Mursi (inne nazwy tego plemienia to Mun, Murzu) zamieszkują dolny odcinek doliny rzeki Omo (w języku Mursi Warr) mniej więcej 100 kilometrów na północ od granicy z Kenią. Omo jest jedną z największych rzek Etiopii. Płynie przez 760 kilometrów (niektóre źródła podają, że 1000 kilometrów) rozpoczynając swój bieg w środkowej Etiopii a kończąc wpadając do jeziora Turkana. Do jej największych dopływów nalezą Gibe, Mago i Mara. To właśnie te rzeki determinują zarówno terytorium Mursi (od zachodu i południa Omo, od wschodu Mago, na północy rzeka Mara) jak i rytm ich życia. Jednocześnie tereny te obfitują w wiele jeszcze nie rozpoznanych do końca stanowisk archeologicznych i cała dolina rzeki Omo wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury i Przyrody UNESCO.

Obecnie tereny na których żyje ten lud są przekształcone w parki narodowe. Jeden z nich to Park Narodowy Omo, drugi to Park Narodowy Mago. Utworzenie tych parków oraz koncesje na odstrzał zwierzyny przyczyniły się do znacznego spadku poziomu życia tych ludzi i o mało nie przyczyniły się do zniknięcia kilku plemion z tych terenów . W ciągu ostatnich kilkudziesięcioleci w obliczu zagrożeń takich jak susza, próba zawłaszczenia ich terytoriów pod grunty rolne i pastwiska, rozprzestrzenianie się broni automatycznej standard ich życia, który i tak zawsze był bardzo trudny i niski jeszcze się pogorszył.

Teren Parku Narodowego Mago, utworzonego w latach 60. XX wieku na powierzchni 2162 km2 graniczy na północnym – zachodzie z Parkiem Narodowym Omo (4068 km2), w wyniku czego oba chronione obszary tworzą jedną dużą jednostkę ekologiczną. Są to tereny najbardziej przypominające słynne sawannowe rezerwaty w Afryce Wschodniej. Dominują tutaj gęste lasy akacjowe, poprzeplatane niewielkimi terenami otwartej sawanny, dziewicze lasy ciągnące się wzdłuż rzeki Mago oraz bagna Neri. Przeważająca część parku leży na dnie Rowu Abisyńskiego na wysokości poniżej 500 m n.p.m., przez co jest tu upalnie i parno, ale północne rejony gwałtownie się wznoszą na krawędź Rowu, aż do liczącego 2528 m n.p.m. szczytu Mago.

Na długiej liście mieszkańców parku znajduje się prawie sto gatunków ssaków, choć w wyniku wielu lat kłusownictwa i niedostatecznych środków ochronnych populacje wielu z nich zostały silnie przetrzebione. Strażnicy parku opowiadają o niegdyś żyjących tutaj stadach bawołów, które liczyły w przeszłości około 1000 sztuk a dzisiaj skurczyły się do 400. Przetrwało zaledwie około 200 słoni i zarówno one jak i inne duże ssaki roślinożerne należą do rzadkości. Z drapieżników wiadomo, że żyją tutaj szakale, lamparty, gepardy, lwy. Populację tych ostatnich szacuje się na około 200 osobników. Można również spotkać żyrafy, których żyją tutaj dwa gatunki. Najpopularniejsze są zebry, pawiany, koczkodany, gerezy i inne małpy. Nie przyjeżdża się tutaj jednak dla zwierząt więc spotkanie z każdym przedstawicielem fauny jest ogromną radością i niemal widokiem niezwykłym.

Temat ochrony przyrody w kontekście Mursi jest tematem trudnym. Z jednej strony bardzo byśmy chcieli żeby oba parki były oazą spokojnego życia dla dzikich zwierząt (tak jak to jest w Kenii czy Tanzanii) z drugiej jednak dzisiaj wydaje się, że jedynym sposobem aby to osiągnąć jest przesiedlenie żyjących tam Mursi i innych plemion. Na pytanie co jest ważniejsze: dzikie zwierzęta czy ludzie? – ja zawsze odpowiem ludzie. Zarządzanie nad parkiem przekazano jakiś czas temu prywatnej holenderskiej fundacji African Parks Foundation (tej samej, która miała zarządzać parkiem Necz Sar i się z tego wycofała w 2008 roku). Na początku 2005 urzędnicy etiopscy ustalili granice obu parków – nie były one wytyczone dokładnie w momencie ich powstawania w 1966 (Omo) i w 1978 (Mago) roku. Urzędnicy wyznaczyli współrzędne na podstawie GPS i wyszło im, że trzeba przesiedlić około 40 tysięcy żyjących tam ludzi. Przy pomocy policji zmuszano Mursi aby podpisali (poprzez odciśnięcie palca) dokument, którego nie potrafili przeczytać a tym bardziej zrozumieć a mówiącego o tym, że zostają wysiedleni. Zrobiono z nich nielegalnych mieszkańców ziem, które od wieków należały do nich. Znane są przekazy ustne o straszeniu przez urzędników z Parku Mago mieszkających w osadzie zwanej Kon Ba Mursi, że albo się wyniosą albo „we wsi wybuchnie wielki pożar”.

APF (Fundacja Parków Afryki) to holenderska organizacja non – profit silnie powiązana z RPA. Przejęła zarządzanie Parkiem narodowym Omo w styczniu 2006 roku. Początkowo miała również przejęć zarządzanie parkiem Mago. Jednak gdy organizacje zajmujące się prawami człowieka a przede wszystkim mniejszościami narodowymi podniosły alarm zarząd fundacji odciął się od tych praktyk mówiąc, że „nie mają wpływu na to co robi rząd Etiopski”. Paul van Vlissingen szef fundacji w odpowiedzi na pojawiające się raporty całą winę za zaistniałą sytuację zrzucał na władze Etiopii, tłumacząc, że fundacja nigdy nie przyłoży ręki do wysiedleń.  Jednak na spotkaniu z rdzennymi mieszkańcami z Omo, na obawy wyrażane przez starszyznę plemienną, że rozgraniczenie obu parków i zakaz wstępu do nich pozbawi ich dostępu do pastwisk i gruntów rolnych a co za tym idzie umrą, niejaki van Vlissingen z APF powiedział, że fundacja nie ma żadnych planów aby usunąć rdzennych mieszkańców bo „nie są rządem”.

Odpowiedź pokrętna, bo w świetle dokumentów fundacja nie zawarła żadnego zapisu w umowie o zarządzanie parkiem, mówiącego o tym, że miejscowa ludność może tam nadal mieszkać! Takie stawianie sprawy było nieetyczne ze strony APF, które miało moralny obowiązek zapewnienia aby sposób w jaki zarządza parkami był zgodny z międzynarodowymi wytycznymi w odniesieniu do podstawowych, przyjętych przez międzynarodowe organizacje praw dotyczących ludności tubylczej i plemiennej w krajach niezależnych. Prawa własności i posiadania zainteresowanych narodów ziem, które zajmują zgodnie ze swoją tradycją. Ponadto należy podjąć odpowiednie środki ochrony (jeżeli zachodzi taka konieczność) by zapewnić takie prawo nie tylko w odniesieniu do użytkowanych ziem ale również w odniesieniu do tradycyjnych sposobów utrzymywania się i działalności tradycyjnej. Szczególną uwagę należy zwracać na sytuację ludów koczowniczych, które tradycyjnie znają się na rekultywacji gruntów i mądrym ich użytkowaniu od setek lat (to w odniesieniu do Mursi). Tak mówią przepisy, z których APF raczej nic sobie nie robiła.

Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) organizacja zajmująca się ochroną przyrody, która skupia 83 państwa, ponad 1000 agencji rządowych i organizacji pozarządowych oraz ponad 11 tysięcy ekspertów i naukowców ze 160 krajów konsekwentnie forsowała stanowisko do posiadania prawa rdzennej ludności do ziemi. Podstawową zasadą organizacji jest takie tworzenie obszarów chronionych, które nie może zaostrzać ubóstwa miejscowej ludności i pozbawiać ich kluczowych zasobów utrzymania, uzależniając przy tym miejscową ludność od pomocy żywnościowej z zewnątrz. Swoje zaniepokojenie wyraziło również wiele innych organizacji walczących o prawa człowieka. W grudniu 2007 roku African Parks Foundation (APF) wydało oświadczenie, że wycofuje się z przejmowania etiopskich parków narodowych. Na razie Mursi mogą mieszkać na swoich ziemiach. Jednak nadal pozostał problem ochrony dzikich zwierząt. Niestety odkąd powszechne jest posiadanie broni maszynowej (choć w Etiopii jest zakaz jej posiadania) wydaje się ten problem nierozwiązywalny. Mursi zawsze polowali na zwierzęta, zabijali tylko tyle aby żyć, zawsze wypasali bydło na sawannie konkurując z dzikimi zwierzętami. Przez setki lat ta ekologiczna współpraca działała. Wszystko zmieniło się gdy w latach 80. XX wieku szerokim strumieniem zaczęła napływać do Afryki broń. Na dzień dzisiejszy Etiopia nie ma pomysłu i pieniędzy jak pogodzić te dwa światy z korzyścią dla każdego z nich.

Większość plemiennego terytorium Mursi to obszar powulkaniczny, zdominowany przez pasmo wzgórz biegnące po przekątnej od południowego zachodu na północny wschód. Klimat jest półsuchy i suchy, ze średnią sumą opadów rocznych wahających się  w porze deszczowej od ok. 800 mm i spadającej nawet do 400 mm w ciągu roku ( dla przykładu dalej na południe położona Kenia ma średnią opadów nawet do 1000 mm). Jednak większość tych opadów przypada jedynie na dwie krótkie pory deszczowe. Pierwsza w marcu i kwietniu, wówczas występują duże opady, które Mursi nazywają oiyoi oraz w październiku i listopadzie gdzie pada już mniej, są to tzw. małe deszcze –w języku Mursi zwane loru. Opady mają ogromny wpływ na Omo – poziom rzeki podnosi się i opada w zależności ile wody spłynie z pobliskich gór. Rzeka zaczyna przybierać w kwietniu lub maju aby osiągnąć swoje maksimum w sierpniu lub wrześniu. Wówczas zalewa przybrzeżne tereny użyźniając glebę. Po osiągnięciu tego maksimum rzeka cofa się gwałtownie i właśnie wówczas Mursi zaczynają przygotowywać swoje pola pod uprawy. Przed nadejściem pory suchej (w języku Mursi zwanej su kiango) plony muszą być zebrane. Niestety cyklicznie powtarzające się susze powodują, że Omo nie wylewa. Pola nie są nawadniane a Mursi cierpią przerażający głód. Brak opadów a co za tym idzie zmniejszenie się ilości wody w rzece powoduje również spadek poziomu wody w jeziorze Turkana w Kenii. Na dodatek wysychają dopływy Omo i cały teren z sawanny zamienia się w pustynię. Tradycyjne pastwiska, gdzie Mursi wypasają swoje bydło nie są w stanie już nakarmić krów. Na dodatek stada krów są dziesiątkowane przez roznoszące gorączkę afrykańską muchy tse – tse.

Najłatwiej i najczęściej odwiedza się osady Mursi położone w Parku Narodowym Mago. Nie ma możliwości indywidualnego dojechania do żadnej wioski, trzeba dysponować wynajętym samochodem. Jednak Jinka to miasto, gdzie zawsze spotkamy kogoś kto ma już wynajęte auto i jedzie do Mursi (wszyscy jadą do Mursi :)). Można zapytać o możliwość przyłączenia się do kogoś. W większości przypadków nie będzie z tym problemu, bo turyści się tutaj jakoś jednoczą, poza tym aż tutaj docierają ludzie o wielkich sercach i otwartych umysłach :). Oszczędzamy wówczas na kosztach, co najwyżej partycypujemy w znacznie mniejszej części tych kosztów. My również z naszego hotelu zabieramy „na stopa” dwie dziewczyny z Niemiec, które jak się okazało, są od ponad roku w Kenii na wolontariacie (uczą dzieciaki angielskiego w Nairobi) i wybrały się same (!) w podróż po Etiopii. Dotarły bez problemu do Jinki ale dalej już niestety samemu się nie da (no chyba, że kogoś stać na wynajęcia samochodu, co kosztuje ok. 150$ za jeden dzień).

Mimo, że od Jinki do granic parku Mago nie jest daleko, to jednak na przejechanie kilkudziesięciu kilometrów w obie strony trzeba poświęcić niemal cały dzień. Podczas pory deszczowej nie ma właściwie możliwości podróżowania w te tereny. Nie da się pokonać rwących rzek ponieważ nie ma mostów, a błoto skutecznie powstrzyma wszystkie samochody nawet te z napędem 4X4. W porze suchej doskwiera jedynie upał i kurz J. Bardzo łatwo można się zorientować, że jest się już na terytorium Mursi, bo tzw. „czujki” są wystawiane przy głównych traktach komunikacyjnych. Podczas jazdy mija się małe wioski (zaledwie kilka domów) , ludzi którzy bacznie obserwują samochody i turystów. Właśnie jadąc drogą spotykamy grupkę kilku chłopców „polujących” na turystów. Wymalowani, nadzy wyglądali zjawiskowo. Dzięki znajomości języka Mursi nasz kierowca uzgodnił opłatę za zdjęcia (warto pamiętać, że Mursi liczą migawki i za każdy „pstryk” trzeba zapłacić, znakomicie liczą po angielsku J). Częstujemy chłopców również ciastkami bo okazuje się, że są bardzo głodni. Trochę mnie to zaskoczyło, bo Mursi mimo wszystko są na dystans, jednak okazało się że nasz kierowca widocznie ich zapytał, bo po krótkiej z nimi rozmowie zwrócił się już do nas z pytaniem, czy mamy coś do jedzenia? Było to tym bardziej dziwne, że jak już pisałem wcześniej kierowca miał bardzo negatywne zdanie o rozdawnictwie czegokolwiek ludziom spotkanym przy drodze. Jednak chłopcy musieli być naprawdę głodni, bo ciastka znikały w ekspresowym tempie. Spotykamy również całą rodzinę, która również poza wioską czekała na turystów i znów dzięki naszemu kierowcy i jego negocjacjom ustalamy cenę za zdjęcia dla całej rodziny. Dzisiaj wydaje mi się, że aby bliżej poznać tych ludzi lepiej jest rozmawiać z nimi (warunek tłumacz) właśnie w takich sytuacjach  „przypadkowych” spotkań a nie w wiosce. Tutaj przy drodze nie byli agresywni. Chłopcy się uśmiechali i byli przyjaźnie nastawieni, nawet trochę zawstydzeni swoją nagością. Może zamiast jechać do wioski lepiej ten czas poświęcić na takie poznanie Mursi?

Absolutnie nie można próbować robić zdjęć z samochodu bo na pewno polecą wyzwiska, kamienie itp. Zawsze najpierw należy uzgodnić cel wizyty w wiosce, zapłacić z możliwość pobytu w niej i ustalić cenę za zdjęcia. Być może relacje mówiące o wrogich zachowaniach Mursi wobec turystów wynikają przede wszystkim z nieprzestrzegania zasad, którymi to plemię się kieruje. Jakakolwiek próba oszukania ich na pewno nie będzie mila widziana i to niezadowolenie zostanie okazane. Potrzebna tutaj jest z naszej strony rozwaga, zdrowy rozsądek i szacunek. Na pewno naszym pierwszym wrażeniem przy spotkaniu z nimi będzie obawa czy nawet strach ale wynika to przede wszystkim z zakodowanego w naszych głowach innego wzorca zachowań społecznych. My raczej, nawet w sytuacji gdy ktoś zachowuje się w sposób, którego nie akceptujemy, gdy ktoś łamie nasze normy, grzecznie zwracamy uwagę lub po prostu odchodzimy i nie chcemy mieć nic wspólnego z takim człowiekiem. Mursi postępują według swojego wzorca. Zrozumienie tych zachowań w odniesieniu choćby do strasznych warunków w jakich przyszło im żyć, ciągłych obaw i trudów z którymi musieli i nadal muszą się zmagać powinno nam pomóc w nieco innym spojrzeniu na tych „ostatnich” ludzi żyjących w swojej afrykańskiej tradycji. Czy gdybyśmy my w każdej minucie swojego życia walczyli o jedzenie o prawo do własnego domu, bylibyśmy uśmiechnięci i radośni i czy ze szczęściem w oczach przyjmowalibyśmy najedzonych, dobrze ubranych turystów, którzy na szyjach mają zawieszone aparaty fotograficzne warte setki (jak nie tysiące) dolarów a przyjechali do nas tylko po to aby pstryknąć nam zdjęcie?!

7 komentarzy do “Gdzie mieszka Mursi?”

  1. wiesława :

    Jest tylko jedna rzecz, która mnie w tym plemieniu wkurza! Szanuję wszelkie inne obyczaje ( wszystkich plemion), ale te „koła” w wargach u kobiet, no kurde, nie mogę się z tym okaleczeniem pogodzić! Coś paskudnego! Tak samo nie rozumiem rytualnego obrzezania u kobiet i podobnie mnie to brzydzi! Przy obrzezaniu, to trochę inna bajka, a tu- dosłownie robienie z siebie czegoś obrzydliwego! Wszystko, zrozumiem, ale tego zwyczaju nie potrafię!

  2. Wiesiu, na pierwszy rzut oka rzeczywiście można się wzdrygnąć. Ja również się krzywiłem jak zobaczyłem te kobiety pierwszy raz na żywo (zwłaszcza jak mają wyciągnięte te krążki i warga tak zwisa). Następny wpis poświęcę właśnie tej „ozdobie” i być może w kontekście zwyczajowym okaże się, że spojrzysz na to trochę inaczej. Myślę, że w naszej kulturze ludzie robią sobie równie obrzydliwe rzeczy a jednak nie szokuje nas to tak bardzo. Obrzezanie to trochę inna historia i nie chcę na razie poruszać tego tematu tylko w komentarzach. Może kiedyś napiszę więcej? Myślę, że największy problem leży w tym w jak okrutny sposób przeprowadza się ten zabieg a nie, że w ogóle się go robi. Ale to moje zdanie.
    Pozdrawiam serdecznie Adam

  3. wiesława :

    Powiem jeszcze coś! To prawda, że w Etiopia ma coś z narodu wybranego(?). I wiele słyszałam o pięknie tego narodu! Z początku, jak to zwykły europejczyk, myślę – co jest tam pięknego!? Ale , faktycznie, Ci ludzie mają piękne rysy twarzy! I koloryt skóry nie jest ważny- spójrzcie! No cóż- moim zdaniem- RĘKA BOSKA zapomniała o Mursi! To moje zdanie! Inni nie muszą się z nim zgadzać!

  4. wiesława :

    Zostawmy kolor skóry! Przyjrzyjmy się rysom twarzy (cholera, dla mnie też to było trudne. Aż wstyd się przyznać mojemu myśleniu:” murzyn, to murzyn….)! Od niedawna, zaczęłam się temu przyglądać! Naprawdę, to piękni ludzie……………..smutne to, ale są piękniejsi od nas!!!!!!!!!!!!!!
    Kurde, wcześniej było tak: murzyn!?.. Paskudztwo! Sorry, ale TAK było!!!!!!!!!!!! wstyd mi cholernie!!!!!!!!!!!!

  5. Sami Etiopczycy mówią o sobie: „W Afryce, proszę Pana to dzicz! U nas trzy tysiące lat kultury :)” Kiedyś napiszę jeszcze o pięknej i mądrej królowej Sabie, która władała Abisynią no i oczywiście o Arce Przymierza, bo to fantastyczne legendy etiopskie. Jeżeli chodzi o urodę to najbardziej urodziwe plemię jeszcze przed nami 🙂 Naprawdę tak pięknych kobiet i dziewcząt na Czarnym lądzie jeszcze nie widziałem. Cierpliwości 🙂

  6. to ignorancja sprawia,ze postrzegamy swiat w krzywym zwierciadle,najlatwiej nam nieakceptowac lub negowac to czego nie znamy,Ja pomalu ucze sie,ze nie kazdy zyje tak jak my europejczycy i to co jest dla nas obrzydliwe moze byc piekne dla innych i odwrotnie.Mnie wszelakie zdobienia plemienne fascynuja,intrygja bo wiem,ze kryje sie za nimi historia,przeslanie a wielokrotnie maja tez bardzo praktyczne zatosowanie.Co do urody,zawsze uwazalam,ze czarni ludzie sa piekniejsi niz my biali,przede wszystkim ich ciala sa bardziej atletyczne, gibkie ,do tego maja bardzo plastyczne twarze i idealny ksztalt glowy.

  7. Moniko sam bym tego lepiej nie ujął 🙂 Rzeczywiście najtrudniej chyba ludziom nie przykładać własnej miarki innym. Trzeba nauczyć się patrzeć na świat nie tylko z perspektywy własnych doświadczeń. Otwarta głowa i pozbycie się stereotypów to chyba najważniejsze podczas podróży.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj