Jedną z wielkich atrakcji parku Necz Sar są niewątpliwe dwa jeziora położone tuż obok siebie. Choć sam park, jak już pisałem nie obfituje w zbyt dużą ilość zwierząt, to jednak jeziora, na szczęście to inna bajka. Jednak co najciekawsze poza zwierzętami, które żyją w ich wodach okazuje się, że ludzie też korzystają z dobrodziejstw mieszkania w ich okolicy. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie łowią ryby w jeziorze. Jednak tutaj robią to z wąskich łodzi, zaledwie kilka drewnianych bali związanych ze sobą i kij służący za wiosło, a dookoła mnóstwo krokodyli i hipopotamów! Nie wiem jak ludzie ułożyli sobie „współpracę” z tymi zabójcami ale muszą mieć jakiś układ :). Ja będąc na łódce wcale nie czułem się pewnie a oni niemal bezbronni pływają w wodzie!

Pomiędzy oboma jeziorami rozłożyły się góry. Tylko wąski górzysty pas oddziela wody obu jezior od siebie (kiedyś było to jedno jezioro). Ten wąski pas wzniesień nazywany jest „Mostem Boga”. Ponoć dlatego, że wspinając się nań wąską ścieżką docieramy do punktu z którego rozpościera się fantastyczny, niemal rajski widok. Jak u Pana Boga w edenie. Po jednej stronie mamy jezioro Abbaja a po drugiej jezioro Czamo (Chamo) i położone na nim wulkaniczne wysepki. Trzeba przyznać, że widoki w całej Etiopii (nie tylko tutaj) są spektakularne. Chyba jeszcze nigdy nie byłem w kraju tak pięknie ukształtowanym i tak różnorodnym na każdym kroku. Zachwycać się można całymi dniami, żeby jeszcze nie było tak gorąco!Słońce niemiłosiernie grzeje, ale to w końcu pora sucha.

Jezioro Abbaja położone jest na wysokości 1286 m n.p.m. i liczy 1160 km2 powierzchni. Jest to pod względem wielkości drugi akwen w Etiopii, większe jest tylko jezioro Tana na północy kraju. Rozciągające się dalej od niego, na południu jezioro Czamo zajmuje trzecią pozycję, mimo że jest ponad połowę mniejsze niż sąsiadka Abbaja. Oba jeziora są dość płytkie – ich maksymalna głębokość wynosi odpowiednio 13 i  10 metrów – jednak jest pomiędzy nimi jeszcze inna różnica. Jeziora mają zupełnie inny kolor, a raczej woda w tych jeziorach jest zupełnie innej barwy.

Abbaja, zwana także Kai Hajk („czerwone jezioro”) ma niezwykłą rudą barwę, natomiast Czamo – standardową niebieską. Miedzy innymi z tego powodu widok z „Mostu Boga” jednocześnie na oba jeziora, jest tak piękny. Niestety w żadnym z tych jezior nie możemy się kąpać. Wody prawie wszystkich stojących zbiorników wodnych w Afryce nie nadają się dla nas do kąpieli. Jedynym jeziorem wolnym od zarodźców bilharcjozy w Etiopii jest jezioro Langano. Nie będę szczegółowo opisywał co to za pasożyty, żeby nie psuć Wam humoru, napisze tylko, że są paskudne . Gdybyście jednak mimo wszystko chcieli się ochłodzić w wodach takiego jeziora warto przestrzegać kilku zasad (albo nie jesteście pewni czy kąpiel jest bezpieczna):
  • kąpiel w niepewnym zbiorniku wodnym (dotyczy tylko słodkowodnych) nie powinna trwać dłużej niż 10 minut
  • należy poszukać miejsca oddalonego minimum o 200 metrów od wioski czy innych zabudowań, zwłaszcza gdy brzegi porasta trzcina lub w wodzie znajdują się wodorosty
  • należy dokładnie się osuszyć
  • kąpać się wcześnie rano i posmarować się środkiem zawierającym DEET (min. 50% stężenie)

Jednak najrozsądniej jest unikać takich miejsc albo poszukać wartkiej rzeki. Zazwyczaj płynąca woda jest czysta i pozbawiona pasożytów (jednak nie jest to regułą). Za to są krokodyle, przynajmniej w Afryce :). Więc nie wiadomo co lepsze. To straszne uczucie gdy jest bardzo gorąco a dookoła rozpościerają się piękne jeziora, jednak nie można się ochłodzić w ich wodach. Męczarnia!

Pierwszy europejski podróżnik, który przybył w te rejony Arthur Donaldson-Shmith, w 1895 roku przejeżdżał tędy w drodze na północny wschód do Turkany z nadzieją na potwierdzenie pogłosek o rzekomym „jeziorze Aballa”. Okrył, że miejscowi tak naprawdę nazwali je Abbaja, ale akwen, do którego go doprowadzono, to prawdopodobnie nie była Abbaja, lecz Czamo. Rok później włoski odkrywca Vittorio Bottego jako pierwszy Europejczyk dotarł do brzegu większego zbiornika, który ochrzcił Regina Margerita – pod tą nazwą był znany do końca epoki cesarstwa. W przeciwieństwie do określenia Czamo, stosowanego przez zamieszkujący południowy brzeg jeziora lud Burji, nazwa Abbaja ma słabe uzasadnienie historyczne.

Akwen ma sporo tradycyjnych nazw, m.in. Gumaraki, Jegidiczo, Begade, Beki, Kai i Dambala, ale nie Abbaja, co dosłownie znaczy „duża woda” i dotyczy generalnie każdego większego zbiornika słodkowodnego w kraju (to było właśnie jednym z powodów nieporozumienia podczas wyprawy Donaldsona-Smitha). Tyle „nudów” geograficzno – odkrywczo – podróżniczych. Popłynęliśmy na jezioro przede wszystkim dla hipopotamów i krokodyli. Przecież Afryka to zwierzęta a my do tej pory widzieliśmy tylko zebry. Tym chętniej pakujemy się do małej łódki i ruszamy.

Tym razem nie było żadnego rozczarowania. No może poza tym, że hipopotamy (dokładniej hipopotamy nilowe) nie pokazały nam więcej niż czubki swoich wielkich nosów i uszy. Niestety w ciągu dnia, te jedne z najbardziej niebezpiecznych zwierząt Afryki, które ponoć zabijają więcej ludzi niż lwy (choć nie ma wiarygodnych statystyk, które by to potwierdzały), ciągle leniwie odpoczywają w toni jeziora. Jednak rzeczywiście było ich dużo i zdecydowanie były bardziej agresywne niż te, które oglądałem w jeziorze Naivasha w Kenii. Pływając małą łódką pośród tych prychających olbrzymów trzeba mieć silne nerwy. Nawet nie chcę myśleć co by się mogło stać, gdyby wysiadł nam silnik w łodzi i utknęlibyśmy wśród tych zwierząt! Mimo wszystko uwielbiam obserwować te zwierzęta, podobne nieco do świń, choć im najbliższymi żyjącymi krewnymi są wieloryby i delfiny! Pewną ciekawostką jest to, Toeris – bogini z głową hipopotama (z mitologii egipskiej), była bóstwem opiekuńczym w czasie ciąży i połogu, czyli już starożytni Egipcjanie dostrzegli jak wielką troską samice otaczają swoje młode. Już wiemy dlaczego są zatem tak agresywne.

Nasyciwszy oczy hipopotamami popłynęliśmy w miejsce zwane „targiem krokodyli”. Jest to miejsce gdzie na piaszczystych plażach, tym razem w pełni okazałości, wygrzewają się dziesiątki krokodyli. Cóż to był za widok!!! Ogromne gady niewzruszenie przyglądały się naszej małej łupince i pewnie zastanawiały się czy aby nie przypłynął jakiś posiłek :). Choć nie był to pierwszy raz gdy oglądałem krokodyle i nie stanowiły one dla mnie jakiejś szczególnej atrakcji, to muszę przyznać, że tutaj otwierałem buzię z zaskoczenia. Tak dużych, pewnie spokojnie niektóre mierzyły po 5 lub 6 metrów i w takich ilościach jeszcze nie widziałem nigdzie. Tym bardziej, że to zupełnie dzikie gady i  mam okazję przyglądać się im w naturalnych warunkach. Zupełnie inaczej odbiera się widząc dzikie krokodyle niż np. na jakiejś fermie – jak miałem okazję oglądać na Kubie.

Wielkie cielska postanowiły się ruszyć dopiero jak zaczęliśmy je drażnić rykiem naszego silnika. Powoli wchodziły do wody i znikały. Inne szybko biegły aby schronić się w spokojnej wodzie jeziora. Jestem przekonany, że każdy z tych krokodyli gdyby tylko miał taki kaprys wywróciłby nasza łódź do góry nogami i miałby niezłą przekąskę. Jednak krokodyle nie miały ochoty na polowanie. W zaroślach na brzegu dojrzeliśmy ogromną bestię. Wielki krokodyl leżał nieruchomo. Tuż pod nosem spacerowała mu czapla a z tyłu za nim biegały małpy, jakby się z nim drażniąc! On niewzruszony wygrzewał się na słońcu i ani drgnął. Obrazek niesamowity, jakby kadr z filmu przyrodniczego. Wielki krokodyl nawet nie mrugnął powieką. Był tak ogromny, że zaczęliśmy się śmiać, że jest nie prawdziwy. Przewodnik, który był z nami na lodzi chyba wziął sobie za punkt honoru udowodnienie nam, że jednak krokodyl jest żywy i jak najbardziej prawdziwy. Złapał jakieś gałązki pływające w wodzie i rzucał obok krokodyla. Jednak nasza bestia ani drgnęła. Do czasu, każdy ma przecież swoją cierpliwość. Nagle krokodyl szybko, niczym sprinter rzucił się w stronę wody, tym samym w naszą. Chyba nawet nasz przewodnik i sternik trochę się przestraszyli ogromem tego zwierzęcia, bo szybko dodał gazu i czym prędzej odpłynęliśmy na przyzwoitą odległość. „Targ krokodyli” jest miejscem pięknym, dzikim i należy do zwierząt. Piękne miejsce!

Oczywiście skoro jesteśmy nad jeziorem a w jeziorze są ryby nie może zabraknąć tutaj i ptaków. Na okolicznych wysepkach roi się od pelikanów, czapli, marabutów, kaczek i innych ptaków, których nie umiem nazwać. Oglądamy przede wszystkim pelikany, których widać tutaj trzy różne gatunki. Od białych, poprzez czerwone do szarych. Nad naszymi głowami krążą setki ptaków, szybują wykorzystując ciepłe prądy powietrza, widok cudowny. Patrzymy tak kilkanaście minut na ten ciągły ruch, na czyszczenie piór, zaloty i kłótnie. W takim miejscu można zupełnie stracić poczucie czasu i rzeczywistości. Gdyby tutaj jeszcze były flamingi tak jak w kenijskim jeziorze Nakuru byłoby tutaj jak w raju. Nie można oprzeć się wrażeniu, że każde jezioro znajdujące się w Wielkim Rowie Afrykańskim (a te właśnie leżą w tym miejscu) jest jak wycinek Arki Noego. Tutaj takie wrażenie potęgują otaczającym jeziora góry. Kenijskie jeziora Wielkiego Rowu nie są tak spektakularnie położone. W Kenii jest raczej płasko.

Na temat fenomenu natury jakim jest system afrykańskich rowów pisałem już przy okazji podróży do Kenii. Ci wszyscy, którzy czytali wiedzą już, że jest to największy jednostkowy obiekt geograficzny na naszym kontynencie. Jako jedyny był widoczny przez astronautów, którzy obserwowali Ziemię z powierzchni Księżyca. Uskok ten ciągnie się przez obszar 4 tysięcy kilometrów – od Morza Czerwonego do doliny Zambezi w obecnym Mozambiku. Dwa najwyższe szczyty Afryki, Kilimandżaro i Mount Kenia, mimo że leżą poza tym obszarem, mają pochodzenie wulkaniczne związane z tworzeniem się Rowu.

Etiopska cześć systemu Wielkich Rowów zwana Rowem Abisyńskim ciągnie się od Morza Czerwonego do Jeziora Turkana na granicy z Kenią. W północnej części kraju tworzy on Kotlinę Danakilską, następnie, na wschód od Addis Abeby, dolina zwęża się. Rów Abisyński tworzy ważną barierę uniemożliwiającą przemieszczanie się zwierząt i rozprzestrzenianie się roślin. Z tego powodu występowanie wielu gatunków ogranicza się tylko do jednej z jego stron, a inne różnicują się, żyjąc po obu stronach Rowu, tworząc jednak odrębne gatunki.

Południowa cześć Rowu Abisyńskiego w granicach Etiopii jest niżej położona, cieplejsza i suchsza w porównaniu z innymi gęsto zaludnionymi rejonami kraju. Tereny te, porośnięte akacją i usiane jeziorami, należą do niewielu części Etiopii uosabiających wyobrażenie o Afryce. To tutaj poczujemy czar, piękno i romantyzm Afryki. Trochę tutaj podobnie do pojezierzy w Kenii. Sześć dużych jezior na terenie Etiopii powstało w wyniku działalności lodowca, początkowo tworząc dwa akweny – jeden dał początek dzisiejszym zbiornikom Zyuaj, Abiata i Langano, z drugiego utworzyły się właśnie Abbaja i Czamo*.

* „Etiopia”, Philips Briggs, Wyd. Global PWN, 2010

Na południe od jeziora o którym pływamy, czyli od jeziora Czamo, Rów Abisyński rozszerza się, przechodząc w gorące, porośnięte niskimi zaroślami pustkowia w pobliżu granicy z Kenią. Tutaj leży właśnie jezioro Turkana. Właściwie niedostępne od strony Etiopii, gdyż przeważająca jego część leży na terytorium Kenii właśnie. No a stąd już blisko do najważniejszych etiopskich parków narodowych: Omo i Mago, które należą do najbardziej odludnych rezerwatów w Afryce. Oczywiście oba parki są celem naszej podróży, jednak jeszcze długa droga przed nami i wiele przeżyć po drodze. Czy coś przebije swym urokiem „Targ krokodyli”? Najbliższe tygodnie pokażą, ale już jestem pewien, że przygoda się dopiero zaczyna…

Skomentuj