jest do pica, na co sympatyczna kelnerka odpowiada, że nie wie ale pójdzie zapytać! To jest dopiero obsługa ale co tam, jest cudnie! Mija kolejne 15 minut i dowiaduję się, że jest tylko woda i piwo. Nic innego do picia nie ma! Kurcze znowu myślę: ot, to jest to – wybór jak na hotelową restaurację imponujący. Jest cudnie! Ponieważ wody opijam się codziennie litrami zamawiam piwo. Na szczęście dostaję zimne! Niebo w gębie i jednocześnie jakby w pakiecie z zimnym piwem wraca nadzieja, że brak prądu jest tylko chwilowy a nie permanentny, na co dowodem jest chłód zatrzaśnięty jeszcze w lodówce. Pewnie prąd wyłączyli niedawno i zaraz będzie.

Jako ciekawostkę napiszę Wam jeszcze, że od momentu kiedy usiadłem do stolika a do chwili gdy dostałem piwo minęła mniej więcej godzina czasu, a byłem jedynym klientem! Cała Afryka! Pojęcie czasu i pośpiechu tutaj nie istnieje. Prawie umarłem z pragnienia czekając na tą butelkę. Jest cudnie! Po chwili do stolika przysiada się Bogdan a kelnerka nieco się ożywia, wiec następne piwa pojawiają się szybciej. Rozmawiamy o dzisiejszym dniu, wrażeniach i zawiedzionych nadziejach. Brak wody doskwiera wszystkim, wyczuwam pewne napięcie. Jednak w pewnym momencie Bogdan (autor zdjęć, portretów cudownych dzieciaków zamieszczonych w tym wpisie) mówi, że mi dziękuje! Prosto, po ludzku, szczerze, bez zbędnych słów. Nieco zdziwiony pytam za co?  Za to, że tu jesteśmy – słyszę w odpowiedzi. Nie spodziewałem się usłyszeć czegoś takiego. Nie moja to zasługa. Niczego nikomu nie dałem, nikt mi niczego nie zawdzięcza, po prostu przyjechaliśmy razem. Ten prosty gest Bogdana okazał się dla mnie bardzo ważny. Wiem, że kryzysy przechodziliśmy wszyscy, zwłaszcza w Dżince, gdzie warunki były najgorsze a my zmęczeni. Jednak jest coś ponad to wszystko, jest magia Afryki i działa nie tylko na mnie, to dziękuję było na to dowodem. Jest cudnie!

Podczas kolacji o dziwo podanej na ciepło (jak oni to robią bez prądu?) oczyściliśmy atmosferę w naszej grupie. Każdy powiedział co mu „leżało na wątrobie” , padło wiele przykrych słów ale więcej było słów przepraszam. To było i ważne i potrzebne, bo po tym przełomie już nigdy nie było żadnych problemów (choć nie wszyscy darzyli się „miłością braterską”). Jedzenie nie było jak zwykle zbyt wyszukane, wybór jak na Etiopię przystało – żaden. Za to była pyszna zupa, której dwa talerze były całym moim wieczornym posiłkiem (nie licząc oczywiście piwa). Przyzwyczaiłem się już chyba do tego, że tutaj je się mało. Głodny nigdy nie byłem a że marzyłem o frytkach, no cóż … europejskie nawyki. Jest cudnie!

Niestety woda w prysznicu się nie pojawiła, ale po kilku piwach nie maiłem już problemu aby „zażyć kąpieli” polewając się wodą z wiadra. Prądu też nie było, więc w ciemnej łazience (co potem okazało się ważne) polewając się wodą z przekrojonej na pół plastikowej butelki z napisem „for the better life” (!!!) zanosiłem się śmiechem. Nie dlatego, że byłem pijany ale dlatego, że byłem szczęśliwy. Przekonałem się, że w radości takiej szczerej nie udawanej z łatwością pozbywamy się całego napięcia i stresu, który jest nieodłącznym elementem każdej podróży w ciężkich warunkach.

Rano obudziłem się słysząc dochodzący z łazienki krzyk. „Adam, chodź zobacz w czym my się wczoraj myliśmy! Takiego syfu jeszcze nigdy nie widziałem!” Skoczyłem na równe nogi  ale nie wystarczyło mi odwagi aby zerknąć do wiadra. Wolałem pozostać nieświadomy. Przez głowę przeleciała mi tylko jedna myśl – ciekawe czy złapałem jakieś pasożyty! No i po co ja wożę ze sobą płyn do uzdatniania wody, skoro i tak myję się w jakimś syfie!? Ok., może jeszcze się przydać w sytuacji gdy trafimy na miejsce gdzie nie będzie nawet wody do picia. Brak prądu spowodował jeszcze jeden problem. Nasze baterie w aparatach tracą moc. Nie ma jak ich naładować. Turysta bez aparatu (a zwłaszcza ja i zwłaszcza w Etiopii) jest jak bez rąk, nóg, oczu i innych organów. Koszmar na własne życzenie. Zapomniałem przed wyjazdem zaopatrzyć się w dodatkowy akumulator. Wypadło mi to po prostu z głowy. Tutaj sklepu Nikona też nie znajdę 🙂 Na szczęście nasz etiopski przewodnik obiecuje zabrać nasze baterie i naładować je gdzieś w miejscu gdzie mają generator prądu. Rano odbieramy naładowane baterie ale niestety ładowały się tylko godzinę, bo skończyło się paliwo do generatora prądu! Mam nadzieję, że to wystarczy no i pozostaje wiara, że może dzisiaj prąd się pojawi w hotelu.

„Odnowiony” psychicznie, rozbawiony porannymi „przygodami” z brudną wodą, po sutym śniadaniu, na które składał się chleb i dżem (na omlety nie mogę już patrzeć) i jak zwykle przepyszna kawa (nie ma prądu, ale jest gorąca kawa!), jestem gotowy na spotkanie, którego nie tylko ja boję się najbardziej. Jedziemy do plemienia o którym kiedyś przeczytałem:

„ … Zaczyna się robić nerwowo… zachowują się agresywnie – szarpią nas i popychają, uderzają… Nasz przewodnik w tym czasie biega jak oszalały. Do wozów! Do wozów!… Z rozmyślań wyrywają mnie odgłosy wystrzałów z kałacha…”

Po takim opisie zastanawiam się na ile to jest bezpieczne jechać do tego plemienia? Mimo wszystko, chciałbym jeszcze zobaczyć drzewo mango rosnące obok mojej „celi” w hotelu Goh w Dżince. Ruszamy w paszczę lwa, a raczej w cień karabinów AK 47. Jest cudnie!

Na koniec jeszcze króciutki filmik nagrany w czasie naszego postoju w warsztacie, gdzie czyszczono filtr powietrza w naszym samochodzie. Tuż obok był sklep ze sprzętem stereo 🙂 (widoczny wyżej na zdjęciu) jego właściciel puścił nam jakiś miejscowy hit, który słychać w tle. Bo choć na pierwszy rzut oka w Dżince nic nie ma, to jednak okazuje się, że jest większość tego czego człowiek potrzebuje do życia a muzyka jest przecież częścią tych potrzeb 🙂

 

2 komentarzy do “Jest cudnie!”

  1. wiesława :

    Adam! Skwituję to tak:”JEST CUDNIE”!

  2. oj tak, tak, tak… jest cudnie 🙂

Skomentuj