Świecka część kompleksu choć imponująca zazwyczaj nie pochlania tyle czasu co zwiedzanie świątyń. Cóż, nic dziwnego skoro wszystkie drzwi są zamknięte dla zwiedzających mimo tego, że król już tam nie mieszka. Za to otoczenie jest imponujące. Pięknie ogrody, przystrzyżone trawniki, kwiaty, cudowne drzewa, oczka wodne, rzeźby  o przeróżnych kształtach. Od razu widać, że to musi być królewska rezydencja. Zbudowany w 1782 roku przez ponad 150 lat był domem tajskich królów i dworu. To tutaj także mieściły się ministerstwa i siedziba rządu.

Rodzina królewska nie mieszka tutaj od 1946 roku. Dzisiaj król mieszka w bardziej współczesnym pałacu w dzielnicy Dusit. Jednak budynki kompleksu nadal są żywe i wykorzystywane podczas wielu ceremonii państwowych. Wejście w południowo – zachodnim murze prowadzi nas do budynku tronowego Amarin Vinitchai. Obecnie jego wnętrze jest używane do ważnych uroczystości np. koronacji. Wewnątrz, jak podpowiada nazwa znajduje się tron, ustawiony na podstawie w kształcie łodzi. W dawnych czasach i tron i podstawę przesłaniały kotary.

Po prawej stronie wznosi się bardziej okazały Chakri Maha Prasad. Jest to budynek audiencji i przyjęć. Został zaprojektowany przez angielskiego architekta wedle neoklasycznej linii na polecenie króla Czulalongkorna. Starsi członkowie dworu, zaniepokojeni tak dużą dawką zachodniej mody, przekonali władcę, aby na dachu dodać trzy syjamskie wieżyczki. Na najwyższym Pietrze przechowuje się prochy bangkockich królów. Drzwi na lewo od tej budowli wiodą do Wewnętrznego Pałacu (zamknięty dla zwiedzających). Kiedyś mieszkały tam liczne konkubiny króla. Żaden dorosły mężczyzna, poza królem nie mógł tam wejść. Dzisiaj czasami wydaje się tutaj przyjęcia dla dyplomatów, w obrębie haremu działa też szkoła kształcąca kucharzy gotujących dla wyższych sfer.

Cały kompleks jest jak z bajki. Będąc tutaj po raz pierwszy nie można uciec od wrażenia, że wszystko  razem jest nie do ogarnięcia. Tyle złota, tyle kolorów, tyle przepięknej architektury i zieleni. Jednak jednym co urzekło mnie najbardziej, to fakt że to miejsce ciągle jest żywe. To nie tylko muzeum ale przede wszystkim miejsce gdzie ludzie się modlą. Ja z pozycji turysty będąc tutaj po raz pierwszy czułem się bardzo zagubiony. Ten przepych mnie przytłoczył, większość tych cudów oglądałem poprzez wizjer swojego aparatu fotograficznego tak jakby to wszytko miało za chwilę zniknąć. Pośpiech, który mi towarzyszył był jakiś surrealistyczny tak jak to miejsce.   Jakbym nie wierzył, że to wszytko co widzą moje oczy było prawdziwe. Na pewno jest to miejsce gdzie bardzo chcę wrócić ale już nie po to aby podziwiać cukierkowo, landrynkowe budowle ale odkryć duchowość tego miejsca, bo zapewne wówczas stanie się jeszcze piękniejsze.

Skomentuj