No i stało się. Znaleźliśmy się w samym centrum azjatyckiego świata a raczej „centrum świata plecakowego” – ulica Khao San Road. Nie ma chyba osoby, która jeździ po świecie i ominęłaby tą ulicę. Tutaj się często wszystko zaczyna i często wszystko kończy. Tutaj możną począć nowe życie i zakończyć własne. Niemal w tej samej chwili i nie dlatego, że się tego pragnęło. Wyasfaltowany kilometr hoteli, sklepów, restauracji, straganów, salonów masaży, kawiarenek internetowych, burdeli  i czego tylko dusza zapragnie. W nocy wszystko oświetlone krzykliwymi neonami z przewagą barwy czerwonej. Trochę schizofreniczne ma się uczucie gdy staniemy tutaj pierwszy raz.

Setki ludzi, drugie tyle pojazdów i ogromny kocioł. Kocham takie miejsca! O ile Bangkok jest miejscem gdzie zachód spotyka się ze wschodem o tyle Khoa San Road to miejsce ich zderzenia, tak z piąchy prosto w ryj. Lekko przestraszona para dziewczyn z plecakami szuka swojego taniego hotelu jednak w ich oczach widać zdumienie i obrzydzenie gdy przechodzą obok wózka gdzie sprzedają „pyszności” z żab, a gdy mijają obnażoną do połowy kobietę (choć to nie kobieta, ale one jeszcze o tym nie wiedzą), która dumnie i bez skrępowania pokazuje wielkie cycki miny dziewczyn wręcz krzyczą – „gdzie my jesteśmy?!”. Dobrze, że skręcają do hotelu bo 20 metrów dalej jakaś para w cieniu latarni uprawia ostro seks.

Tutaj noclegu, pożywienia i rozrywki szukają tzw. plecakowi turyści. To ich zagłębie, gdzie szukają spokoju z dala od turystycznych miejsc . Tutaj za niewielkie pieniądze znajdują to czego szukali. Oczywiście jestem nieco złośliwy. Rozumiem, że takie miejsca być muszą. Zapewne mnóstwo ludzi (pewnie większość) spędza tutaj tylko dzień lub dwa . Jednak spotkałem także takich, którzy w tym „raju” spędzają dwa tygodnie, bo jak próbują nas przekonać: tanio, rozrywkowo, wszystko obok, kontakt z miejscowymi i nie warto jechać dalej, bo tutaj właśnie jest najlepiej. O nie moi Państwo, spędzić tutaj kilka dni to tak jak pić wodę tylko z toalety i to na dodatek publicznej.

Pokręciliśmy się trochę po tym „nisko budżetowym” świecie, wypiliśmy kilka piw, pogadaliśmy z ludźmi, którzy naprawdę podróżują posłuchaliśmy  ich rad i opowieści o Tajlandii, Azji, świecie, polityce. Z większością z nich można tak siedzieć i rozmawiać do rana. Wspaniali ludzie. Niestety są również tacy „podróżnicy”, którzy już dawno spadli pod stoły, albo właśnie ledwie idąc, podciągają majtki ciągnąc z rękę „miłość” tej jednej nocy. Choć dziewczyna, którą właśnie zapewniali o swojej dozgonnej miłości i udowodnili to banknotem o niskim nominale, wcale nie jest dziewczyną, ale im już wszytko jedno. Kocham takie miejsca i szczerze ich nienawidzę!

Jednak wrażeń było nam ciągle mało. Kilka piw i nowo poznane towarzystwo ciągnie nas na kolejne odkrywanie nocnych rozkoszy tego gigantycznego miasta. No cóż skoro może być gdzieś jeszcze lepiej to na przód! Patpong, bo właśnie tam zmierzamy, to właściwie dwie ulice. Patpong 1 oraz Patpong 2, ot tak prosto, chyba żeby amatorzy mocnych wrażeń zapamiętali adres. Adres, gdzie grzech i rozpusta jest tak samo pyszna jak kurczak w sosie słodko kwaśnym. Oczywiście kurczaka doświadczyłem osobiście, grzech i rozpusta tylko z obserwacji. Te dwie małe uliczki to właściwe „dzielnica” czerwonych latarni.

Choć jak mówią znawcy tematu, ponoć już tutaj nie jest jak kiedyś. Zjedliśmy pyszną kolację w małej knajpce, właściwie na ulicy. Dzięki temu mieliśmy okazję obserwować otoczenie. Nagabywania i pokazy erotyczne właściwie nigdy się tutaj nie kończą. Zagłębie erotyczne rozlało się na okoliczne ulice i mnogość knajp, barów, salonów, siłowni przyprawia o zawrót głowy.

Znajdziemy tutaj podłe nory z prostytutkami, wykwintne salony „masarzu” , gejowskie bary, dyskoteki, kluby z pokazem sexu na żywo itp. itd. Wszystko!!! Jednak dla będących tutaj po raz pierwszy nie lada zagadkę stanowią dziewczyny, które nimi nie są do końca, choć często są od tych prawdziwych ładniejsze, to po prostu lady boye, jednak o nich innym razem… czas już rozstać się z tą pikantną stroną stolicy Tajlandii.

Brak komentarzy do “Ulica upadłych aniołów”

Trackbacks/Pingbacks

  1. Anglia: Wspomnienia. | Biegnąca z wilkami. - […] Tajlandia, Bangkok, Khao San Road.http://bez-granic.pl/2010/11/ulica-upadlych-aniolow/ […]

Skomentuj