Po śniadaniu w hotelu i szybkim zakwaterowaniu ruszamy w miasto. Mamy tylko jeden dzień aby spróbować przynajmniej „liznąć” to miasto. Zaczynamy od miejsca, którego najbardziej się obawiałem w stolicy, przed którym przestrzegali mnie wszyscy z którymi rozmawiałem. Wielu odradzało a inni jeszcze straszyli, że na pewno nas tam okradną a o robieniu zdjęć trzeba zapomnieć. To miejsce to Merkato – stuletnie, największe targowisko w Addis Abebie i jak się mówi, największy targ na kontynencie afrykańskim, a może i na świecie.

Można spotkać romantyczne opisy tego miejsca gdzie „ostry aromat kadzidła i przypraw wywołuje zawrót głowy”. No tak, romantyzm romantyzmem, a rzeczywistość swoja drogą. Ostrzeżenia od naszego przewodnika o grasujących tutaj złodziejach słyszymy całą drogę. Szczerze mówiąc zastanawiam się czy w ogóle warto odwiedzać to miejsce, jednak moja ciekawość jest silniejsza. Jakoś to będzie. Ustalamy w samochodzie kto kogo pilnuje, kto komu ubezpiecza tyły. Pieniądze chowamy tak, że prawie sami nie możemy ich namierzyć a aparaty fotograficzne pozamykane w torbach czekają na lepsze czasy.

Dojechaliśmy na miejsce ale w pierwszej chwili raczej nie mam ochoty wysiadać z samochodu. Kłębowisko ludzi i straganów. Ubita ziemia, kurz i zapachy raczej nie przypominające mojego ryneczku pod domem. Ale cóż postanawiam jednak poddać się tej masie ludzi. Choć z duszą na ramieniu, po woli zagłębiamy się w labiryncie uliczek. Pewnie nasze miny, przestraszonych białasów warte były wówczas majątek. Trochę czułem się jakbym to ja był z innej planety. Jakbym po raz pierwszy widział targ. No cóż, taki na pewno po raz pierwszy!

Oczywiście nagle pojawia się kilku chętnych do oprowadzenia i ochrony białych turystów. Nagle pojawia się również mnóstwo wyciągniętych rak i zewsząd słychać YOU, YOU, ferendżi, ferendżi, one birr, one birr (i nie chodzi tutaj o piwo)!!! Przodują w tym dzieci. Nagle, nie wiadomo skąd jest ich cały tłumek. Każdy coś chce, oblepiają samochód niczym muchy. Są u siebie na swoim terenie więc mają przewagę. Po chwili jednak staram się nie zwracać na to uwagi i idziemy dalej w nadziei, że dadzą nam spokój. Niestety gromadka dzieci wokół nas będzie już stałym elementem naszego pobytu w Etiopii. Jednak te z Addis nie należą do tych słodkich dzieciaków, które są po prostu ciekawe. Te raczej mają nadzieję, a nawet są pewne, że ferendżi musi im coś dać. Są napastliwe i bardzo pewne siebie.

Określenie białego człowieka jako „ferendżi” znane jest w całej Afryce. Kiedyś było w powszechnym użyciu na określanie przybyszów z Europy. Dzisiaj w miarę rozwoju państw afrykańskich coraz rzadziej można usłyszeć taki okrzyk za sobą na ulicy. Jednak nie w Addis. Nie ma co się zresztą dziwić przecież to określenie zawdzięczamy właśnie Etiopii. Najlepiej wszystkie te „zaczepki” słowne brać na wesoło. Mimo tego, że jest to uciążliwe nie ma innego sposobu.

W XVII wieku, gdy Etiopia nie była jeszcze eksplorowana przez Europejczyków, na dworze cesarza Fasiledesa w Gonderze przebywał doktor z Francji. I tak ze zniekształcenia angielskiego słowa „French” powstało określenie ferendż. Od tamtego czasu nazywa się obcokrajowców ferendżi. Tak oto, prawie możemy być francuzami 🙂

W Etiopii walutą jest birr (byrr) – 1 byrr to ok. 0,16 gr. Powszechne jest proszenie przez dzieci o pieniądze. Taki sport narodowy. Oczywiście wynika to z dużej biedy jaka jest w tym kraju. Jednak każdy biały turysta jest dla miejscowych bogaczem. Nie ma sensu próbować tłumaczyć, że nie jesteśmy bogaci, że oszczędzaliśmy na wyjazd itp. W świadomości biednego, przeciętnego mieszkańca Afryki sam fakt, że stać nas na taką podróż oznacza, że jesteśmy bogaci. Może jesteśmy? Rozdawanie pieniędzy niestety nie jest żadną formą pomocy komukolwiek. Pewnie, że mogłem dać kilkorgu dzieciom po 1 birze, przecież to raptem 16 groszy. Żadne pieniądze. Jednak gdy dam jednemu, przyjdzie drugi, trzeci, czwarty, dziesiąty, pięćdziesiąty i tak bez końca. Poza tym to niestety nie jest żadna pomoc a uczenie dzieci, że żebranie jest opłacalne. Odciąga to dzieci od szkoły, pracy i uczy nic nie robienia. Mimo, że było to bardzo uciążliwe i momentami odechciewało się nam wszystkiego  trzeba umieć sobie z tym poradzić i nie mieć wyrzutów sumienia. Jeżeli naprawdę chce się pomóc znajdzie się inny sposób. Zresztą zdarza się, że dorośli widząc natarczywość dzieci rozganiają je, bo nam czasami cierpliwość do bycia miłym się kończyła.

Mimo wszystko jednak ruszamy przed siebie w głąb Merkato. Szybko okazuje się, że chodzi z nami miejscowy umundurowany policjant, który za małą opłatą zgodził się robić za naszą ochronę. Każdy chce zarobić na ferendżi, jednak w tym przypadku płacimy za konkretną usługę. Poczułem się dużo pewniej widząc, że mamy ubezpieczone tyły. Wchodziliśmy coraz głębiej w wąskie uliczki pełne ludzi i towarów. Targ jest ogromny, to rzeczywiście całe miasto podzielone na branżowe uliczki. Kupić tutaj można wszystko, dosłownie wszystko. Mnie jednak zafascynowało jak zwykle zresztą w Afryce, to, że tutaj każda rzecz jest wykorzystywana wielokrotnie. W Afryce nic się nie zmarnuje. Masz puste puszki, butelki to przecież można to przerobić lub sprzedać. Na pewno komuś się przyda. Ja zachodzę w głowę tylko do czego? Nigdy nie odkryję sposobu myślenia tych ludzi. Jak sobie pomyślę ile rzeczy znajduje się w moim worku na śmieci to mam wrażenie, ze tutaj mógłbym otworzyć mały stragan z tym co w Polsce ląduje w śmietniku. W krajach gdzie bieda jest powszechna nic nie się zmarnuje, wszystko przedstawia realną wartość, wszystko można przerobić i wykorzystać ponownie i tak w kółko.

Idąc szeroką aleją w kurzu, który wchodzi w każdy zakamarek naszego ciała, czasami w błocie, bo ktoś wylał ścieki wprost na drogę, obserwuję jak ciężko ludzie musza pracować aby zrobić klika groszy. Wielkie sterty pustych baniaków na wodę powiązane sznurkami tworzą jakieś monstrualne budowle. Często ludzie niosą na plecach, głowach pakunki kilkakrotnie większe od nich samych i cięższe niż sami ważą. Trzeba uważać aby nie rozbić sobie głowy o złom, który ktoś ostatkiem sił niesie na własnych plecach. Czując się bezpiecznie (policjant naprawdę robi co może, aby nic nam się nie stało) wyciągam aparat. Staram się znaleźć dobry kadr. Jednak ludzie widząc, że robię zdjęcia krzyczą bądź odwracają głowy. Zdjęcia robi się ciężko, ale aparat sam idzie do oka tyle tutaj kolorów, kształtów tyle scen wartych uwiecznienia. Tyle się dzieje. Szkoda, że nie mogę wtopić się w tłum, stać się niewidzialnym. Tutaj biały jest jak żarówka, widać go z odległości wielu metrów.

Im głębiej wchodzę w uliczki mam wrażenie coraz większego chaosu. Jednak to tylko pozory. Okazuje się, że wszystko ma swój sens i swoją logikę. Bazar jest podzielony jakby branżowo. Tutaj plastiki, tam metal, tam przyprawy, tam jakieś pamiątki dla turystów a jeszcze dalej zboża, plecione koszyki, owoce. Mówi się, że jeżeli czegoś nie znajdziemy na Merkato to znaczy, że tego nie kupisz w Afryce. Harmider, chaos zaczyna ustępować dobrej organizacji i porządkowi (choć oczywiście w Afrykańskim wydaniu). Mnie każda alejka zadziwia jeszcze bardziej, jednak niektóre z nich przelatujemy w iście ekspresowym tempie, gdyż czas nas goni.

Ponieważ raczej w takim miejscu nie nastawiam się na kupowanie czegokolwiek poświęcam swoją uwagę na obserwację ludzi. Na Merkato pewnie mógłbym spędzić wiele dni, przyglądając się sprzedawczyniom czy kupującym. Kobiety mają na sobie długie suknie. Najczęściej gładkie ale nie brakuje też odważniejszych, we wzory. Większość kobiet ramiona przykrywa szalami, często zarzuconymi również na głowę. Przy wielu z nich plączą się małe dzieci. Często półnagie i brudne tak strasznie, że muszą chyba być najszczęśliwsze na świecie (zgodnie z przysłowiem, że dzieci dzielą się na brudne i nieszczęśliwe). Kobiety wydają się bardziej zajęte rozmowami ze sobą niż handlem. Ale przecież od wieków było tak, że targi poza rolą handlowa spełniały funkcje społeczne. To tutaj można się dowiedzieć co dzieje się w mieście i po prostu poplotkować.

Tutaj po raz pierwszy widzę kobiety i mężczyzn ubranych w białe stroje, bardzo charakterystyczne dla Etiopii. Ten tradycyjny strój etiopski to jehager lybs, noszony jest głównie przez Amharów. Zawsze w kolorze białym, utkany z białej bawełny, która przeplatana jest błyszczącymi nićmi tworzącymi różne wzory. Kobiety ubrane są w długie suknie i przepasane szalem. Również na ramionach kobiety noszą biały szal często przykrywając nim również głowę. Natomiast mężczyźni noszą białe spodnie i białą koszulę a na to sięgającą kolan biała kamizelkę oraz białe sandały. Mężczyźni przepasają się szalem najczęściej w kolorze flagi narodowej. Ponieważ ranki i wieczory są tutaj chłodne (czasami temperatura może spaść do 4 stopni Celcjusza) zarówno kobiety jak i mężczyźni owijają się białym kawałkiem płótna. Taki strój, bardziej zdobiony najczęściej zakłada się w czasie świąt kościelnych, ten codzienny nie jest tak piękny ale wyraźnie widać jak dużo osób przykłada wagę do tradycji.

Mężczyźni pracujący na Merkato swoim strojem podkreślając swój profesjonalizm często ubrani są w kombinezony czy robocze ubrania. Zapewne jest to także najwygodniejszy strój do pracy. Oczywiście powszechnie jednak królują przeróżne T- shirty i dresy rodem z polski początku lat 90. No i oczywiście styl ubierania „szalej dusza piekła nie ma”. Część uwija się w swoich sklepach czy warsztatach ale jakby większość jednak siedzi gdzieś w cieniu czyszcząc małą gałązką zęby, albo żując czat (o czacie w jednym z następnych wpisów). Stoją również w grupkach słuchając radia, czy grając z zacięciem w różne gry. Można odnieść wrażenie, że jednak większość nie przychodzi tutaj aby pracować. Przyglądają się nam a my im. Nie ma wymiany uśmiechów czy machania ręką na dzień dobry. Jest raczej obojętność. Zresztą tyle się dzieje dookoła!!!

Dowiadujemy się od naszego przewodnika, że ciągle mierzy i waży się tutaj towary w przedziwnych miarach np. na palce czy po prostu kawałki. Można również spotkać handel wymienny, choć oczywiście tego typu transakcje stanowią już mniejszość i dotyczą raczej najbiedniejszych ludzi, którzy przynoszą cokolwiek, zazwyczaj pozbawione jakiekolwiek wartości i wymieniają to na coś podobnego u równie biednej osoby. Rzeczywiście w tym miejscu widać jak biedny to kraj. W prost na gołej ziemi kobiety sprzedają jakąś garstkę zboża, kilka owoców. Jest również dużo kalek i żebraków. To miejsce gdzie po raz pierwszy doświadczyłem tylu skrajnych emocji niemal w tym samym czasie. Od strachu poprzez podziw, zaskoczenie, smutek niemal do fizycznego bólu gdy patrzyłem na los niektórych ludzi. Wkrótce miło się okazać, że taka wybuchowa mieszanina uczuć i emocji stanie się naszą codziennością. Okaże się również, że miejsca którymi nas straszono przed wyjazdem nie są wcale takie złe. Merkato było tego przykładem. Nikt nam niczego nie ukradł, ale też nie spędziliśmy tutaj zbyt wiele czasu. Dla mnie zdecydowanie za mało, żebym poczuł lepiej klimat tego miejsca, o ile to dla białego na Merkato w ogóle jest możliwe. Przeczuwałem jednak, że ten kraj będzie mnie zaskakiwał jeszcze nie raz.

 

 

5 komentarzy do “Merkato czyli biały na targu”

  1. Jedno mnie ciekawi czy na targowisku kradzież aparatu lub gotówki jest najgorszym co Cię może spotkać ?

  2. Aniu, wydaje mi się, że raczej tak. Nie sądzę i nie słyszałem również o tym aby na Merkato jakiemuś turyście ktoś zrobił krzywdę. Myślę, że raczej trzeba mieć ogromnego pecha bo Etiopczycy to raczej spokojni ludzie. Po prostu ten największy targ jako skupisko różnych ludzi przyciąga także tych nieuczciwych, bo tacy są wszędzie. Poza tym biali turyści tracą trochę głowę gdy trafiają tak diametralnie inne miejsce dla nas. Ja gdybym pojechał tam po raz kolejny nie miał bym obawy spacerować po tym targu. Warunek bez aparatu i pieniędzy, czułbym się bezpiecznie co nie znaczy, że spokojnie. Jak dla nas jest to po prostu miejsce, którego nie ogarniamy będąc tutaj tylko przejazdem!
    pozdrawiam serdecznie i życzę własnego poznawania Afryki, tej prawdziwej 🙂

  3. Adamie to troche pocieszające,nie sądzę abym pozbyła się aparatu(niektórzy muszą zapaliś inni się napić ,ja muszę pstryknąć)Ale myślę ,że wasz osobisty ochroniarz to była słuszna decyzja w celu zapewniwnia poczucia bezpieczeństwa. P.S. bardzo podoba mi się perspektywa noslegu w hotelu Taitu:_)Ach ogólnie to wszystko podoba mi sie!

  4. Więc masz tak ja 🙂 Czasami nawet jestem na siebie zły, że oglądam nowe miejsca najpierw przez wizjer aparatu a dopiero potem wczuwam się w klimat. Powinno być odwrotnie ale jakoś nie potrafię 🙂 Co do hotelu Taitu, to miejsce z historią i jakąś duszą ale warunki raczej skromniutkie, zwłaszcza jak trafia się tam prosto z Europy 🙂 No ale cóż ja wolałem tą historię tego miejsca niż białą pościel Hiltona 🙂

  5. Och nareszcie,ktoś kto rozumie to uczucie uzaleznienia:))Z jednej strony musisz trzymac oko przy szybce,a z drugie serce ci pęka,że tyle równie ciekawych i pieknych rzeczy dookoła umyka,których już nie zobaczysz gołym okiem:_)ach te problemy!Dobrze,że nie widział mnie nikt w tym roku jak „pstrykałam”przepiękne malowidło na suficie w kościele w Toskanii pomimo zakazu(ukradniem spod ławki))Musiałam …musiałam…

Skomentuj