Bangkok to jedno z tych miast o którym się marzy. To jedno z tych miast, gdzie takie uczucia jak miłość i nienawiść chadzają po ulicach trzymając się pod rękę i śmieją się nam prosto w twarz. Nigdy już nie uda się zapomnieć o Bangkoku jeżeli postawiło się tam swoją nogę.  Na pewno jest to miasto, które jest kwintesencją Azji. To miasto, które trzeba odwiedzić, bo tylko tutaj z taką intensywnością można poczuć Azję dawną, która już właściwie nie istnieje i Azję tą z przyszłości, która tutaj wdziera się każdą wolną przestrzenią. Dookoła otacza nas teraźniejszość, której nie można ogarnąć naszym małym, europejskim rozumem. Miasto jest jak gigant, który rozsadza nasze mózgi, które atakuje nasze zmysły tak, że dopiero tam możemy się dowiedzieć, że je posiadamy. Kocham to miasto miłością ślepą i jednocześnie nie wyobrażam sobie życia w tym miejscu. Ale co ja tam wiem, to miasto jest nie do ogarnięcia! Nie do opisania! Trzeba tam dotknąć, powąchać, posmakować, poczuć każdy jego zakamarek a na to życia nie wystarczy, nie tylko mojego. „One night in Bangkok” to jedynie jedna nuta w całej symfonii o tym miejscu. Nuta, którą znają chyba wszyscy ale całej symfonii chyba nikt nie jest w stanie wysłuchać do końca.

Choć mój wyjazd do Tajlandii nie był pierwszą wizytą w Azji to jednak nie mogłem się go doczekać. Powód pierwszy to oczywiście moja miłość do tego kontynentu, do ludzi tam mieszkających, do kuchni, do zabytków, kultury, religii tych rejonów. Powód drugi to tomy książek przeczytanych podczas planowania tego wyjazdu, filmy pokazujące te rejony. Nakręciłem się tak okrutnie, że już nie istniało nic innego jak tylko mityczna kraina Syjonu. Lubię to uczucie gdy wieczorem po szarym, codziennym dniu mam chwilę wolnego i uciekam do planowania kolejnego wyjazdu. Trochę tak jakbym się tam przenosił. Wszystko w około przestaje istnieć, nie zwracam uwagi na upływający czas. Jest tylko kolejna książka, kolejny film, kolejna strona w internecie. W końcu jest 6 rano i noc się skończyła a z nią „podróż”. Idę do pracy zmęczony jakbym właśnie wysiadł z samolotu, niewyspany, wymięty ale zadowolony, bo znów się czegoś nowego dowiedziałem i jestem o dzień bliżej wymarzonego celu.

Wreszcie nadszedł ten dzień gdy samolot ma mnie zabrać z szarej rzeczywistości do raju. Zanim jednak wyląduję w Bangkoku musze spędzić kilkanaście godzin w stolicy Kataru. Ponieważ lecimy właśnie liniami lotniczymi Qatar Airways – lądujemy w Doha. Linia ta reklamuje się jako  „World’s 5-star airline” i wierzcie mi na słowo, jest to prawdą. Szkoda, że w Europie nie lata się już tak wygodnie. Zdecydowanie widać, że arabskie linie lotnicze mogą sobie dzisiaj pozwolić na utrzymywanie tak wysokiego standardu przy cenie biletu niższej niż w europejskiej konkurencji.

W planach mam szybkie zwiedzanie stolicy tego malutkiego państwa. Jednak rzeczywistość okazała się zgoła inna. Oczywiście problem stanowiły wizy. Obywatele z kraju nad Wisłą nie otrzymają jej na lotnisku. Warunkiem otrzymania wizy jest albo zaproszenie od obywatela Kataru, albo pośrednictwo hotelu, w którym mamy zamiar się zatrzymać (ponoć hotel musi być 5 gwiazdkowy) albo pośrednictwo katarskiej linii lotniczej, jeżeli się nią przyleciało. Na to ostanie rozwiązanie liczyłem. W końcu jestem ich pasażerem. Jednak przemiła Pani poinformowała mnie, że choć spełniam ten warunek to powinienem wszystko załatwiać dużo wcześniej i nie ma możliwości wyjścia poza teren strefy tranzytowej. Pewnie widząc na mojej twarzy rozczarowanie jako rekompensatę Pani zaproponowała mi spędzenie tych 12 godzin w poczekalni dla vipów z darmowymi napojami, przekąskami, Internetem, miękkimi fotelami i innymi cudami.  Ot, arabska gościnność 🙂  Podziękowałem, ale bardziej ciągnęło mnie do ludzi wokoło i tego co dzieje się na lotnisku niż do wygodnych kanap w klimatyzowanym, panoramicznym „akwarium”.

Lotnisko oczywiście sterylnie czyste, klimatyzowane z błyszczącymi podłogami. Jednak dla mnie przede wszystkim pierwsze spotkanie z prawdziwymi Arabami. Zwłaszcza kobiety były zachwycające. Mimo tego, że właściwie trudno dojrzeć ich urodę, gdyż większość bardzo starannie zasłania swoje wdzięki, to jednak zapach i dźwięk rozbudzały zmysły. Zapach,  bo właściwie każda z nich pozostawiała za sobą mocną „strugę” wspaniałych perfum. Niewidzialna nić, która każdego zmuszała do podniesienia wzroku z nad książki, laptopa czy gazety. Zapach był tak silny, że czasami aż dusił. Jednak jak czary powodował, ż kobieta była widzialna. Trochę mi się to kłóciło z moim wyobrażeniem, że Arabki raczej nie powinny rzucać się w oczy w publicznych miejscach. Cóż, widocznie tutaj do perfekcji panowały inny sposób zwracania na siebie uwagi niż krótkie spódniczki i wysokie obcasy, chociaż te drugie wiele z nich miało na nogach.  Dźwięk, ponieważ wiele z nich miało na sobie tak duże ilości złotej biżuterii, że przy każdym ruchu „dzwoniły” delikatnym i kuszącym dźwiękiem. Kolejny sposób na manifestację swojej kobiecości? Trochę czułem się zawstydzony gdy tak przyglądałem się tym kobietom, bo najpiękniejsze miały oczy. Czarne z mocnym makijażem, długimi rzęsami jednak głupio tak patrzeć prosto w te cudowne oczy. Wiem, że raczej nie jest to tutaj mile widziane. Jednak nie mogłem się oprzeć. Każda z nich mogłaby być księżniczką, a może któraś i nią była? Mężczyźni albo w tradycyjnych strojach arabskich, albo w garniturach ale za to niemal każdy z komórką przy uchu albo z laptopem na kolanach. Czułem się trochę jakbym był na spotkaniu w jakiejś międzynarodowej korporacji.  Widać, że pieniędzy w tym kraju nie brakuje, tylko ja w jakiś starych trampkach trochę nie pasuję do tego lotniska.

Lubię lotniska, niezależnie od tego czy są tak luksusowe jak tutaj czy tak kameralne jak np. na Bali. Czuję się na nich jakbym był w jakimś „świecie pomiędzy”. Nie ma mnie już w domu nie ma mnie jeszcze u celu. Lotniska to taki świat wyjęty poza nawias. Każdy tutaj coś zostawia za sobą i każdy ma coś przed sobą. Moim ulubionym zajęciem jest obserwowanie tablic odlotów i przylotów, zwłaszcza na dużych międzynarodowych lotniskach. Mam wówczas wrażenie, że cały świat naprawdę jest w zasięgu ręki, wystarczy tylko kupić bilet i po iluś tam godzinach być tam, gdzie nawet mi się nie śniło. Ot, taki mój „bzik” lotniskowy.

Tymczasem niespodziewanie mijają godziny i muszę (bardzo chcę) wsiąść do samolotu. Przede mną ostatni etap podróży. Powoli z głowy arabskie parują zapachy i dźwięki, zapominam kolor oczu ostano widzianej piękności a ich miejsce zajmują myśli jak będzie na kolejnym lotnisku. Ostatnie lądowanie będzie już w Bangkoku. Będę u celu. Przygoda się rozpoczęła…

Skomentuj