Po całej nocy spędzonej w samolocie wreszcie lądujemy w Addis Abebie – stolicy Etiopii. Spodziewałem się raczej lotniska prowincjonalnego, a tu miłe zaskoczenie. Port lotniczy Bole jest w miarę nowoczesny i przyjazny, choć jak to bywa w Afryce panują na nim nieco inne procedury. Jednak nie jest to aż tak inne aby czuć się zakłopotanym. Po wyjściu z samolotu ustawiamy się w kolejce po wizę. Oczywiście należy wypełnić kartę wjazdową, gdzie wpisujemy podstawowe nasze dane a także nawę hotelu gdzie zamierzamy się zatrzymać. Tutaj w naszej grupie pojawił się mały problem. Ponieważ do końca nie wiedzieliśmy gdzie będzie pierwszy nocleg a nasza grupa się rozdzieliła stojąc w różnych kolejkach. Okazało się, że jedną osobę wypuszczono bez niczego poza lotnisko aby mogła się dowiedzieć od naszego pilota gdzie będzie nocleg! Takie rzeczy tylko w Afryce. My na szczęście wpisaliśmy byle jaki hotel i bez problemu przeszliśmy dalej. Wcześniej otrzymaliśmy wizy, które wklejają w paszport panowie siedzący przy stole. Jeden pan kasuje pieniądze, podaje paszport drugiemu, który wypełnia wizę i ją wkleja, trzeci pan wypisuje kwit na wpłatę 20$ a czwarty oddaje paszport. No cóż jak widać biurokracja ma się dobrze, wszędzie. Przynajmniej ludzie mają prace.

Pierwszy podmuch ciepłego, afrykańskiego powietrza okazał się wcale nie taki ciepły. Jeżeli oczekujecie wysokiej temperatury to niestety nie tutaj. Addis Abeba jest położona w centralnej części Wyżyny Abisyńskiej u stóp wygasłego wulkanu Yntoto, na wysokości 2400 m. n.p.m.,  co daje jej trzecie miejsce na świecie wśród najwyżej położonych stolic świata (najwyżej położone jest La Paz – stolica Boliwii, następnie Quito -stolica Ekwadoru). Takie położenie zapewnia temu miastu umiarkowany klimat. Właściwie przez cały rok panuje tutaj temperatura ok. 20 stopni Celsjusza, a ranki i wieczory mogą być chłodne. Dla nas, którzy przyjechaliśmy w środku polskiej zimy było to dobre wprowadzenie do temperatur jakie czekały na nas na południu. Choć brakowało mi tego uderzenia w twarz gorącym, tropikalnym powietrzem.

Addis ma i miała zawsze aspiracje do bycia miastem, które będzie przewodziło w Afryce, ba ma ambicje bycia stolicą Afryki!!! To właśnie tutaj mieści się siedziba Unii Afrykańskiej (dawniej Organizacja Jedności Afrykańskiej) oraz wielu innych organizacji międzynarodowych. Z jednej strony szklane domy, szerokie aleje, centra handlowe jednak to wszystko wymieszane z barakami z blachy falistej (ta w Afryce jest tak powszechne, że czasami ma się wrażenie, że z niczego innego nie można zbudować domu). Żyje w tym mieście ponoć od 3 do 5 milionów ludzi (nikt nie jest w stanie policzyć mieszkańców), którzy w tym chaosie dają sobie radę bez problemu.

Niestety nas to nie może dotyczyć. Na szczęście mamy przewodnika więc cały trud poruszania się po tym mieście jest nam darowany. Wydaje się, że miasto powstało przypadkowo i bez żadnego planu. Wielki chaos!!!  Tam ktoś wybudował piękną willę lub szklany biurowiec a tuż obok ktoś sklecił mały sklepik z desek czy płachty pomarańczowej folii. Miasta nie można polubić tak od razu. Nie ma ono w sobie tego kolorytu jak Mombasa czy nawet Nairobia. Ma się wrażenie, że poza biurowcami i reprezentacyjnymi budynkami które kiedyś należały do cesarza Haile Selassie, dookoła rozciągają się biedne przedmieścia.  Z drugiej jednak strony nieodparty jest urok miasta, mającego aspiracje do bycia nowoczesną stolicą gdy widzi się obrazek jak pomiędzy autobusami chłopiec pogania swoje stadko kóz, jak mężczyzna pilnuje swoich krów aby nie rozjechały je samochody gdy jednocześnie elegancka pani zatrzymała się aby spokojnie porozmawiać przez telefon komórkowy! Takie obrazki mnie rozczulają i sprawiają, że takie miejsca zaczynam lubić, choć w przypadku Addis przychodzi mi to z trudem. Miasto jednak nie grzeszy urodą i raczej rozczarowuje, przynajmniej na początku. Klimat miasta buduje się przez wieki a Addis Abeba ma niewiele ponad 100 lat. Choć jest piątym co do wielkości miastem w Afryce Subsaharyjskiej, to jednym z najmłodszych.

Miasto swoje powstanie właściwie zawdzięcza kombinacji przepowiedni pewnego dziadka, kaprysu pewnej kobiety, wiedzy pewnego Szwajcara i odporności australijskich eukaliptusów. A zaczęło się mniej więcej w roku 1887. Na początku lat 80. XIX wieku król Szeua, przyszły cesarz Menelik II, opuścił swoją stolicę w Ankoberze i przeniósł się na zbocza wulkanu Yntoto w środkowej Etiopii. Co leżało u podłoża tej decyzji nie wiadomo. Wiadomo jednak, że rejony te były ważną częścią kraju dla ówczesnych włodarzy. Nowa lokalizacja miała poza znaczeniem prestiżowym, jeszcze jedno znaczenie – ukryta była wśród skał na dnie wygasłego wulkanu co czyniło ją trudną do zdobycia przez ewentualnych wrogów.

Nie bez znaczenia również było to, że dziadek Menelika II, król Sahle Selassie przepowiedział, że jego wnuk wybuduje wielki dom w dolinie poniżej Yntoto, wokół którego powstanie wielkie miasto. Po ustąpieniu zimnej pory deszczowej w 1886 roku Menelik II wraz ze swoim dworem przeniósł się z chłodnych wzgórz Yntoto , w okolice ciepłych źródeł zwanych Filwoha, aby odpoczywać. Żona cesarza, cesarzowa Taitu, zakochała się w obficie rosnących tam mimozach i kąpielach w ciepłych naturalnych źródłach siarkowych (ponoć rewelacyjnie poprawiały cerę), dlatego poprosiła męża, aby wybudował jej w tym miejscu dom. Menelik uległ jej namowom, rozpoznając w tej lokalizacji miejsce z przepowiedni swojego dziadka. Wkrótce dwór królewski powrócił do swojej stolicy na wzgórzu, ale w Filwoha wybudowano dom, a cesarz i jego otoczenie przyjeżdżali często w te okolice, które po porze deszczowej w 1887 roku zostały nazwane przez cesarzową Taitu Addis Abeba – Nowy Kwiat.

Niestety Nowy Kwiat szybko zaczął usychać. Przyczyna wydawała się prozaiczna. W dolinie zaczęło brakować drewna na opał. Większość lasów została wycięta na potrzeby miejscowej ludności. Po dziesięciu latach pewien europejski przybysz zauważył narastające braki w dostawach drewna na opał, które wówczas było transportowane z odległości już 20 kilometrów od Addis. W związku z tym Menelik podjął decyzję o ponownym przeniesieniu stolicy o 50 kilometrów na zachód w bardziej zalesione tereny, które nazwał Addis Alem – Nowy Świat i rozkazał wybudować tam pałac. Nieoczekiwanie okazało się, że Addis Abebę uratowała plantacja eukaliptusów, posadzona przez zagranicznego plantatora w 1894 roku. Szwajcarski doradca Menelika II, Albert Ilg, zwrócił uwagę cesarza na to, jak szybko rosną drzewa eukaliptusa, i ten , zamiast przenosić stolicę, postanowił sprowadzić ogromne ilości sadzonek. Mieszkańcy powstającego miasta początkowo nie byli zachwyceni zwłaszcza zapachem egzotycznych drzew, ale niesłychanie szybki wzrost roślin odsunął na bok wszelkie wątpliwości.

Addis Abeba z czasów Menelika II niewiele przypominała dzisiejsze miasto. Stolica była wówczas przede wszystkim bezładnym skupiskiem wiejskich zabudowań. Kilka nowoczesnych budynków stało poza obszarem królewskiego pałacu, a według jednego z francuskich gości liczba mieszkańców oscylowała zaledwie wokół 100 000. Menelik II zmarł 15 lat później, ale jego stolica stała się miastem rozrastającym się jak grzyb.  Kolejnych 15 lat później na tron stąpił cesarz Hajle Sellasje i Addis Abeba wkroczyła w erę nowoczesności.[1] Taka właśnie swoiście nowoczesna Addis Abeba rozpościerała się przed nami w promieniach porannego słońca. Zawieszona gdzieś pomiędzy szklanymi dachami a pastwiskami dla kóz.

Jednak miejsce to jedno, ważni są jeszcze ludzie. Kapuściński wspominał swoją rozmowę z pewnym Etiopczykiem, który na jego uwagę o kulturze w Afryce miał powiedzieć: „ W Afryce, wie Pan, dzicz… U nas kultura od trzech tysięcy lat”. Etiopczycy to dumny naród. Dumny ze swojej historii ale również świadomi swojej urody, mówią o sobie, że są wybrańcami. Spoglądam na ludzi na ulicy i muszę przyznać, że wielu z nich jest na prawdę ładnych, ubrani bardzo skromnie ale noszą się z jakąś taką dumą. Wysocy o smukłych sylwetkach, pociągłe twarze, brązowa, nie za ciemna skóra i piękne oczy kobiet. Rzeczywiście łatwo mi uwierzyć, że są potomkami mitycznej i pięknej królowej Saby, jednak tylko z wyglądu.

Nie od dzisiaj wiadomo, że w każdym biednym kraju biały turysta jest obiektem zauważalnym i zwracającym na siebie uwagę. Jednak w Addis Abebie wszyscy mamy na imię YOU, YOU, YOU! Ten okrzyk na nasz widok będzie towarzyszył nam już do końca naszego pobytu w Etiopii. Na początku nas to śmieszyło, potem denerwowało i irytowało do granic wytrzymałości, śniło po nocach i brzmiało w uszach nawet gdy nikt na nas nie krzyczał, aż w końcu stało się nam obojętne. Potem okazało się, że repertuar zawołań na białych jest dużo bogatszy i jeszcze bardziej irytujący. Cóż, tak bywa w takich krajach. Jednak niezrażeni, choć zmęczeni prosto po śniadaniu ruszamy przekonać się na własnej skórze i na własne oczy czy Addis Abeba ma choć jeden powód aby nazwać ją „Kwiatem”. Obawiam się jednak, że nie będzie to łatwe. No cóż dzień pokaże….

 


[1] Na podstawie „Etiopia”, Philip Briggs, wyd. Global PWN, 2010. www.global.pwn.pl

Skomentuj