Jadąc z Agaete na zachód docieramy w końcu do małej wioski rybackiej Puerto de Las Nieves. Większość turystów przyjeżdża tutaj tylko z jednego powodu… Każdy chce zobaczyć  Dedo de Dios  czyli „Palec Boży”, a złośliwi mówią, że ‚fuc….owkę :).  My oczywiście również chcemy to „cudo”zobaczyć.

Ten kawałek 30 metrowej bazaltowej skały, rzeczywiście wygląda jak wysunięta dłoń z oceanu z wyciągniętym w górę palcem wskazującym, a raczej wyglądał. To tysiące, jak nie miliony lat erozji i działania fal oceanicznych nadały skale kształt iglicy. Ten jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli wyspy nie jest już tak imponujący i spektakularny jak pokazują go na pocztówkach.

W 2005 tropikalny sztorm uderzył z ogromną siłą właśnie w ten rejon wyspy i palec, który jednym kojażył się ze wskazaniem boskim innym wręcz przeciwnie, runął wprost w otchłań oceanu. Po prostu się odłamał i została sama „dłoń”. Dzisiaj skała ta wygląda raczej skronie i nawet z perspektywy nabrzeża trudno ją dostrzec gdyż zlewa się z klifami, które pną się tuż za nią. Jednak turystom to jakby nie przeszkadzało, cóż mimo wszystko to Dedo de Dios choć już bez palca to jednak Boży 🙂

Jednak samo miasteczko jest również interesujące. Alonso Fernández de Lugo, hiszpański zdobywca, pod koniec XV wieku wylądował w Puerto de las Nieves gdzie zbudował swój pierwszy fort, z którego wyruszał na wyprawy aby podbić sąsiednią Teneryfę.  „Port Śniegu”, ponoć nazwa pochodzi stąd, że właśnie z tego miejsca można czasami dostrzec leżący śnieg na szczycie Teide na Teneryfie. Miejsce to ma zatem kilkusetletnią tradycję i historię. Przed dwustu laty miasteczko to było głównym portem Gran Canarii. Szczerze mówiąc trudno sobie to wyobrazić, ale wierzę na słowo. Dzisiaj jest za to głównym portem skąd wypływają promy na pobliską Teneryfę (ponoć 8 dziennie).

Największe jednak wrażenie robi zabudowa miasteczka. Niskie biało – niebieskie domki przypominają do złudzenia greckie Cyklady. Architektura oczywiście inna ale te kolory! Zazwyczaj w większości odwiedzonych przez nas miejscowości domki miały elewację w różnych kolorach. Tutaj dominują tylko te dwa kolory – biały i niebieski.

Nadaje to tej wiosce rybackiej wyjątkowo wakacyjnego charakteru. Od razu chce się rozłożyć ręczniki na plaży i wystawić zmęczone ciała w stronę słońca lub wskoczyć do chłodnego oceanu. Jednak warto pamiętać, że wybrzeże jest tutaj skaliste a plaże kamieniste. Główna ulica, tuż przy brzegu to przede wszystkim kawiarnie, tawerny, restauracje i sklepy. W restauracjach przeważają oczywiście świeże ryby i owoce morza – ponoć tutaj smakują najlepiej na całej wyspie.

Zaglądamy na miejską plażę i już wiemy, że nie jest to miejsce na odpoczynek. Ta sielska atmosfera niestety szybko mija jak zobaczyliśmy strasznie zatłoczoną plażę gdzie ludzie na kamieniach wyglądają niemal jak kolonia fok. Za nic na świecie nie chciałbym tak odpoczywać, ale jak widać miejscowym to nie przeszkadza. Zwłaszcza w weekendy przyjeżdżają tutaj tłumy z Las Palmas.

Szybko decydujemy się opuścić plażę i sprawdzić co miasteczko ma jeszcze do zaoferowania.  Troszeczkę w głębi osady odnajdujemy przepiękny kościółek a raczej kaplicę z XVII wieku, Ermita de la Virgen de las Nieves – kapliczka „Matki Boskiej Śnieżnej”, patronki miejscowych rybaków. Niestety podczas naszej wizyty kaplica była zamknięta. Wielka szkoda, bo ponoć w środku jest pięknie choć skromnie (a może właśnie dlatego pięknie)? Pod sufitem wiszą modele łodzi rybackich, ale największym skarbem jest XVI wieczny flamandzki tryptyk Madonna z Dzieciątkiem Joosa van Cleve. Zazwyczaj można obejrzeć tylko środkową część tryptyku. Boczne skrzydła, przedstawiające św. Antoniego i św. Franciszka, wystawiane są w kościele w Agaete.

Po obejrzeniu kaplicy idziemy jeszcze na spacer promenadą  biegnącą wzdłuż morskiego brzegu – Paseo de los Poetas, z której podziwiamy szalejące fale oceanu. Po raz pierwszy w czasie naszego pobytu na wyspie mamy okazję zobaczyć nieco inne wybrzeże. Tutaj królują skały i dzikie wybrzeże. Duże fale uderzają o skaliste klify. Robimy mnóstwo zdjęć próbując uchwycić tą ogromną siłę szalejącą wokoło nas. Próbując w dwuwymiarowej fotografii uchwycić trójwymiarową rzeczywistość nieokiełznanej przyrody.

Skomentuj