Po przeżyciach ostatniej nocy nadszedł kolejny dzień. Na szczęście Bangkok w ciągu dnia pokazuje nam swoje inne oblicze.  To jest to oblicze, którego szukałem najbardziej – Buddyzm, w wyraźnie tajskim ujęciu. Jednak zanim wyruszę na poszukiwania tych najbardziej znanych świątyń w tym mieście to postanowiłem udać się tam, gdzie ponoć „duchy” nawet na turystów patrzą przychylnym okiem. Poproszę o siłę i mądrość, żeby to wszystko ogarnąć. Tym bardziej, że miejsce to znajduje się blisko naszego hotelu, więc poranny spacer na lekkim kacu na pewno przetrzymam.

Powszechnym widokiem w tajlandzkich miastach, nie wyłączając wielkiego Bangkoku, są maleńkie domki, zazwyczaj umieszczone na szczycie słupa, ustawionego w miejscu wybranym starannie w wyniku złożonych astrologicznych rozważań. Astrologia w żaden sposób nie przeszkadza religii wręcz jest jej nieodłącznym elementem. Używam słowa religia myśląc o buddyzmie, choć nie jest to do końca właściwe. Buddyzm to bardziej filozofia życia, to sposób na szczęśliwe życie, to droga, znacznie więcej niż religia w naszym pojęciu. Jednak zapewne do tego wątku wrócę, więc dla uproszczenia na razie będę posługiwał się określeniem buddyzmu jako religii.

Domki takie spotkać możemy w wielu zaskakujących miejscach. Co prawda nie ma ich tak wiele jak możemy obserwować to na Bali, ale jednak sporo. Domki stojące obok zwykłych domów mieszkalnych przypominają zwyczajne tajlandzkie domostwa, domki towarzyszące hotelom czy biurom nierzadko przybierają postać wymyślnych małych świątyni, wykonanych z solidnego betonu, pomalowanych i pokrytych złotą folią. W każdym przypadku takie domki służą za mieszkania miejscowym duchom, te zaś mają moc sprowadzania na żyjących w sąsiedztwie ludzi pomyślności lub nieszczęść. To dlatego w tych miejscach nieustannie składa się ofiary. Na szczęście są to kwiaty, żywność i kadzidełka. Tutejsze bóstwa nie wymagają krwi. Jeżeli jednak okazuje się, że to nie skutkuje i na okolicę spadają nieszczęścia, trzeba sprowadzić znawcę, aby porozmawiał z niezadowolonym duchem i dowiedział się, co też mu nie służy. Wówczas powróci spokój w okolicy. Naszym celem jest właśnie jedno z takich miejsc. Tuż niedaleko hotelu Grand Hyatt. Sam hotel to już niezła „świątynia” jednak tam ofiarę składa się w recepcji w „papierach wartościowych” i raczej nie ma opcji, że coś będzie nie tak. Możemy tylko zerknąć przez dziurę w wysokim murze na niebieską taflę „ofiarną”.

Na skrzyżowaniu ulic Ratchadamri i Ploenchit znajduje się chyba najsławniejsza kapliczka Erawan. To właśnie do niej zmierzamy. Spodziewałem się miejsca mistycznego, jednak w Bangkoku zaskakuje wszystko. Ot, środek wielkiego skrzyżowania, nad głowami pędzi z hukiem Skytrain, tłumy ludzi a pośrodku tego „grochu z kapustą” miejsce niemal święte. Pierwszym co uderza już z pewnej odległości, to zapach. Woń setek palonych kadzidełek lekko drażni nosy. Drażni obietnicą czegoś innego, czegoś egzotycznego. Gdy spojrzymy w górę widać niebieskawe obłoki wonnego dymu. Nos prowadzi dalej. Kapliczka ta, tak naprawdę oddaje cześć hinduskiemu bogu Brahmie (w hinduizmie to stwórca wszechświata), więc z buddyzmem nie ma nic wspólnego. Wymieszanie religii nikogo tutaj nie dziwi nikogo nie szokuje. Nie ważne jaki bóg ważne, że mam moc. Przeciętny Tajlandczyk w pomieszaniu praktyk buddyjskich z wiarą w duchy nie widzi niekonsekwencji, o ile wierzenia pod względem pragmatycznym i duchowym pozostają w harmonii z potrzebami samych wiernych. Sprytne, prawda?

Podczas budowy hotelu Hyatt w latach 50 XX wieku, postanowiono właśnie ufundować tą kapliczkę. Po tym jak na budowie kilku robotników odniosło obrażenia ponoć w tajemniczych okolicznościach, postanowiono odwołać się do łaski Brahmy. Jak widać skutecznie, bo hotel wybudowano a sama kapliczka szybko zyskała sławę. Ponadto jako jedyna przynosi też szczęście cudzoziemcom. Widocznie łaska i dobroć Brahmy o czterech głowach i czterech ramionach jest olbrzymia. Na co pokornie i ja liczę. Tak jak ja najwidoczniej inni też na to liczą, bo tłum jest spory. W podzięce u stóp bóstwa należy złożyć kwiatową girlandę lub drewnianego słonia. Jest kolorowo i bajecznie. Ludzie się modlą szepcząc cichutko, lub głośniej zawodząc. Jestem lekko onieśmielony sytuacją. Przecież to miejsce gdzie się modli a dookoła zwykłe uliczne życie. Trochę m głupio robić zdjęcia, czuję się jak intruz. Jednak okoliczni sprzedawcy, przechodnie, trąbiące samochody szybko sprowadzają mnie na ziemię. Taki gwar pozwala się ukryć. Na dodatek barwną scenę uatrakcyjniają tancerze w tradycyjnych strojach grający na różnych instrumentach. Jeżeli nasza prośba jest duża, albo nagrzeszyliśmy bardzo można poprosić o odprawienie ceremonii właśnie z tańcami i muzyką, aby mieć pewność, że bóstwo usłyszy naszą prośbę w tym tłumie ludzi potrzebujących. Sporo Tajów z tego korzysta. Zespół ma co robić. Myślałem, że oni tak bardzo nie grzeszą. W końcu to taki spokojny naród a może to tak na wszelki wypadek? Tak, zdecydowanie bardziej podoba mi się ta strona wielkiego miasta. Cichsza, bardziej metafizyczna i jakże inna dla nas. Jak się miało okazać już wkrótce wizyta tutaj to tylko małe preludium do tego co można zobaczyć, poczuć w tym mieście. Choć oczywiście w otoczeniu tysięcy turystów. Jednak nie przeszkadza to w niczym aby chłonąc to miasto własnymi zmysłami. Musicie mi wierzyć, że jest co chłonąc…

Skomentuj