Skoro już znaleźliśmy się w północno – zachodniej części wyspy nie mogliśmy się oprzeć aby chociaż przejechać się po terenie, o którym przewodniki piszą, że „jest tutaj jak na innej planecie”.  Decyzja zapada, jedziemy w stronę miasteczka Agaete. Ta sielska dolina ponoć zachwyca ilością kolorów rosnących tutaj roślin. Niezwykłej bujności tej krainy niewątpliwie sprzyja niezwykły podzwrotnikowy klimat. Która to już strefa klimatyczna w ciągu ostatnich kilku dni naszej wędrówki?

Jeszcze niedawne ten rejon wyspy był raczej zapomniany i nie stanowił żadnej atrakcji turystycznej. Dzisiaj dzięki autostradzie wszystko się zmieniło. Na szczęście piękna dolina nie straciła nic na swoim uroku a wręcz przeciwnie. Pojawiły się nowe inwestycje i rejon rozkwitł. Warto wspomnieć, że Agaete powstało w 1481 roku, więc mimo, że malutkie to szczyci się długą historią swojej „miejskości”. Odwiedzał je nawet sam król Hiszpanii Juan Carlos, gdy miasto obchodziło 500 rocznicę swego istnienia, co zresztą zostało odnotowane na pamiątkowej tablicy niedaleko miejscowego kościółka. W miasteczku zatrzymujemy się niedaleko właśnie kościoła z 1874 roku Iglesia de la Concepcion. Spacerując pięknymi uliczkami postanawiamy wstąpić na pyszna kawę do typowej, miejscowej knajpki.

Po pysznej kawie mamy świetne humory i ruszamy dalej. Interesuje nas 7 kilometrowa droga, która biegnie środkiem doliny i wznosi się łagodnie coraz wyżej, aby u swojego kresu „zginąć” w sosnowym lesie. Miejsce jest przepiękne. Pogoda jest wspaniała i przed nami jedna z najładniejszych dróg (choć jak się okazało później, nie najładniejsza). Spokojna jazda pozwala cieszyć się chwilą i poczuć „wiatr we włosach” i czar tej krainy.

Ma się trochę wrażenie, że przejeżdża się przez park, ogród botaniczny po porostu kolejne rajskie miejsce. Piękno tego miejsca to roślinność, która „panoszy” się dookoła. Kwitną tutaj niezliczone ilości fuksji, rosną jaśminy, ogromne kaktusy, bugenwille kaskadami różnokolorowych kwiatów szaleją przed oczami. Jakby tego było mało pomiędzy wysokimi sosnami białe domki „spływają” czerwienią pelargonii.

Ludzie żyją tutaj głownie z uprawy roli na żyznych glebach. Region słynie z uprawy mango, papai, pomarańczy, cytryn, grejpfrutów, awokado i fig. Jakby tego było mało to uprawia się tutaj również kawę! Wiosną rzeczywiście musi być tutaj jak w raju. Kolejny dowód, że właśnie tutaj, na tej wyspie była kiedyś zaginiona Atlantyda? Jestem skłonny coraz bardziej w to uwierzyć!

Do zielonych stoków przyczepione są niczym jaskółcze gniazda białe domki. Chcąc zrobić dobre zdjęcie postanawiam z Bogną wejść na schody prowadzące do jednego z takich właśnie domków aby mieć lepszy kadr.  Weszliśmy i akurat w tym samym momencie przyjechali właściciele. Spotkaliśmy się na schodach, schodach do ich domu. Troszkę poczułem się niezręcznie, w końcu prawie włażę komuś do domu. Uśmiechając się tłumaczymy, że chcieliśmy tylko zrobić zdjęcie, że już idziemy, przepraszamy itp. Spotyka nas uśmiech i życzliwe słowo ze strony mieszkańców. Chciałoby się powiedzieć –  jak zwykle. Po raz kolejny okazało się, że mieszkańcy tej małej wysepki nalezą do jednych z najbardziej życzliwych i przyjacielskich jakich do tej pory spotkałem jeżdżąc po świecie.

Na początku sierpnia w Agaete obchodzi się święto Fiestas de la Rama, święto płodności i wody, które najprawdopodobniej pochodzi jeszcze z czasów Guanczów. Pierwsi mieszkańcy wyspy udawali się w góry, skąd schodzili tanecznym krokiem, dzierżąc w dłoniach świeżo zerwane gałęzie (rama). Na plaży uderzali nimi w taflę wody, odprawiając rodzaj hipnotycznego tańca.

Od tamtych prehistorycznych czasów niewiele się zmieniło w obchodach Fiesta de la Rama. Święto jest bardzo popularne nie tylko w okolicy. Na czas zabawy i jakby tu nie patrzyć w celu odprawiania pogańskich rytuałów przyjeżdżają nie tylko mieszkańcy Gran Canarii ale również mieszkańcy pozostałych wysp archipelagu. Na ulicach można spotkać nawet graffiti przedstawiające to święto.

Jedną z rzeczy, która mnie zaskakuje i zdumiewa niemal na każdym kroku to jest przywiązanie Kanaryjczyków do ich tradycji. Poza regionem południowym, gdzie komercja „zjadła” wszystko pozostała część wyspy nadal znakomicie łączy to co odległe z tym co obecne i z przyszłością. Okazuje się, że można być nowoczesnym i nie trzeba się wstydzić swojej kultury, oraz tożsamości nawet gdy według innych jest już passe!

Jeżeli zobaczycie gdzieś folder, ulotkę reklamującą Gran Canarię a niej widok pięknej, zielonej doliny to możecie być niemal pewni, że to właśnie Valle de Agaete, która stanowi motyw wielu pocztówek i okładek licznych folderów o Wyspach Kanaryjskich. Skoro już poczuliśmy się jak w raju to nie mogło być innej decyzji. Jedziemy zobaczyć co pokaże nam Dedo de Dios czyli „Palec Boży”!!!

Dla ciekawskich krótki filmik jak mniej więcej wygląda to sławne święto – Fiestas de la Rama

Skomentuj