Podczas zaledwie trzy dniowego objazdu wyspy jest zdecydowanie za mało czasu aby spróbować dotrzeć do malutkich miejscowości schowanych gdzieś w dolinach pośród wysokich gór. Tak więc nasze zwiedzanie właściwie odbyło się trasą, którą można nazwać „must see”. Obraliśmy kurs na kolejne duże miasto na wyspie – Arucas. Powody były co najmniej dwa – jeden dla oczu drugi dla podniebienia, ale o tym później.

Arucas było kiedyś jedną ze stolic starożytnego królestwa na wyspie (takich królestw było dziesięć). Oczywiście historię tego miejsca „pisali” również Guanczowie. W okolicy znajdziemy pozostałości po jaskiniach w których kiedyś mieszkali.  W 1478 roku miasto zostało doszczętnie zniszczone. Na szczęście zdołano je odbudować już w roku 1480. Dzięki naturalnemu  bogactwu jakim zawsze było rolnictwo i uprawy trzciny cukrowej (dużo wcześniej niż zaczęto jej uprawę na Kubie), kakao, zbóż i winorośli w Arucas nigdy nie brakowało pieniędzy i miasto mogło się rozwijać.

Dzisiaj jest to  trzeci co do wielkości ośrodek miejski na Gran Canarii. Malowniczo położone miasto „wciśnięte” jest pomiędzy północne wybrzeże oceanu a wysokie góry. To właśnie ten obszar wyspy słynął kiedyś z uprawy bananów. Choć dzisiaj europejski rynek tych owoców zaspakajany jest importem z Ameryki Środkowej i Afryki to jednak ciągle można tutaj oglądać połacie upraw bananowców – największe na całym archipelagu. Jednak do końca XVI wieku główną uprawę na tych ziemiach stanowiła trzcina cukrowa. Urodzajne ziemie i łagodny klimat sprzyjały zakładaniu tutaj ogrodów i parków gdzie do dzisiaj rosną egzotyczne kwiaty i drzewa. Często można usłyszeć, że Arucas to Ciudad de las flores – „miasto kwiatów”.

Nas jednak przyciągnęła tutaj po pierwsze Iglesia de San Juan Bautista , czyli kościół św. Jana Chrzciciela. Jego strzeliste wierze widać już z daleka. Budowlę tej neogotycko – modernistycznej „katedry” rozpoczęto w 1909 roku. Ponieważ kościół budowali mieszkańcy (a raczej finansowali jego budowę) trwało to dosyć długo. Monumentalną świątynię zaprojektowaną przez katalońskiego architekta Manuela Vega Marcha ukończono dopiero w 1977 roku.  Pewnie wpływy katalońskie spowodowały, że momentami porównuję się ją do budynków projektowanych przez Gaudiego, a zwłaszcza do La Sagrada Familia z Barcelony. Ja jednak zbyt dużych podobieństw nie zauważyłem.

Jako budulca użyto miejscowego szaro – niebieskiego wulkanicznego kamienia (bazaltu), zwanego piedra de Arucas lub piedra azul (błękitny kamień), którego duże złoża posłużyły do budowy wielu budynków w okolicy jak i na całej wyspie. Kościół wyrasta wysoko ponad miastem a za nim znajduje się stare miasto. Sieć wąskich, jednokierunkowych uliczek po których błądzimy niemiłosiernie. Wielka budowla przytłacza niską zabudowę wokoło, przez co wydaje się jeszcze bardziej monumentalna.

W oczy rzucają się dwie najwyższe wieże, które wznoszą się na wysokość 60 metrów. Jest to najwyższa tego typu budowla na Wyspach Kanaryjskich. „Wieża chrzcielna” oraz „wieża zegarowa” to dwie najwyższe spośród innych. Umieszczone są po obu stronach fasady głównej a pomiędzy nimi znajduje się piękna ogromna rozeta. Wydawałoby się, że w tym miejscu jest główne wejście do kościoła, okazuje się jednak, że nie. Wchodzi się z boku po zachodniej stronie. Ot taki pomysł!

Pierwszą mszę celebrowano w kościele gdy nie był on jeszcze gotowy – w roku 1919. Kolejne skojarzenie z La Sagrada Familia (jej budowa trwa do dzisiaj).  Kościół rzeczywiście jakby trochę nie pasował do otoczenia. Przytłacza swoim rozmiarem i rozmachem. Jednym się podoba innym mniej. Na pewno jest wart obejrzenia, tym bardziej że wnętrza kryje dzieła sztuki sakralnej. Obok nowoczesnych witraży znajdują się rzeźby i obrazy, większość autorstwa miejscowych artystów.

Głównym inicjatorem budowy kościoła była rodzina Gourie. Byli bogatymi właścicielami gorzelni rumu. W ich domu obecnie mieści się muzeum a ogród przekształcono w miejski park. To właśnie rum jest drugim powodem naszej wizyty w tym mieście. Było coś dla ducha teraz kolej na coś dla ciała. Musimy przekonać się na własnych podniebieniach czy tutejszy rum rzeczywiście zasługuje na miano jednego z najlepszych na świecie, bo to że jest znany w całej Europie już wiemy.

Skomentuj